11.10.2024, 22:35 ✶
Lubił, gdy się go bali. Uwielbiał, gdy się wycofywali, chociaż trzeba było przyznać, że to po czasie robiło się nudne. Cała zabawa polegała na tym, by nabrali pewności siebie i podjęli rzuconą rękawiczkę. Najlepiej schylając się i wystawiając gładko do tego, by mógł wyprowadzić cios, którego się nie spodziewali. Perseus jednak nigdy nie był osobą, którą by postrzegał jako godnego przeciwnika. Prawdę mówiąc nie postrzegał go wcale jako przeciwnika czy środek do celu, który chciał osiągnąć. Nie musiał więc podnosić tej metaforycznej, jedwabnej rękawiczki, którą rzucił jako przynętę, chociaż nieświadomie.
- Mam nadzieję. Jeżeli będziesz potrzebował pomocy, powiedz - wiesz doskonale, że większość mojej rodziny pracuje w Mungu, ale mają także swoje... Prywatne praktyki - doskonale wiedział, że Black nie potrzebował tej pomocy. Sam przecież otaczał się uzdrowicielami, miał dostęp do ludzi bezpośrednio w Mungu, ale przecież nie mógłby po prostu powiedzieć "dobrze, to szczęścia dla żony" i uciąć tematu, prawda? To były kolejne wymuszone konwenanse i zdawał sobie sprawę z tego, że Black wyczuje, że było to wymuszone. Ale musiało zostać powiedziane.
Inaczej było z tym, co w odpowiedzi usłyszał. Nawet nie krył swojego zaskoczenia, gdy Perseus wypowiedział kolejne zdanie. Jego brwi powędrowały nieznacznie w górę, a głowa odrobinę się przekrzywiła, jak u pieska, który pragnął przysłuchiwać się temu, co druga strona ma do powiedzenia.
- A po co? - zapytał i dopiero wtedy uniósł nieznacznie dłoń, wskazując na butelki. Barman zrozumiał w mgnieniu oka. Sięgnął po szklankę oraz whisky. W tym czasie Lestrange przeniósł wzrok na Perseusa. Biedny, złamany człowiek. Nie było mu go żal, mógł przecież myśleć wcześniej, prawda? - Nie, chciałem zapytać jak problem z obsługą? Udało się odczarować kelnera?
Uśmiech, którym go obdarzył, był uroczo niewinny i za cholerę nie pasował do Rodolphusa. Sam fakt, że był tak słodko niewinny sprawiał, że wydawał się cholernie fałszywy. Szczególnie że nie sięgał oczu. Przecież Perseus nie mógł zapomnieć, jak razem z Dolohov podeszli do niego, przerywając rozmowę z Vesperą, by złożyć zażalenie na obsługę, która oblała ich rosołem, to nie było aż tak dawno temu.
- Mam nadzieję. Jeżeli będziesz potrzebował pomocy, powiedz - wiesz doskonale, że większość mojej rodziny pracuje w Mungu, ale mają także swoje... Prywatne praktyki - doskonale wiedział, że Black nie potrzebował tej pomocy. Sam przecież otaczał się uzdrowicielami, miał dostęp do ludzi bezpośrednio w Mungu, ale przecież nie mógłby po prostu powiedzieć "dobrze, to szczęścia dla żony" i uciąć tematu, prawda? To były kolejne wymuszone konwenanse i zdawał sobie sprawę z tego, że Black wyczuje, że było to wymuszone. Ale musiało zostać powiedziane.
Inaczej było z tym, co w odpowiedzi usłyszał. Nawet nie krył swojego zaskoczenia, gdy Perseus wypowiedział kolejne zdanie. Jego brwi powędrowały nieznacznie w górę, a głowa odrobinę się przekrzywiła, jak u pieska, który pragnął przysłuchiwać się temu, co druga strona ma do powiedzenia.
- A po co? - zapytał i dopiero wtedy uniósł nieznacznie dłoń, wskazując na butelki. Barman zrozumiał w mgnieniu oka. Sięgnął po szklankę oraz whisky. W tym czasie Lestrange przeniósł wzrok na Perseusa. Biedny, złamany człowiek. Nie było mu go żal, mógł przecież myśleć wcześniej, prawda? - Nie, chciałem zapytać jak problem z obsługą? Udało się odczarować kelnera?
Uśmiech, którym go obdarzył, był uroczo niewinny i za cholerę nie pasował do Rodolphusa. Sam fakt, że był tak słodko niewinny sprawiał, że wydawał się cholernie fałszywy. Szczególnie że nie sięgał oczu. Przecież Perseus nie mógł zapomnieć, jak razem z Dolohov podeszli do niego, przerywając rozmowę z Vesperą, by złożyć zażalenie na obsługę, która oblała ich rosołem, to nie było aż tak dawno temu.