11.10.2024, 22:51 ✶
Widownia, z Calanthe, Severine, Baldwinem i Oleandrem (+ Hrabią i Camille).
Później odchodzi z Calanthe w kierunku wernisażu.
Z pewną satysfakcją patrzył, jak Baldwin przewraca oczami - musiał pojąć drwinę kryjącą się za jego komplementem. Na następujące po tym wulgarne żądanie zareagował jednak szokiem; nerwowo sięgnął wzrokiem do stojącej obok Lorraine, która na szczęście natychmiast zainterweniowała. Cóż, powinien przywyknąć już, że kuzyn częściej niż rzadziej nie bywał w stanie ukryć swojego nieokrzesania. Miał nadzieję, że półwiła zapamięta ten faux pas na długo.
– Naprawdę – szepnął do Calanthe, ostrożnie gładząc kciukiem jej dłoń, wciąż splecioną z jego własną. – Przykro mi. Że on musi być taki. Przy tobie.
Jego uwagę odwróciło pojawienie się Oleandra, którego przywitał pierwszym tego wieczora szczerym uśmiechem. Dało się poznać jego szczególną naturę po tym, że wyglądał bardziej jak grymas bólu, niż radości.
– Podobało – odparł tylko, szczędząc słów, bo wiedział, że każde wypowiedziane zbyt pochopnie może wzbudzić w przyjacielu niepokój. Przez lata zdążył przyzwyczaić się do tego, że z pewnego, teraz już całkiem oczywistego, powodu Oleander wyjątkowo cenił sobie jego opinię. Wręczże - przeceniał ją. – Będziemy musieli. Porozmawiać. Później.
"Mam kilka pytań" - chciał dodać, ale zaniechał. Brzmiało to trochę zbyt wieloznacznie, jakby miał jakieś wątpliwości wobec jego występu. Przede wszystkim pragnął zasugerować mu spotkanie na osobności.
Nie umknęło mu to, że Crouch subtelnie zmusił go do pozostania na widowni. Zastanawiał się, czy starał się powstrzymać go od picia alkoholu. Nie był w stanie jednak wystarczająco dobrze przyjrzeć się jego oczom, bo do rozmowy włączył się kuzyn, którego słowa raz jeszcze wykręciły mu żołądek w intensywnym zażenowaniu.
– Baldwin – burknął jedynie, nie mogąc nadążyć za eskalującą sprzeczką.
Jakże miał ochotę przypomnieć mu, że w ich grupie to właśnie on był jedyną osobą, która dopuszczała się spółkowania z ladacznicami wątpliwego pochodzenia. Nie ośmieliłby się jednak zrobić tego teraz, gdy wokół było tyle obcych uszu. Wygarnie mu to później i zdecydowanie nie przy Calanthe - ona nie powinna słyszeć takich rzeczy, bo już nigdy nie spojrzy na brata z miłością. Niektóre grzechy były zbyt paskudne, żeby o nich zapomnieć.
Bezwiednie cofnął się o pół kroku, kiedy Hrabia wraz z Camille podjęli rozmowę z Oleandrem. Nie zamierzał stawać na jego drodze do sławy, nie miał też siły na towarzyszenie mu. Zacieśnił uchwyt na palcach kuzynki i uśmiechnął się uprzejmie do Delacour.
– Oczywiście – powiedział sucho, jakby od jego decyzji zależało cokolwiek.
Skupił wzrok na Calanthe.
– Jeśli wolisz wystawę. To dobrze. Wystawa – odparł, skinąwszy głową. – Mam nadzieję. Że będzie bardziej. Taktowna. Niż jej twórca.
Nie miał szczególnej ochoty na dalsze interakcje z Baldwinem, ale wiedział, że nie przepuści on okazji na prezentowanie swoich obrazów, dlatego postanowił całkiem bezpośrednio zasugerować mu, żeby nareszcie postarał się podciągnąć swój poziom do tego, który prezentowała reszta artystów uczestniczących w evencie.
Prowadząc Calanthe za rękę, udał się wtedy ku tryptykowi Baldwina. Po drodze ściągnął z tacy kelnera po kieliszku białego wina dla siebie i dla kuzynki.
Później odchodzi z Calanthe w kierunku wernisażu.
Z pewną satysfakcją patrzył, jak Baldwin przewraca oczami - musiał pojąć drwinę kryjącą się za jego komplementem. Na następujące po tym wulgarne żądanie zareagował jednak szokiem; nerwowo sięgnął wzrokiem do stojącej obok Lorraine, która na szczęście natychmiast zainterweniowała. Cóż, powinien przywyknąć już, że kuzyn częściej niż rzadziej nie bywał w stanie ukryć swojego nieokrzesania. Miał nadzieję, że półwiła zapamięta ten faux pas na długo.
– Naprawdę – szepnął do Calanthe, ostrożnie gładząc kciukiem jej dłoń, wciąż splecioną z jego własną. – Przykro mi. Że on musi być taki. Przy tobie.
Jego uwagę odwróciło pojawienie się Oleandra, którego przywitał pierwszym tego wieczora szczerym uśmiechem. Dało się poznać jego szczególną naturę po tym, że wyglądał bardziej jak grymas bólu, niż radości.
– Podobało – odparł tylko, szczędząc słów, bo wiedział, że każde wypowiedziane zbyt pochopnie może wzbudzić w przyjacielu niepokój. Przez lata zdążył przyzwyczaić się do tego, że z pewnego, teraz już całkiem oczywistego, powodu Oleander wyjątkowo cenił sobie jego opinię. Wręczże - przeceniał ją. – Będziemy musieli. Porozmawiać. Później.
"Mam kilka pytań" - chciał dodać, ale zaniechał. Brzmiało to trochę zbyt wieloznacznie, jakby miał jakieś wątpliwości wobec jego występu. Przede wszystkim pragnął zasugerować mu spotkanie na osobności.
Nie umknęło mu to, że Crouch subtelnie zmusił go do pozostania na widowni. Zastanawiał się, czy starał się powstrzymać go od picia alkoholu. Nie był w stanie jednak wystarczająco dobrze przyjrzeć się jego oczom, bo do rozmowy włączył się kuzyn, którego słowa raz jeszcze wykręciły mu żołądek w intensywnym zażenowaniu.
– Baldwin – burknął jedynie, nie mogąc nadążyć za eskalującą sprzeczką.
Jakże miał ochotę przypomnieć mu, że w ich grupie to właśnie on był jedyną osobą, która dopuszczała się spółkowania z ladacznicami wątpliwego pochodzenia. Nie ośmieliłby się jednak zrobić tego teraz, gdy wokół było tyle obcych uszu. Wygarnie mu to później i zdecydowanie nie przy Calanthe - ona nie powinna słyszeć takich rzeczy, bo już nigdy nie spojrzy na brata z miłością. Niektóre grzechy były zbyt paskudne, żeby o nich zapomnieć.
Bezwiednie cofnął się o pół kroku, kiedy Hrabia wraz z Camille podjęli rozmowę z Oleandrem. Nie zamierzał stawać na jego drodze do sławy, nie miał też siły na towarzyszenie mu. Zacieśnił uchwyt na palcach kuzynki i uśmiechnął się uprzejmie do Delacour.
– Oczywiście – powiedział sucho, jakby od jego decyzji zależało cokolwiek.
Skupił wzrok na Calanthe.
– Jeśli wolisz wystawę. To dobrze. Wystawa – odparł, skinąwszy głową. – Mam nadzieję. Że będzie bardziej. Taktowna. Niż jej twórca.
Nie miał szczególnej ochoty na dalsze interakcje z Baldwinem, ale wiedział, że nie przepuści on okazji na prezentowanie swoich obrazów, dlatego postanowił całkiem bezpośrednio zasugerować mu, żeby nareszcie postarał się podciągnąć swój poziom do tego, który prezentowała reszta artystów uczestniczących w evencie.
Prowadząc Calanthe za rękę, udał się wtedy ku tryptykowi Baldwina. Po drodze ściągnął z tacy kelnera po kieliszku białego wina dla siebie i dla kuzynki.