Wcale nie tak łatwo było być z kimś ich pokroju. Miała tego świadomość, wiele razy zdarzało im się spierać, przynajmniej w przeszłości, teraz trochę zeszli z tonu, wiedziała jednak, że prędzej, czy później dojdzie między nimi ponownie do ostrzejszej wymiany zdań. Byli za bardzo przyzwyczajeni do tego, że wszystko szło po ich myśli. Będzie musiał się pojawić moment, w którym każde z nich będzie chciało postawić na swoim.
- Albo bardziej przyjacielscy. - Jak zwał tak zwał. Oni zdawali sobie sprawę z tego, że przyjaźń nie była równa przyjaźni, bez względu na to, że nazywali ją jednym i tym samym słowem. Miała wielu przyjaciół, żaden z nich jednak nie stał się jej tak bliski jak on, nigdy nie spoglądała na nich z takim zainteresowaniem, serce nie biło jej szybciej w ich towarzystwie. Też się o nich troszczyła, jednak to był zupełnie inny rodzaj troski.
Nie przejmowała się tym, z kim jej przyjaciele przychodzili na przyjęcia, w jego przypadku bardzo się tym interesowała, zresztą pamiętała nawet tą dziewuchę z którą pojawił się dwa lata wcześniej na Yule, była wtedy bardzo ciekawa, kim jest dla niego. Ulżyło jej gdy dowiedziała się, że była tylko kuzynką, nie wiedzieć czemu, przecież wtedy się praktycznie nie znali. Jak widać już wtedy okazywała nieco większą ciekawość niż powinna.
Jedyne, co mogła zrobić to przewrócić oczami. Nie miała pojęcia, czy wytrzyma, jeśli będzie do tego wracał zawsze. Zawsze to bardzo długi przedział czasowy. - Pożegnam się więc z Morganą, jeśli to może pomóc. - Zamierzała skorzystać z wszystkich metod, żeby sprawdzić, czy faktycznie zadziałają.
- Potraktuję to jak obietnicę? - Zapytała niepewnie, bo nie do końca wiedziała, co innego może zrobić. Nie spodziewała się po nim tego rodzaju humoru, ale próbowała się dostosować, tak jak to robiła w towarzystwie chłopaków kiedy grali razem w drużynie, tyle, że teraz nie do końca była kumplem, a dziewczyną do której się zwracał. Mniejsza o to, nie ubódł ją jakoś specjalnie ten żart, nie miała [i[kija w tyłku[/i].
- Czy ty sam sobie to wyliczyłeś? Te liczby mają jakieś większe znaczenie? - Wolała o to zapytać, bo to była kolejna z dziedzin, którymi zupełnie się nie interesowała. Nigdy nie fascynowało ją to znaczenie liczb, nie lubiła numerologii i chodziła na nią jak na ścięcie. Nie miała zresztą pojęcia o tym, że Ambroise wykazywał zainteresowanie takimi rzeczami. Cóż, nie wiedziała o nim jeszcze wszystkiego, jak widać.
- Dla mnie to praktycznie to samo. - Grał nieczysto bez względu jak to nazywał. Wiedział, jak reaguje na jego dotyk i to była bardzo, ale to bardzo nieodpowiednia zagrywka.
- Ja to robię zupełnie nieświadomie, w przeciwieństwie do ciebie... - Tak, zamierzała mu udowodnić, że jeśli o to chodzi była bielsza od niego. Może zupełnie niepotrzebnie, bo przecież miała świadomość, że te drobne gesty potrafiły zdziałać cuda. Pojawiła się w jego życiu dosyć znienacka i rozgościła się w nim całkiem szybko. Potrafiła znaleźć sobie miejsce i wykorzystywać bardzo drobne przewagi, chociaż nie miała w tym doświadczenia, przychodziło jej to raczej naturalnie, może siedziało w niej to do tej pory bardzo głęboko, a teraz wreszcie wypłynęło na wierzch.
Nie do końca była zadowolona z takiego obrotu sytuacji, zdecydowanie wolałaby się znajdować bliżej niego, ale wiedziała, że póki co to nie było wskazane, nie miała pojęcia dlaczego jej to zrobił, może chciał zobaczyć, że faktycznie nie potrafi się mu oprzeć? Kto tam wiedział, co mu chodziło po głowie. Musiała być silna. Odsunęła się jeszcze o krok, aby mieć pewność, że dzieli ich odpowiednia odległość. Tak powinno być dobrze, nie będzie jej więcej wodził na pokuszenie, była pewna, że nie potrafiłaby nie zareagować na kolejny gest.
Przystanęła na moment i uniosła głowę, aby spojrzeć mu w oczy. Nie spodziewała się, że tak go zirytuje tym stwierdzeniem. Przecież zdawał sobie sprawę, że współpracowała z różnymi ludźmi, nie oceniała ich, po prostu załatwiała pewne sprawy i znikała, nie spoufalała się z nimi, zazwyczaj nawet praktycznie nie rozmawiała, też ich nie prowokowała. Wiedziała, że to bez sensu i że mogło się skończyć różnie. Nie była głupia.
- Jasne, może zrobisz mi listę osób od których mam się trzymać z daleka? - Powiedziała niezbyt przyjemnym tonem. Wtedy będzie miała pewność do kogo powinna się zbliżać, a do kogo nie. O, wyciągnie ją kiedy znajdzie się na Nokturnie i nim zacznie z kimś współpracę będzie to weryfikować na podstawie rzeczonego karteluszka, ewentualnie odpowie, że przeprasza, ale jej chłopak stwierdził, że niestety nie może dobić targu. Tak, to naprawdę zapowiadało się świetnie.
Nie zdarzyło im się jeszcze rozmawiać o tych szemranych interesach, które prowadzili. Zdawali sobie sprawę o tym, że ta strefa istniała w ich życiach, zdecydowanie wybrali nieodpowiedni moment do dyskusji na ten temat. Bardzo szybko zmienił jej się nastrój, czuła, że próbuje wymusić na niej zmianę. Nie do końca to rozumiała. Jasne, mógł się o nia martwić, ale przecież robiła to od lat, wiedziała, w jaki sposób załatwia się takie interesy, to nie było nic nowego.
- Jeśli ci tak na tym zależy, to mogę. - Powiedziała nieco uniesionym tonem głosu. Jeśli miała to zrobić to tylko i wyłącznie dla niego i chciała, żeby o tym wiedział. Dawna Yaxley nie odmawiała żadnej współpracy, ta aktualna najwyraźniej mogła nieco nagiąć swoje zasady.
Nie miała pojęcia kim byli ci ludzie, nie chciała jednak, żeby niepotrzebnie się na nią złościł, bo przecież nawet ich nie znała. Kłócili się o propozycję współpracy, która mogła nigdy nie mieć miejsca. To było bezsensowne, i to bardzo. Nie miała pojęcia po co to robią.
Nie łatwo było ją wystraszyć, powinien sobie z tego zdawać sprawę. Jeszcze niedawno miała tak, że im coś wydawało się bardziej niebezpieczne, tym chętniej w to wchodziła. Kochała chaos i adrenalinę, ostatnio ograniczyła bardzo mocno swoje wybryki, nie wyjeżdżała na te długie wyprawy, unikała większości niebezpiecznych sytuacji, naprawdę się starała nie dawać mu powodu do niepokoju, ale nie mogła zrezygnować ze wszystkiego, to by ją unieszczęśliwiło.
Nie spodziewała się, że nastrój będzie spadał niczym po równi pochyłej. Najwyraźniej to jednak nie był ich wieczór. Może ostatnio było między nimi zbyt dobrze? Może faktycznie tak nie mogło być.
Westchnęła ciężko. Sięgnęła po papierosa i zapaliła go swoją zapalniczką, szlugi miała schowane pod sukienką, całkiem zgrabne przyklejone do uda przy pomocy drobnego zaklęcia. Miała pewność, że ich nie zgubi. Zaciągnęła się dymem, zrobiło się dość nerwowo, a w ten sposób radziła sobie ze stresem, dopiero kiedy zaciągnęła się kilka razy zaczęła mówić.
- Nie mam żadnych wątpliwości. - Od tego chyba było warto zacząć. Nie widział, że za nim szalała? Po co w ogóle o to pytał. Bała się po prostu tego, co może wyśpiewać im wróżbita, nie chciała słuchac tych dyrdymałów, bo jej zdaniem nie miały żadnego sensu.
- Ten ich cały wróżbita zapewne domyśli się kim jestem, oni zawsze to robią, trudno ukryć, że pochodze od Yaxleyów, wiedzą, czym się zajmujemy. Za każdym razem robią to samo, sugerują, żebym uważała na swoje życie, bo może się szybko zakończyć. - Jej wzrost sugerował z jakiej rodziny pochodzi, nie była w stanie tego ukryć, w końcu jej rodzina nie bez powodu była nazywana najwyższymi czarodziejami w Wielkiej Brytanii. Martwiło ją, że Ambroise jeszcze by się tym przejął i sobie pomyślał, że może nie ma sensu jakoś specjalnie się w to angażować i postanowi jednak zająć się sobą, bo ona może nie dożyć do kolejnego sabatu.