- To było wtedy. - Potwierdziła, chociaż wcale nie była taka pewna, ale wydawało jej się, że faktycznie stało się to tego pięknego dnia, kiedy wyszli z friendzone'u w którym tkwili przez kilka miesięcy.
Zdecydowanie cieszyła się z tego, że mieli to za sobą. Nie chciała wracać do tej niewygodnej sytuacji, tyle, że tamto musiało się wydarzyć, aby trafili do tego momentu, w którym aktualnie się znajdowali. Od poznania, poprzez nienawiść później przyjaźń, aż wreszcie miłość, której tak naprawdę żadne z nich jeszcze nie nazwało wprost. To nie było potrzebne, przynajmniej jak na razie. Gesty, przywiązanie wszystko świadczyło o tym, że to właśnie mieli teraz. Pewnie kiedyś odważą się użyć tego konkretnego słowa, chociaż, czy właściwie było to potrzebne, skoro wiedzieli co się z nimi dzieje? Nie potrzebowali tego do niczego. Wystarczały te konkrety, które dostawała, jak chociażby wspólny dom, to świadczyło o tym, że faktycznie mieli zamiar razem coś stworzyć.
- Gwarantuję, że tak będzie. - Nie miała zamiaru wyciągać spod ziemi tamtej wersji siebie. Zdecydowanie bardziej podobała się jej ta obecna, naturalna, która nie musiała się zastanawiać nad każdym swoim gestem, tak było prościej, szczególnie gdy ustalili, że chcą tego samego. Nie musiała już nad sobą panować, mogła sięgać po wszystko, na co tylko miała ochotę, zresztą on również. Nie potrzebowali hamulców, które wcześniej skutecznie powstrzymywały ich od przekraczania granic, teraz to było ponad nimi.
- Nie wiem, czy chodziło o uduszenie, ale na pewno miała zamiar rozsmarować ci tego torta na twarzy. - Nie była, aż tak brutalna, chociaż wtedy się o to prosił. To był jeden z dni, kiedy najgorzej sobie radziła z tym, co się między nimi nie działo. Pamiętała, że była bardzo bliska przekroczenia ram tej relacji, która ich wtedy łączyła, tyle, że Ambroise jakimś cudem wybrnął z tego i postawił ją do pionu. - To prawda, było bardzo blisko. - Gdyby nie opuścili wtedy jej mieszkania zapewne zakończyłoby się to zbliżeniem, o którym w sumie myślała od wielu dni. Wydawało jej się jednak, że nie był to odpowiedni moment, wtedy mogliby sobie z tym nie poradzić. Zwalić to, co by się wydarzyło na alkohol, jeszcze zaczęliby się unikać, żeby nie wracać do tematu... Może więc i dobrze, że trochę przesunęli to w czasie. Kosztowało ją to trochę nerwów, ale jednak miała pewność, że chcą tego samego i nie mogli tego zwalić na nietrzeźwość.
Yaxleyówna również mocno zmieniła swoje przyzwyczajenia, kiedyś nie znosiła siedzieć w domu, przytłaczało ją puste mieszkanie, szukała towarzystwa niemalże codziennie, spotykała się ze znajomymi, jeśli nie z nimi to chodziła do pubów, aby wychylić kilka drinków z nieznajomymi, zawsze potrafiła sobie znaleźć kompanów. Zmieniło się to jednak, już tego nie potrzebowała, przestała też w siebie wlewać hektolitry alkoholu, wydawało jej się to zbędne. Znalazła inny sens w swoim życiu, nie spodziewała się, że tak łatwo jej przyjdzie zmiana przyzwyczajeń. Jak widać dla każdego była nadzieja, skoro ona się ogarnęła tak szybko.
W jego towarzystwie nie musiała sięgać po alkohol, zupełnie tego nie potrzebowała, i tak była nieco oderwana od rzeczywistości, trochę, jakby ciągle była odurzona, tyle, że nie żadnymi używkami, a Ambroisem Greengrassem. Przypominało jej to nawet opętanie, nie mogła przestać o nim myśleć, szczególnie, gdy nie było go przy niej, kiedy znikał na swoich całonocnych dyżurach. Oduczyła się spania w samotności, łaknęła jego obecności, najchętniej nie odstępowałaby go nawet o krok, chociaż wiedziała, że to nie było możliwe. Dziwne to uczucie i strasznie potężne, nie miała pojęcia, co to były za sztuczki, ale działały, tonęła w tym uczuciu i nie chciała, aby kiedykolwiek się to skończyło.
- Wiem, zauważyłam. - Nie musiał jej o tym wspominać, zaskakiwał ją wiele razy. W szczególności te jego wszystkie gesty, o których sama pewnie nigdy by nie pomyślała. Drobne, aczkolwiek zauważalne, uświadamiające jej o tym, że o niej myślał, kiedy przynosił do domu te wszystkie pierdolety, które kupował dla niej, czy wracał z kwiatami. Niby nic, ale ją to cieszyło, to oznaczało, że pojawiała się w jego myślach, kiedy nie znajdowała się obok niego. Może ta obsesja nie dotyczyła tylko jej?
- Szkoda czasu na opowiadanie o nich, wolałabym od razu przejść do działania. - Oczy jej błyszczały, zdecydowanie wolała przejść do rzeczy niżeli rzucać słowa i opowiadać o tym, czego to by z nim nie zrobiła. Wolała działać, tak, to zdecydowanie łatwiej jej przychodziło.
Wolała wymknąć się z jego objęć, bo czuła, że dłużej nie wytrzyma tej ograniczonej bliskości. Nie mogli sobie pozwolić na zbyt odważne ruchy, co trochę ćwiczyło ich siłę woli, bo nie byli do tego przyzwyczajeni, raczej zawsze dostawali od razu to na co mieli ochotę, to była ogromna zaleta tego, że zazwyczaj spędzali czas w czterech ścianach, gdzie nikt im nie przeszkadzał.
Pomyślała o tych amuletach, bo ich dom musiał być bezpieczny. Zależało jej na tym, aby nikt nie mógł im zrobić krzywdy, szczególnie w ich azylu. Chciała mieć pewność, że będą mogli się tam zaszywać na dłużej bez przejmowania się tym, że ktoś mógłby im przeszkadzać. Zabezpieczenia były więc dość istotne, wtedy faktycznie będą mogli zupełnie się zatracić w rzeczywistości. To nie był jej typowy tok myślenia, nigdy bowiem nie wydawało jej się to ważne, ale nigdy też nie chciała, aż tak zatracać się w codzienności. Obawiała się, że mogłaby stracić czujność w jego obecności, zresztą już to robiła, potrafił ją rozproszyć, jak nikt inny. Nie, żeby jej to przeszkadzało, ale w takim wypadku musiała sięgnąć po inne możliwości, stąd pomysł na kupno amuletów.
Przyglądała się pstrokatym amuletom i innym błyskotkom, jednak jakoś niezbyt potrafiła wybrać coś, co chciałaby zabrać do ich chatki. Faktycznie te rzeczy wydawały się jej być mocno tandetne. Na szczęście Ambroise miał takie samo zdanie, pokiwała jedynie głową i udała się z nim dalej, do kolejnego stoiska. Tym razem mniejszego, gdzie każdy drobiazg wydawał się być wyjątkowy, jakby ten wystawca poświęcił naprawdę ogrom czasu, aby sprawić, aby te rzeczy miały swoją duszę. To zdecydowanie bardziej do niej przemawiało.
W oko wpadły jej muszelki, zawieszone na długim sznurze, niemalże od razu potrafiła je sobie wyobrazić na ich ganku, więc to właśnie był jej pierwszy wybór, do tego poprosiła sprzedawcę o zapakowanie dużego łapacza snów, którego miała zamiar powiesić im nad łóżkiem w sypialni, może wydawał się być nieco tandetny... ale cóż, trochę tandety nie zaszkodzi. Ponoć oba przedmioty były zaklęte jakimiś zabezpieczającymi czarami.
W końcu mogli opuścić polanę, na szczęście żadne z nich nie próbowało przepchnąć tego pomysłu związanego z poszukiwaniem magicznego kwiatka, bo bardzo, ale to bardzo nie chciała tego dzisiaj robić, szczególnie po tym tańcu. Zależało jej na tym, aby jak najszybciej znaleźli się w domu, którymkolwiek, mieli na szczęście całkiem spory wybór miejsc, w których mogliby zakończyć celebrację tego sabatu.