11.10.2024, 03:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.10.2024, 03:27 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Wyczerpujących temat - odrzekł spokojnie Greengrass, spodziewając się przecież podobnego pytania. Nie był tu pierwszakiem.
Jako uzdrowiciel z konkretnego oddziału, na którym nawet nieznaczne odchylenia w kolorze wypitego eliksiru mogły mieć znaczenie dla zdrowia i życia pacjenta nauczył się, że to było najlepsze, czego można było oczekiwać - całkowitego, często wręcz przesadnego wyczerpania zakresu posiadanych informacji. Zatem o takie prosił. Spojrzeniem dając Flitwickowi do zrozumienia, że mężczyzna może mu przekazać nawet te najbardziej absurdalne i trywialne drobiazgi, jeśli uważa je za potencjalnie przydatne.
Na początku kariery zawodowej było to piętą achillesową Greengrassa (choć sam raczej nie był świadomy ani nie znał tego określenia, mimo że w ostatnich latach przestał być aż takim ignorantem jak wcześniej). Obecnie było mu bardziej niż mniej wszystko jedno, bo spędzał tu tyle czasu, że mógł wysłuchać szczegółowego, barwnego opisu koloru węża, z którego kłów pozyskano jad do autorskiego eliksiru.
Wcale nie miał więcej cierpliwości. Jedynie potrafił wyłączyć się na tyle, żeby wyłapywać i przetwarzać jedynie niezbędne informacje. Zazwyczaj dzięki temu pacjenci sami stosunkowo szybko kończyli wypowiedź, bo nie zwykł karmić ich potrzeby pogawędek. Jasne, czasami wdawał się w jakąś ciekawszą, ale to nie było zbyt częste. Zazwyczaj po prostu słuchał, czasem notował a pytania w trakcie opowieści zadawał wyłącznie z gatunku tych koniecznych.
Dzięki temu zyskiwał względnie kompletny obraz sytuacji, pacjenci byli zadowoleni z zostania wysłuchanymi a wizyty, o dziwo, wcale nie trwały znacznie dłużej niż standardowo. Mógłby wręcz pokusić się o stwierdzenie, że ciągnięcie ludzi za język zajmowało mu dłużej niż słuchanie historii życia gaduł.
Całe szczęście pana Flitwicka nie trzeba było słuchać ani długo, ani ciągnąć za język. Trafił mu się całkiem normalny, nieprzesadnie kontaktowy i konkretny pacjent. Greengrass przyjął to raczej pozytywniej niż okazał na zewnątrz. Z zewnątrz nadal był sztywnym, oficjalnym sobą - tego dnia jeszcze dodatkowo umiarkowanie skorym do zbytniego spoufalania się z pacjentami.
Słysząc odpowiedź, parokrotnie kiwnął głową nawiązując kontakt wzrokowy, ale w pewnym momencie faktycznie machając różdżką na samopiszące pióro na biurku, żeby przymusić je do notowania słów na czystym pergaminie.
- Godny zaufania sprzedawca meksykański lub peruwiański. El Iksirro, rozumiem - skwitował krótko, ten jedyny raz dając do zrozumienia, że być może miał gdzieś tam głęboko ukryte jakieś niewielkie pokłady humoru.
Jednakże moment później spoważniał, szykując się do głębszych wyjaśnień. Tym razem jak najbardziej klarownych.
- W tym wypadku mamy doświadczenia z wcześniejszych przypadków pozwalające mi stwierdzić, że nie doszło do żadnych poważnych uszkodzeń. Pełnia rzeczywiście wiele by popsuła, ponieważ znacząco zwiększa efekty takich eliksirów, jednakże szczęśliwie w tym momencie nam nie przeszkadza - stwierdził tak pocieszająco jak to było możliwe przy tonie świadczącym o medycznej, całkowicie niewzruszonej neutralności. - Roślina domyślnie chciałaby na panu pasożytować. To jasne. Natomiast na tym etapie rozwoju jeszcze wchodzi w pewny... ...nazwijmy to komensalizm... ...albo dla ułatwienia: współbiesiadnictwo... ...a więc we współbiesiadnictwo z pana włosami, wykorzystując cebulki włosów, żeby przetworzyć je w korzenie z czasem. Należy usunąć roślinę w taki sposób, żeby nie zorientowała się, że musi bardziej się zaczepić - zgadza się, mówił o kaktusie jako o czymś wręcz przystosowanym do myślenia i wyciągania wniosków wartych natychmiastowego wcielenia w życie.
W tym wypadku nie chodziło nawet o to, że Ambroise był Greengrassem, a Greengrassowie słynęli z dość osobliwego podejścia do świata roślinnego. Po prostu poprzednie doświadczenia z tego typu roślinami na głowach wcześniejszych pacjentów nie pozostawiały zbytnich wątpliwości: dopóki kaktus nie czuł się zagrożony, dopóty dziura w głowie nikomu nie groziła. Co innego byłoby, gdyby spróbować wyciąć go na siłę. Nieważne jak ostrym narzędziem i jak pozornie precyzyjnie.
- Przebiśniegi wyrosłyby dopiero na wiosnę. Najpewniej w miejsce wymrożonego kaktusa - stwierdził poważnie, trochę zbyt zamyślony, żeby wyłapać żart. - Wypiszę panu... ...kwitek... ...na wszystko, co będzie konieczne do dalszego leczenia - stwierdził spokojnie, co prawda z akcentem na określenie, które on sam zamieniłby na bardziej odpowiednie - recepta, natomiast zazwyczaj starał się dostosować język do pacjenta, więc zmimikował ten nieszczęsny kwitek, żeby nie było żadnych wątpliwości.
- Zaklęcie mrożące rzucimy tutaj, maść wykupi pan najlepiej u panienki Paxton w sklepie. W miarę możliwości odczeka pan również chwilę w poczekalni - niestety, bo nie byli w stanie pozwolić sobie na zbyt długi przestój w zabiegówce - do czasu, gdy kaktus sam odpadnie. Nie trzeba z nim nic robić, najlepiej go nawet nie łapać - podkreślił znacząco, bo wydawałoby się to logiczne, ale nie - najlepiej było pozwolić roślinie spaść gdzieś na ziemię i zostać sprzątniętą przez odpowiednich pracowników uprzedzonych o tej konieczności.
- Z plackiem na głowie z pewnością pomogą panu Potterowie. Mają wyśmienite, bezpieczne produkty zapewniające należyte efekty w prawie żadnym czasie - na swój sposób pocieszył mężczyznę, choć ponownie nie załapał żartobliwego wtrącenia czy dwóch, zamiast tego kierując się do biurka po adekwatne dokumenty i pióro, które wyciągnął w kierunku mężczyzny. - Standardowe zgody na leczenie, klauzule informacyjne, poświadczenia o ubezpieczeniu zdrowotnym, upoważnienia dla bliskiej osoby, jeśli ma pan kogoś, kto ma mieć wgląd w pańską dokumentację, jeszcze kilka pomniejszych karteluszków. Proszę w miarę możliwości się z tym zapoznać. W razie wątpliwości służę pomocą - stwierdził bez większego przejęcia. Ot formułki.
Jako uzdrowiciel z konkretnego oddziału, na którym nawet nieznaczne odchylenia w kolorze wypitego eliksiru mogły mieć znaczenie dla zdrowia i życia pacjenta nauczył się, że to było najlepsze, czego można było oczekiwać - całkowitego, często wręcz przesadnego wyczerpania zakresu posiadanych informacji. Zatem o takie prosił. Spojrzeniem dając Flitwickowi do zrozumienia, że mężczyzna może mu przekazać nawet te najbardziej absurdalne i trywialne drobiazgi, jeśli uważa je za potencjalnie przydatne.
Na początku kariery zawodowej było to piętą achillesową Greengrassa (choć sam raczej nie był świadomy ani nie znał tego określenia, mimo że w ostatnich latach przestał być aż takim ignorantem jak wcześniej). Obecnie było mu bardziej niż mniej wszystko jedno, bo spędzał tu tyle czasu, że mógł wysłuchać szczegółowego, barwnego opisu koloru węża, z którego kłów pozyskano jad do autorskiego eliksiru.
Wcale nie miał więcej cierpliwości. Jedynie potrafił wyłączyć się na tyle, żeby wyłapywać i przetwarzać jedynie niezbędne informacje. Zazwyczaj dzięki temu pacjenci sami stosunkowo szybko kończyli wypowiedź, bo nie zwykł karmić ich potrzeby pogawędek. Jasne, czasami wdawał się w jakąś ciekawszą, ale to nie było zbyt częste. Zazwyczaj po prostu słuchał, czasem notował a pytania w trakcie opowieści zadawał wyłącznie z gatunku tych koniecznych.
Dzięki temu zyskiwał względnie kompletny obraz sytuacji, pacjenci byli zadowoleni z zostania wysłuchanymi a wizyty, o dziwo, wcale nie trwały znacznie dłużej niż standardowo. Mógłby wręcz pokusić się o stwierdzenie, że ciągnięcie ludzi za język zajmowało mu dłużej niż słuchanie historii życia gaduł.
Całe szczęście pana Flitwicka nie trzeba było słuchać ani długo, ani ciągnąć za język. Trafił mu się całkiem normalny, nieprzesadnie kontaktowy i konkretny pacjent. Greengrass przyjął to raczej pozytywniej niż okazał na zewnątrz. Z zewnątrz nadal był sztywnym, oficjalnym sobą - tego dnia jeszcze dodatkowo umiarkowanie skorym do zbytniego spoufalania się z pacjentami.
Słysząc odpowiedź, parokrotnie kiwnął głową nawiązując kontakt wzrokowy, ale w pewnym momencie faktycznie machając różdżką na samopiszące pióro na biurku, żeby przymusić je do notowania słów na czystym pergaminie.
- Godny zaufania sprzedawca meksykański lub peruwiański. El Iksirro, rozumiem - skwitował krótko, ten jedyny raz dając do zrozumienia, że być może miał gdzieś tam głęboko ukryte jakieś niewielkie pokłady humoru.
Jednakże moment później spoważniał, szykując się do głębszych wyjaśnień. Tym razem jak najbardziej klarownych.
- W tym wypadku mamy doświadczenia z wcześniejszych przypadków pozwalające mi stwierdzić, że nie doszło do żadnych poważnych uszkodzeń. Pełnia rzeczywiście wiele by popsuła, ponieważ znacząco zwiększa efekty takich eliksirów, jednakże szczęśliwie w tym momencie nam nie przeszkadza - stwierdził tak pocieszająco jak to było możliwe przy tonie świadczącym o medycznej, całkowicie niewzruszonej neutralności. - Roślina domyślnie chciałaby na panu pasożytować. To jasne. Natomiast na tym etapie rozwoju jeszcze wchodzi w pewny... ...nazwijmy to komensalizm... ...albo dla ułatwienia: współbiesiadnictwo... ...a więc we współbiesiadnictwo z pana włosami, wykorzystując cebulki włosów, żeby przetworzyć je w korzenie z czasem. Należy usunąć roślinę w taki sposób, żeby nie zorientowała się, że musi bardziej się zaczepić - zgadza się, mówił o kaktusie jako o czymś wręcz przystosowanym do myślenia i wyciągania wniosków wartych natychmiastowego wcielenia w życie.
W tym wypadku nie chodziło nawet o to, że Ambroise był Greengrassem, a Greengrassowie słynęli z dość osobliwego podejścia do świata roślinnego. Po prostu poprzednie doświadczenia z tego typu roślinami na głowach wcześniejszych pacjentów nie pozostawiały zbytnich wątpliwości: dopóki kaktus nie czuł się zagrożony, dopóty dziura w głowie nikomu nie groziła. Co innego byłoby, gdyby spróbować wyciąć go na siłę. Nieważne jak ostrym narzędziem i jak pozornie precyzyjnie.
- Przebiśniegi wyrosłyby dopiero na wiosnę. Najpewniej w miejsce wymrożonego kaktusa - stwierdził poważnie, trochę zbyt zamyślony, żeby wyłapać żart. - Wypiszę panu... ...kwitek... ...na wszystko, co będzie konieczne do dalszego leczenia - stwierdził spokojnie, co prawda z akcentem na określenie, które on sam zamieniłby na bardziej odpowiednie - recepta, natomiast zazwyczaj starał się dostosować język do pacjenta, więc zmimikował ten nieszczęsny kwitek, żeby nie było żadnych wątpliwości.
- Zaklęcie mrożące rzucimy tutaj, maść wykupi pan najlepiej u panienki Paxton w sklepie. W miarę możliwości odczeka pan również chwilę w poczekalni - niestety, bo nie byli w stanie pozwolić sobie na zbyt długi przestój w zabiegówce - do czasu, gdy kaktus sam odpadnie. Nie trzeba z nim nic robić, najlepiej go nawet nie łapać - podkreślił znacząco, bo wydawałoby się to logiczne, ale nie - najlepiej było pozwolić roślinie spaść gdzieś na ziemię i zostać sprzątniętą przez odpowiednich pracowników uprzedzonych o tej konieczności.
- Z plackiem na głowie z pewnością pomogą panu Potterowie. Mają wyśmienite, bezpieczne produkty zapewniające należyte efekty w prawie żadnym czasie - na swój sposób pocieszył mężczyznę, choć ponownie nie załapał żartobliwego wtrącenia czy dwóch, zamiast tego kierując się do biurka po adekwatne dokumenty i pióro, które wyciągnął w kierunku mężczyzny. - Standardowe zgody na leczenie, klauzule informacyjne, poświadczenia o ubezpieczeniu zdrowotnym, upoważnienia dla bliskiej osoby, jeśli ma pan kogoś, kto ma mieć wgląd w pańską dokumentację, jeszcze kilka pomniejszych karteluszków. Proszę w miarę możliwości się z tym zapoznać. W razie wątpliwości służę pomocą - stwierdził bez większego przejęcia. Ot formułki.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down