11.10.2024, 21:59 ✶
Starał się odsunąć od siebie natrętną myśl, że to był on. Odmawiał uznania, że to był on. Nie chciał wierzyć, że to był jego rodzony brat. Brat, który niczemu nie zawinił. Miał swoje momenty, głównie te złe, ale na wszystkich bogów - był niewinny. Tak, to co teraz rodziło się w głowie Rodolphusa, było przejawem czystej hipokryzji, bo przecież ile razy słyszał to zdanie? Ile razy gdy mordował mugoli lub mugolaków z zimną krwią ci piali ze strachu, wyjąc żeby oszczędził już nawet nie ich samych, ale ich dzieci, małżonków, rodziców? Nie zliczyłby tego, nie pamiętał, szczególnie że nie wszystkie jego działania były bezpośrednie. Przez jego pośrednie poczynania zginęło więcej osób, niż przez brutalne mordy, których dokonywał.
I to naprawdę była hipokryzja, lecz on jej nie dostrzegał. Bo Rabastan był niewinny. Był czystej krwi, stał po dobrej stronie. Szlamy, mugole - to oni byli problemem. I tej myśli się uczepił. Jeżeli jego brat nie żył, jeżeli właśnie sturlał się z jego truchła, to wiedział już, kto był przyczyną tego wszystkiego. Wściekłość zastąpiła rozpacz - czerwona mgła zasnuła mu umysł i przesłoniła zdrowy rozsądek, a krew w żyłach zaczęła płonąć niemal tak samo jak wtedy, gdy wypił dziwny eliksir z butelki. I gdyby nie te emocje, pewnie połączyłby kropki i uznał, że przecież to jest próba, przecież próbę wypił, próbą nazwała to wszystko Cassandra. Ale nie mógł teraz logicznie myśleć, bo gdyby zaczął, to wpadłby w otchłań rozpaczy. Wyciągnął więc mentalne dłonie w kierunku tej najsilniejszej emocji, która w nim tkwiła: gniewu. Spojrzał na kopiec, który dostrzegł, i wstał.
Pomści go. Pomści go tak, jak tego by chciał Rabastan, jego cała rodzina, Louvain, ojciec i Czarny Pan. Nie wiedział czemu, ale czuł, że to było właściwe. Zemsta. Śmierć za śmierć, chociaż jeżeli dostałby teraz kogoś odpowiedzialnego za to, co tu się stało, we własne ręce, to na jednej śmierci by się nie skończyło. Ruszył przed siebie, ostrożnie stawiając kroki po trupach, by spróbować dotrzeć do celu: kopca. Czuł, że nie ma na sobie maski ani szat, ale z początku nie zwrócił na to uwagi. Szukał różdżki, a dopiero potem przesunął dłonią po twarzy. Zdjęli mu ją? Nie, niemożliwe: miał na sobie inne ubranie niż to, które miał pod szatami. Ale nie zatrzymywał się, tylko postarał się skupić na celu, jednocześnie pozostając czujnym - zarówno na to, co miał pod nogami, jak i na to, co miał obok siebie. Czy coś tu nie pasowało do tego makabrycznego obrazka? Bo ścieżka z ciał, kopiec oraz dziwne niebo zadziwiająco paskudnie do siebie pasowały. Szukał więc czegoś, co tu nie pasowało.
Rzut na percepcję
I to naprawdę była hipokryzja, lecz on jej nie dostrzegał. Bo Rabastan był niewinny. Był czystej krwi, stał po dobrej stronie. Szlamy, mugole - to oni byli problemem. I tej myśli się uczepił. Jeżeli jego brat nie żył, jeżeli właśnie sturlał się z jego truchła, to wiedział już, kto był przyczyną tego wszystkiego. Wściekłość zastąpiła rozpacz - czerwona mgła zasnuła mu umysł i przesłoniła zdrowy rozsądek, a krew w żyłach zaczęła płonąć niemal tak samo jak wtedy, gdy wypił dziwny eliksir z butelki. I gdyby nie te emocje, pewnie połączyłby kropki i uznał, że przecież to jest próba, przecież próbę wypił, próbą nazwała to wszystko Cassandra. Ale nie mógł teraz logicznie myśleć, bo gdyby zaczął, to wpadłby w otchłań rozpaczy. Wyciągnął więc mentalne dłonie w kierunku tej najsilniejszej emocji, która w nim tkwiła: gniewu. Spojrzał na kopiec, który dostrzegł, i wstał.
Pomści go. Pomści go tak, jak tego by chciał Rabastan, jego cała rodzina, Louvain, ojciec i Czarny Pan. Nie wiedział czemu, ale czuł, że to było właściwe. Zemsta. Śmierć za śmierć, chociaż jeżeli dostałby teraz kogoś odpowiedzialnego za to, co tu się stało, we własne ręce, to na jednej śmierci by się nie skończyło. Ruszył przed siebie, ostrożnie stawiając kroki po trupach, by spróbować dotrzeć do celu: kopca. Czuł, że nie ma na sobie maski ani szat, ale z początku nie zwrócił na to uwagi. Szukał różdżki, a dopiero potem przesunął dłonią po twarzy. Zdjęli mu ją? Nie, niemożliwe: miał na sobie inne ubranie niż to, które miał pod szatami. Ale nie zatrzymywał się, tylko postarał się skupić na celu, jednocześnie pozostając czujnym - zarówno na to, co miał pod nogami, jak i na to, co miał obok siebie. Czy coś tu nie pasowało do tego makabrycznego obrazka? Bo ścieżka z ciał, kopiec oraz dziwne niebo zadziwiająco paskudnie do siebie pasowały. Szukał więc czegoś, co tu nie pasowało.
Rzut na percepcję
Rzut O 1d100 - 55
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut O 1d100 - 86
Sukces!
Sukces!