A te starania nie pozostawały niedostrzeżone, bo Victoria doskonale zdawała sobie z nich sprawę nawet, jeśli nagle następował błąd w kodzie i Sauriel postanawiał zagrać wbrew wszystkiemu, względem czego się starał – i wbrew sobie również. Lecz odkąd te wybory były w pełni ich… było lepiej, prawda? Kiedy mogli po swojemu, w swoim tempie kuć tę relację w stronę, którą sami wybiorą – i to pomimo tego, że gdy Sauriel odwiedził ją pod koniec lipca, to mówił coś o odcinaniu się, że nie chciał powtórki i tak dalej… Dlatego sądziła, że on nic od niej nie chce, a po prostu lubi jej towarzystwo, a kilka dni później spędzili ze sobą Lammas, potem wesele Blacków, potem… wycieczkę do nawiedzonego zamku, a potem pocałunek. Jeśli to nie tworzyło mętliku w głowie, skoro w pamięci było jego zachowanie i zdystansowanie, to co miałoby go robić? Minęły dwa tygodnie i był obrót o 180 stopni, bo teraz leżeli razem na jej kanapie, przytuleni do siebie, i nie było mowy o żadnym dystansowaniu się. I to pozwalało jej ściągnąć z barków pewien ciężar, przymknąć oczy i się zrelaksować.
Być może dla Sauriela to wszystko też było zaskakujące. Jego zachowanie, to, co właśnie razem robili… Chyba też nie było tak źle spędzać ze sobą czas, kiedy jednemu z nich było gorzej. Wszystkie czarne myśli co prawda przelatywały przez głowę przed, ale ostatecznie… Co złego było w dotrzymaniu wtedy towarzystwa? Udowodnieniu, że można kogoś wesprzeć, poprawić humor? Zwłaszcza, że Sauriel wcale nie był tutaj niechciany, to po prostu ona była w parszywym nastroju, ale w takim, który trzymała w sobie, a nie wylewała na innych. Ale też nie myślała, że Sauriel przyjdzie – to po pierwsze. A po drugie – że będą tak leżeć… wymieniając się chłodem swoich ciał.
– Hmm? – wymruczała, leżąc tak z zamkniętymi oczami, sycąc się bliskością Rookwooda. – Jedenastego stycznia. Równiutkie pięć miesięcy – odparła, nie myśląc wcale, że „mógłbyś już pamiętać” i tak dalej. Nawet nie była pewna, czy przeprowadzili taką rozmowę. To znaczy ona się go na pewno pytała kiedy ma urodziny i bardzo dokładnie to zapamiętała – przecież aparat miał dostać właśnie wtedy. Aż uznała, że chyba jednak bardziej mu się przyda teraz a nie za te kilka miesięcy. – Gramofon? – powtórzyła za nim i otwarła oczy, ale poza tym się nie poruszyła, może za wyjątkiem dłoni, która robiła to dość bezwiednie. – No w sumie… – faktycznie, było trochę cicho. Tak cicho, że słychać było ciche stukanie Luny, która robiła w tej swojej kociej, małej główne masę dziwnych obliczeń, ale wyniki chyba nie wychodziły jeszcze zbyt dobrze i co rusz dochodził do ich uszu dźwięk jakiegoś stukania, tuptania, wdrapywania i tak dalej.
Spójrzmy prawdzie w oczy: mogłaby o eliksirach mówić długo, bo to naprawdę była jej pasja, hobby, które wykonywała w czasie wolnym, bo sprawiało jej mnóstwo przyjemności i satysfakcji. I przede wszystkim chciała i umiała to wytłumaczyć laikowi prosto, podając jakieś przykłady, a nie skomplikowanie książkowo.
– Rzeczoznawca? Może… To by się dobrze wpasowywało w specjalność zatruć eliksiralnych w Mungu, ale uzdrowicielstwo nigdy mnie nie kręciło, wiesz. Zawsze bardziej eliksiry, połączenia. Sam fakt, że kilka składników o mocnym potencjale magicznym złączonych razem w odpowiedni sposób daje bardzo trwały efekt, w przeciwieństwie do zaklęć. Ale samo leczenie ludzi z tego to tak… hym. Mniej – mówiła dalej, po czym wzięła głębszy oddech i ponownie zamknęła oczy, by za chwilę otworzyć je gwałtownie i spróbować uszczypnąć Sauriela pod żebrami za tę jawną zniewagę! Nudno więc w sam raz dla niej, ha!
W sumie to nie wiedziała, czy w Departamencie Tajemnic jest nudno… Ale chyba… nie?
– Opowiadałam ci o tym? Że któregoś razu Brenna pisała do mnie karteczki znad swoich raportów, bo właśnie widziała typa z Departamentu Tajemnic, jak po naszym piętrze biegał bez gaci? Biedna nie wiedziała, co ma z nim zrobić – Victoria zachichotała cicho. Cokolwiek tam badali, kompletnie mu siadło na… mózg. – Ooo ja im dam króliczka. Byłabym ich największym koszmarem, jakby próbowali mnie badać bez zgody. Zresztą już badali, na początku maja, ale konkluzji żadnej się nie doczekałam – może powinien to robić ktoś, komu na tym zależało: ktoś taki jak ona. Ale tymczasem czekała ją za kilka dni upragniona „wycieczka” do Afryki. – Za dwa dni mam tej wyjazd do Egiptu… Ciekawe czy to coś da – podjęła ten temat, ale nie dlatego, że chciała znowu nawiązywać do tego, że może niedługo umrze. Pokładała w tym wyjeździe spore nadzieje – że dowiedzą się czegokolwiek przydatnego. – Nie będzie mnie cztery dni. Zajrzysz do kotków? – podpytała jeszcze. Bo co prawda mogłaby na przykład poprosić swoją młodszą siostrę, była jeszcze na miejscu… Albo porozmawiać z matką i poprosić, żeby Strzałka do nich zaglądała. Ale Sauriel był… Jemu za to płaciła… Ale co najważniejsze: jemu to sprawiało przyjemność.