18.01.2023, 21:35 ✶
Trochę chyba już jednak bierzesz tę odpowiedzialność – to w końcu obietnica złożona sobie wzajem i rodzinom, że wkrótce zostanie to partnerstwo przypieczętowane papierem. Już poniekąd brała za niego odpowiedzialność… Jak wtedy, w walentynkową noc, kiedy chciała wymazać jego obecność z pamięci pewnych osób. I z tego co wiedziała – zrobiła to całkiem zręcznie. Wszystko po to, by chronić jego tożsamość, niezależność i reputację. A przecież nie musiała tego robić.
Nie, nie musiała. Ale chciała.
Sama nie myślała o żadnym rozwodzie. Nie dlatego, że nawet jeszcze nie było ślubu, a dlatego, że dla niej jawiło się to jako ostateczność. Jako ostatnia deska ratunku, kiedy zawiedzie wszystko inne. Jaki byłby sens tych układów, jeśli po roku para mogłaby się rozwieść i udawać, że tego wspólnego etapu w ich życiu wcale nie było? Żaden. Postarano się więc, by rozwody były rzadkie. A jeśli już – najlepiej niewarte świeczki. W końcu lepiej było być wdowcem niż rozwodnikiem. Na pewno prościej.
Znosiła to lepiej po pierwsze ze względu na to, że zmusiła się do uspokojenia. Do wyczyszczenia myśli ze zbędnych emocji takich jak panika; oklumencja była naprawdę szalenie przydatną umiejętnością. To, że raz już to przeżyła to jedno – może dlatego wiedziała, że nie ma co tutaj szaleć. To, że każdy wagon da się odczepić… No da się. Ale nie myślała o tym wcale. Tak samo jak nie myślała o pojawianiu się tu w koszuli przygodnego kochanka – bo też żadnego kochanka nie miała, ale też nie miała w sobie chęci, by przyprawiać Rookwoodowi rogi.
Czy było jej żal… Trochę było. A trochę już do tej myśli przywykła. Prawdę mówiąc nie znała innej drogi, od dziecka wiedziała, że nie będzie miała za wiele do powiedzenia w kwestii wyboru swojego życiowego partnera. Mogła się tylko modlić, żeby nie był skończonym tłukiem, albo kimś, kto obrzydza jej życie do tego stopnia, że po sekundzie ma ochotę mu roztrzaskać na twarzy filiżankę. Póki co wyglądało, że do tego akurat nie dojdzie. A rozmowa… Sama uważała, że jednak może się zrobić lepiej. Bo zrzucało się część ciężaru, bo nie trzeba było tego dusić w sobie. To było na pewien sposób oczyszczające.
Stali tak obok siebie, a zebrani starsi się gapili. Niekomfortowe. Cholernie niekomfortowe, ale kobieta była, a przynajmniej starała się być spokojna. I wtedy Sauriel przerwał tę ciszę i zaczął mówić. Oklepana formułka i to jeszcze takie słowa, których sam by pewnie nie ułożył, bo jego zdania brzmiały jednak trochę inaczej. Mniej… patetycznie. Bo to było patetyczne właśnie. Na chwilę się zatrzymał, Victoria przestała wbijać spojrzenie ciemnych oczu w krzesło i przeniosła je strategicznie na Kota. Bla bla bla, udane małżeństwo. Mało czasu by to stwierdzić, ale prawdę mówiąc, to akurat istniał cień szansy, że będzie udane. Widziała gdzieś dla nich nadzieję na końcu tunelu – głównie dlatego, że po prostu go polubiła. Nie był takim skończonym bucem, za jakiego miała go na początku. Piękna i inteligentna, tak, jasne. Może. Ale chyba nie w jego oczach. Zacisnęła lekko dłonie w pięści, wyglądało jakby to było z nerwów, bo zaraz splotła je ze sobą z przodu, ale tak naprawdę było jej tego trudno słuchać. Bo która kobieta nie chciałaby usłyszeć ze jest piękna, inteligentna, że jej wybranek cieszy się, że się spotkali? Pewnie każda chciała i Victoria również chciała… Ale chciała czegoś takiego usłyszeć szczerze, z serca, a nie dlatego, że ktoś kazał. Tak naprawdę, to to było bardzo smutne – wiedzieć, że pewnie nigdy nie usłyszy się czegoś podobnego naprawdę. Że nigdy nie będzie się czyimś wyborem. I smutek tego uderzył ją na moment, nim z jakąś taką złością znowu nie uciekła w oklumencję i spojrzała na klęczącego przed nią mężczyznę już bez tych emocji.
Pierścionek był ładny, tym razem bez giga kamienia na pół palca, jakby to pewnie Isabelle chciała nosić – tylko był… prostszy. Złoty, z jednym większym, białym kamieniem w gnieździe, i dużo mniejszymi, imitującymi płatki kwiatów zatopionych w obręczy, która na górze była zawinięta niczym gałęzie drzewa albo pędy rośliny. Tak, Victoria kochała kwiaty – więc… to wyglądało jak ukłon w jej stronę.
Miała się nie denerwować, a i tak poczuła, że zaschło jej w gardle. Przecież wszystko było ustawione, to skąd ten stres? Przez moment patrzyła na pierścionek w pudełeczku, w ciszy, a w końcu spojrzała na Sauriela, wprost na niego.
- Tak. Wyjdę – spróbowała się uśmiechnąć. Chociaż minimalnie, chociaż lekko, żeby jakoś zmniejszyć powagę sytuacji – która zdecydowanie była cholernie poważna. Sauriel mógł więc wstać, wyciągnąć pierścionek i nałożyć jej na palec, jak się należało. A jej nawet odrobinę zadrżała ręka, kiedy podsunęła mu tę lewą, tak jak oczekiwano, bo była bliżej serca – bo miała jakieś niejasne wrażenie, że mężczyzna zgłupieje i pomyli ręce.
No i teraz był moment na zupełnie niepotrzebne gratulacje i będą mogli w końcu przejść do kolejnego punktu programu: obiadu. I będzie się można napić.
Nie, nie musiała. Ale chciała.
Sama nie myślała o żadnym rozwodzie. Nie dlatego, że nawet jeszcze nie było ślubu, a dlatego, że dla niej jawiło się to jako ostateczność. Jako ostatnia deska ratunku, kiedy zawiedzie wszystko inne. Jaki byłby sens tych układów, jeśli po roku para mogłaby się rozwieść i udawać, że tego wspólnego etapu w ich życiu wcale nie było? Żaden. Postarano się więc, by rozwody były rzadkie. A jeśli już – najlepiej niewarte świeczki. W końcu lepiej było być wdowcem niż rozwodnikiem. Na pewno prościej.
Znosiła to lepiej po pierwsze ze względu na to, że zmusiła się do uspokojenia. Do wyczyszczenia myśli ze zbędnych emocji takich jak panika; oklumencja była naprawdę szalenie przydatną umiejętnością. To, że raz już to przeżyła to jedno – może dlatego wiedziała, że nie ma co tutaj szaleć. To, że każdy wagon da się odczepić… No da się. Ale nie myślała o tym wcale. Tak samo jak nie myślała o pojawianiu się tu w koszuli przygodnego kochanka – bo też żadnego kochanka nie miała, ale też nie miała w sobie chęci, by przyprawiać Rookwoodowi rogi.
Czy było jej żal… Trochę było. A trochę już do tej myśli przywykła. Prawdę mówiąc nie znała innej drogi, od dziecka wiedziała, że nie będzie miała za wiele do powiedzenia w kwestii wyboru swojego życiowego partnera. Mogła się tylko modlić, żeby nie był skończonym tłukiem, albo kimś, kto obrzydza jej życie do tego stopnia, że po sekundzie ma ochotę mu roztrzaskać na twarzy filiżankę. Póki co wyglądało, że do tego akurat nie dojdzie. A rozmowa… Sama uważała, że jednak może się zrobić lepiej. Bo zrzucało się część ciężaru, bo nie trzeba było tego dusić w sobie. To było na pewien sposób oczyszczające.
Stali tak obok siebie, a zebrani starsi się gapili. Niekomfortowe. Cholernie niekomfortowe, ale kobieta była, a przynajmniej starała się być spokojna. I wtedy Sauriel przerwał tę ciszę i zaczął mówić. Oklepana formułka i to jeszcze takie słowa, których sam by pewnie nie ułożył, bo jego zdania brzmiały jednak trochę inaczej. Mniej… patetycznie. Bo to było patetyczne właśnie. Na chwilę się zatrzymał, Victoria przestała wbijać spojrzenie ciemnych oczu w krzesło i przeniosła je strategicznie na Kota. Bla bla bla, udane małżeństwo. Mało czasu by to stwierdzić, ale prawdę mówiąc, to akurat istniał cień szansy, że będzie udane. Widziała gdzieś dla nich nadzieję na końcu tunelu – głównie dlatego, że po prostu go polubiła. Nie był takim skończonym bucem, za jakiego miała go na początku. Piękna i inteligentna, tak, jasne. Może. Ale chyba nie w jego oczach. Zacisnęła lekko dłonie w pięści, wyglądało jakby to było z nerwów, bo zaraz splotła je ze sobą z przodu, ale tak naprawdę było jej tego trudno słuchać. Bo która kobieta nie chciałaby usłyszeć ze jest piękna, inteligentna, że jej wybranek cieszy się, że się spotkali? Pewnie każda chciała i Victoria również chciała… Ale chciała czegoś takiego usłyszeć szczerze, z serca, a nie dlatego, że ktoś kazał. Tak naprawdę, to to było bardzo smutne – wiedzieć, że pewnie nigdy nie usłyszy się czegoś podobnego naprawdę. Że nigdy nie będzie się czyimś wyborem. I smutek tego uderzył ją na moment, nim z jakąś taką złością znowu nie uciekła w oklumencję i spojrzała na klęczącego przed nią mężczyznę już bez tych emocji.
Pierścionek był ładny, tym razem bez giga kamienia na pół palca, jakby to pewnie Isabelle chciała nosić – tylko był… prostszy. Złoty, z jednym większym, białym kamieniem w gnieździe, i dużo mniejszymi, imitującymi płatki kwiatów zatopionych w obręczy, która na górze była zawinięta niczym gałęzie drzewa albo pędy rośliny. Tak, Victoria kochała kwiaty – więc… to wyglądało jak ukłon w jej stronę.
Miała się nie denerwować, a i tak poczuła, że zaschło jej w gardle. Przecież wszystko było ustawione, to skąd ten stres? Przez moment patrzyła na pierścionek w pudełeczku, w ciszy, a w końcu spojrzała na Sauriela, wprost na niego.
- Tak. Wyjdę – spróbowała się uśmiechnąć. Chociaż minimalnie, chociaż lekko, żeby jakoś zmniejszyć powagę sytuacji – która zdecydowanie była cholernie poważna. Sauriel mógł więc wstać, wyciągnąć pierścionek i nałożyć jej na palec, jak się należało. A jej nawet odrobinę zadrżała ręka, kiedy podsunęła mu tę lewą, tak jak oczekiwano, bo była bliżej serca – bo miała jakieś niejasne wrażenie, że mężczyzna zgłupieje i pomyli ręce.
No i teraz był moment na zupełnie niepotrzebne gratulacje i będą mogli w końcu przejść do kolejnego punktu programu: obiadu. I będzie się można napić.