10.10.2024, 23:06 ✶
Widownia - stoi z Calanthe, Oleandrem, Desmondem, (przez moment jeszcze z Lorraine) + Hrabia i Camille. Rozmowa.
Wpatrywał się w Crouch'a nawet przez sekundę nie planując odpuścić.
- Naprawdę? Tak jak ty potrzebowałeś prawie dziesięciu minut na… jak to było… walkę miłości i namiętności?- Dla niektórych to jedno i to samo.
Zadarł lekko wzrok, zawieszając go na pół sekundy na ustach Oleandra, tylko po to aby moment później przyjrzeć się pięknej palecie barw w oczach Oleandra. Tu cię mam. Gdzieś cię boli, co? Splótł dłonie za plecami, cmokając niemal rozbawiony. Rozmawiać o sprośnościach? Przy damach? Oczywiście, że zdążył. Zrobił jeszcze jeden drobny krok.
- Powściągnij język.
Usłyszał tylko szept Lorraine. I to wystarczyło, by poczuł że robi mu się niedobrze. Po czyjej ty stronie stoisz, Lorraine? Tu chodzi o moją siostrę. Dlatego ją zignorował. Dlatego zniżył głos do szeptu, Zaczepnego. Niebezpiecznego. Dlatego zrobił te cholerne, kolejne półkroku, które dzieliło go od Oleandra.
- Zmuś mnie.- Zakpił, po czym… zamilkł. Zamknął usta przełykając komentarz na temat szanownej pani Crouch i jej prowadzenia się nocną porą w odpowiednim momencie. Mieli towarzystwo.
Z twarzy Baldwina w jednej chwili zniknął prowokacyjny uśmieszek; wróciła ta zblazowana, znudzona mina. Ktoś bezczelnie przerwał im drobną dyskusję. Więc przeniósł spojrzenie na Hrabiego i jego pompatyczną towarzyszkę. Powstrzymał się przed zlustrowaniem ich, wystarczył jeden rzut oka, by dostrzec jacy naprawdę byli - bogaci, zepsuci, bez serc i ducha.
Miał ochotę parsknąć mężczyźnie w twarz krótkim “nie. Zostanie z nami”, ale jedynie… cofnął się kawałek.Posłał nieco milsze spojrzenie nieznajomej blondynce, uśmiechnął się i skinął głową na przywitanie. Skupiła jego uwagę na tych kilka chwil, których potrzebował by nauczyć się jej twarzy. Nie zależało mu jednak na tyle by powiązać twarz z tożsamością.
- Nie śmielibyśmy go zatrzymywać.- Odparł miękko.
W tym wszystkim nawet nie zauważył odejścia Lorraine. A może po prostu nie chciał go zauważyć. Powstrzymał się przed szukaniem wzrokiem swojej Delilah wśród tłumu ludzi. Sama wróci. Zawsze do siebie wracali.
Zamiast tego stanął bliżej swojej ulubionej trójki - Cal, Desmonda i debilnych elfich uszu Desmonda. Zrobił mentalną notatkę by mu później powiedzieć jak bardzo do niego pasują.
Spojrzał ponownie na naszyjnik na szyi siostry. Bezwartościowe świecidełko. Znając Calanthe zgubi go przy pierwszej okazji albo zdejmie, schowa do szkatułki i zapomni o nim tego samego wieczora.
Gdyby tylko wiedziała, że miał dla niej prezent. Prezent, w który tchnął jedne z najpiękniejszych wspomnień, by mieć pewność, że każdy kto odważy się zerknąć w jej namalowane oczy - nie będzie mógł przestać. Brew mu minimalnie drgnęła, gdy dostrzegł jej smukłe palce splecione z palcami kuzyna.
Nie skomentował. Jej decyzja.
- Złamałalibyście mi serce nie zaglądając za zasłonę letniego snu. Zwłaszcza, że jutro o świcie cała ta instalacja rozsypie się w pył.- Westchnął niemal cierpiętniczo, kierując słowa do rodziny, licząc że będą mogli się szybko stąd ulotnić, jednak mówiąc na tyle głośno by usłyszała go nawet Camille ze swoim towarzyszem.
Tak. Najpierw wernisaż.
Potem mogli spędzić resztę wieczoru przy stoliku, ciesząc się alkoholem i przemijającym latem.