18.01.2023, 21:02 ✶
Życie i śmierć nieodłącznie splatały się w jedno.
Było to szczególnie widoczne w chwilach gdy jedno życie gasło, aby rozbłysło nowe. Lub w takich jak teraz – ledwie wczoraj świętowali Ostarę, celebrowali budzące się życie, dziś zaś… żegnali Simone. Pani Malfoy nie była tylko żoną jej brata oraz po prostu matką jej bratanka, nie. Miała imię, głos, kształt, swój charakter, och, wymieniać można długo. W każdym razie: istniała.
I z którejkolwiek by strony nie spojrzeć, nie dało się zaprzeczyć stwierdzeniu, iż Eunice szwagierkę najzwyczajniej w świecie lubiła. Plotki, ploteczki, mniej lub bardziej poważne sprawy – niejedną godzinę spędziła z Simone na rozmowach.
A potem, po urodzeniu Nicholasa, zniknęła. Lecznica Dusz to jednak nie Azkaban, z niej się w teorii wychodziło, będąc w mniejszym lub większym stopniu poskładanym przez magipsychiatrów. W teorii. Bo oto się okazało, iż Simone zniknęła znów – w innym, bardziej trwałym sensie. Kryła się za tym pewna ostateczność, przed którą umysł się w jakimś stopniu bronił. Jednakże teraz stojąc tu i teraz, na terenach posiadłości rodowej, wpatrując się w urnę…
… przed tym obrony już nie było.
Nie płakała, długie lata spędzone w Wiltshire nauczyły sztuki skrywania łez, tłamszenia w sobie wszystkiego, co ostatnimi czasy stało się niezwykle trudne, co spotykało się z frustracją młodej kobiety. Niemniej uczucia Eunice – w przeciwieństwie do co niektórych tu zebranych – były szczere: naprawdę żałowała Simone.
Żałowała, że nie było dane jej wyjść z Lecznicy.
Żałowała, że już nigdy z nią nie porozmawia.
Żałowała wielu innych rzeczy.
Czerń otulała sylwetkę Eunice, podkreślając bladość jej cery, co tylko dopełniało obrazu stonowanego, powściągliwego smutku, jaki sobą reprezentowała. Słuchała słów brata w skupieniu, aczkolwiek jej spojrzenie wcale a wcale nie spoczywało na blondwłosym mężczyźnie, tylko na urnie. Tyle że naczynie w jej oczach się rozmyło, nawet nie zauważyła, kiedy myślami cofnęła się do przeszłości.
Do momentu, kiedy ostatni raz rozmawiała ze szwagierką; było to niedługo po narodzinach Nicholasa; wydawała się być… szczęśliwa. Tuliła dziecko do piersi, dość żywo przy tym opowiadając, jak cudowny jest jej maleńki synek (mimo że tak naprawdę był brzydki niczym kupa błota. Te niemowlaki…), na ławie parowały filiżanki herbaty. Wydawało się wtedy, że wszystko było w jak największym porządku; dlaczego więc kobietę tak nagle spotkał tak smutny los?
Nigdy nie wiadomo, co los przyniesie.
Ocknęła się z zamyślenia, gdy brat skończył przemowę i stanął obok. Dotknęła ramienia Elliotta, krótko; zdawało się, iż tym milczącym gestem przekazywała Elliottowi, że ma jej wsparcie.
Och, gdyby tylko wiedziała.
Gdyby tylko wiedziała…
W swoim życiu miała dwóch ważnych mężczyzn – każdy miał znaczenie na inny sposób – nie licząc ojca. Obaj stali obok niej.
Obaj byli winni śmierci Simone.
Było to szczególnie widoczne w chwilach gdy jedno życie gasło, aby rozbłysło nowe. Lub w takich jak teraz – ledwie wczoraj świętowali Ostarę, celebrowali budzące się życie, dziś zaś… żegnali Simone. Pani Malfoy nie była tylko żoną jej brata oraz po prostu matką jej bratanka, nie. Miała imię, głos, kształt, swój charakter, och, wymieniać można długo. W każdym razie: istniała.
I z którejkolwiek by strony nie spojrzeć, nie dało się zaprzeczyć stwierdzeniu, iż Eunice szwagierkę najzwyczajniej w świecie lubiła. Plotki, ploteczki, mniej lub bardziej poważne sprawy – niejedną godzinę spędziła z Simone na rozmowach.
A potem, po urodzeniu Nicholasa, zniknęła. Lecznica Dusz to jednak nie Azkaban, z niej się w teorii wychodziło, będąc w mniejszym lub większym stopniu poskładanym przez magipsychiatrów. W teorii. Bo oto się okazało, iż Simone zniknęła znów – w innym, bardziej trwałym sensie. Kryła się za tym pewna ostateczność, przed którą umysł się w jakimś stopniu bronił. Jednakże teraz stojąc tu i teraz, na terenach posiadłości rodowej, wpatrując się w urnę…
… przed tym obrony już nie było.
Nie płakała, długie lata spędzone w Wiltshire nauczyły sztuki skrywania łez, tłamszenia w sobie wszystkiego, co ostatnimi czasy stało się niezwykle trudne, co spotykało się z frustracją młodej kobiety. Niemniej uczucia Eunice – w przeciwieństwie do co niektórych tu zebranych – były szczere: naprawdę żałowała Simone.
Żałowała, że nie było dane jej wyjść z Lecznicy.
Żałowała, że już nigdy z nią nie porozmawia.
Żałowała wielu innych rzeczy.
Czerń otulała sylwetkę Eunice, podkreślając bladość jej cery, co tylko dopełniało obrazu stonowanego, powściągliwego smutku, jaki sobą reprezentowała. Słuchała słów brata w skupieniu, aczkolwiek jej spojrzenie wcale a wcale nie spoczywało na blondwłosym mężczyźnie, tylko na urnie. Tyle że naczynie w jej oczach się rozmyło, nawet nie zauważyła, kiedy myślami cofnęła się do przeszłości.
Do momentu, kiedy ostatni raz rozmawiała ze szwagierką; było to niedługo po narodzinach Nicholasa; wydawała się być… szczęśliwa. Tuliła dziecko do piersi, dość żywo przy tym opowiadając, jak cudowny jest jej maleńki synek (mimo że tak naprawdę był brzydki niczym kupa błota. Te niemowlaki…), na ławie parowały filiżanki herbaty. Wydawało się wtedy, że wszystko było w jak największym porządku; dlaczego więc kobietę tak nagle spotkał tak smutny los?
Nigdy nie wiadomo, co los przyniesie.
Ocknęła się z zamyślenia, gdy brat skończył przemowę i stanął obok. Dotknęła ramienia Elliotta, krótko; zdawało się, iż tym milczącym gestem przekazywała Elliottowi, że ma jej wsparcie.
Och, gdyby tylko wiedziała.
Gdyby tylko wiedziała…
W swoim życiu miała dwóch ważnych mężczyzn – każdy miał znaczenie na inny sposób – nie licząc ojca. Obaj stali obok niej.
Obaj byli winni śmierci Simone.
429