13.10.2024, 21:59 ✶
Odchodzą od nas Baldwin, Lorraine, Desmond i Calanthe. Rozmawiam z Hrabią i Camille.
We wszystkich tych nieprzyjemnych i wywyższających się wyrazach twarzy, pamiętał, aby odpowiedzieć na szczerość uśmiechu Desmonda. W oceanie pompatycznych komplementów i szerokich uśmiechów grymas Malfoya był jak limonka wyciskana do ginu - niezastąpiony.
Parsknął beznamiętnie na wypowiedzi Baldwina jakby te były żartem, który powtarzany jest w kółko do znudzenia.
- Dziesięć minut to dla ciebie za długo na namiętności, zrozumiałe - rozciągnął usta w chochliczym uśmiechu ponownie pokazując rządek białych zębów, choćby tylko po to, aby zirytować Baldwina, że nie może ich wybić, przynajmniej nie odpowiednio skutecznie.
Ciężką atmosferę zaognionych komentarzy przecięła sfrancuszczona angielszczyzna. Na jej charakterystycznie rwące słowa, serce Croucha zadygotało; Marokańskie krajobrazy dodały do języka francuskiego głębokości arabskiej nocy i choć wprawionego ucha muzyka nie dało się oszukać, tak na pewno dało się oczarować.
- Jest mi niezmiernie miło, że zdołałem oczarować i przywieść na myśl minione chwile z Paryża - uśmiech, który skierował do Hrabiego był czarujący, choć nie niósł ze sobą głębi. Zdradzał zainteresowanie i ekscytację Croucha, co też łatwo dało się dostrzec w jego, teraz odrobinę pomarańczowawych, oczach. Barwa mandarynek od zawsze kojarzyła się Oleandrowi z przyjemnym ciepłem Włoch, napawała emocjami porównywalnymi do tych, jakie młode dzieci odczuwają przed wyjazdem na wakacje z rodziną.
- Nie mógłbym odmówić słysząc tak przemyślane pochwały - zgodził się odejść na bok z mężczyzną oraz Camille, czekając aż Francuz się przedstawi. Niegrzecznie byłoby sugerować, że nie zna kogoś, kto kojarzy jego grę - przynajmniej w towarzystwie, a nie w cztery (bądź w tym wypadku sześć) oczy.
Po wypowiedzi Delacour, poznał imię nieznajomego.
Zanim reszta grupy odeszła, Oleander przesunął spojrzeniem po Desmondzie, w tymże momencie pomarańcz ściemnił się w tylko dla nich znany brąz, acz szybko został strząśnięty, na dźwięk francuskiej sentencji, jaką obdarzyła ich uszy Camille. Zostali tylko we trójkę, po tym jak bezgłośnie podziękował za słowa pochwały Lorraine.
- Powinienem powiedzieć, że jest Pani zbyt miła, ale wtedy nie pozostałbym wierny swoim utworom. Utwór musi zostawić nas obnażonych, aby z namiętności wykwitła prawdziwa miłość, z klapkami na oczach nie dostrzeżemy nawet najjaśniejszej perły, a nieoszlifowany diament bardzo łatwo może być pominięty jeżeli nie ściągnie się z niego szpecących go warstw - odparł trochę przydługawo.
- Proszę mi wybaczyć tę przydługawą odpowiedź, nie znam francuskiego, ale tygodnie spędzone w Maroku zaznajomiły mnie odrobinę z niektórymi słowami, odświeżyły wiedzę z francuskich recitali. Nie będę już przynudzał, bo o tyle, o ile wiem że mojej muzyki można słuchać godzinami, tak słowa zawsze powinny mieć swój koniec zanim widownia odwróci głowy, by ziewnąć - widać było, że jego wypowiedzi były czystym żywiołem, że nie planował ich wcześniej.
Zamilkł, aby wysłuchać słów, które chciał w jego stronę skierować Hrabia oraz Camille.
W trakcie wypowiedzi starał się skupiać na rozmówcach, acz błądził oczyma za matką. Znalazwszy ją przy obrazach, zdusił ukłucie zazdrości.
We wszystkich tych nieprzyjemnych i wywyższających się wyrazach twarzy, pamiętał, aby odpowiedzieć na szczerość uśmiechu Desmonda. W oceanie pompatycznych komplementów i szerokich uśmiechów grymas Malfoya był jak limonka wyciskana do ginu - niezastąpiony.
Parsknął beznamiętnie na wypowiedzi Baldwina jakby te były żartem, który powtarzany jest w kółko do znudzenia.
- Dziesięć minut to dla ciebie za długo na namiętności, zrozumiałe - rozciągnął usta w chochliczym uśmiechu ponownie pokazując rządek białych zębów, choćby tylko po to, aby zirytować Baldwina, że nie może ich wybić, przynajmniej nie odpowiednio skutecznie.
Ciężką atmosferę zaognionych komentarzy przecięła sfrancuszczona angielszczyzna. Na jej charakterystycznie rwące słowa, serce Croucha zadygotało; Marokańskie krajobrazy dodały do języka francuskiego głębokości arabskiej nocy i choć wprawionego ucha muzyka nie dało się oszukać, tak na pewno dało się oczarować.
- Jest mi niezmiernie miło, że zdołałem oczarować i przywieść na myśl minione chwile z Paryża - uśmiech, który skierował do Hrabiego był czarujący, choć nie niósł ze sobą głębi. Zdradzał zainteresowanie i ekscytację Croucha, co też łatwo dało się dostrzec w jego, teraz odrobinę pomarańczowawych, oczach. Barwa mandarynek od zawsze kojarzyła się Oleandrowi z przyjemnym ciepłem Włoch, napawała emocjami porównywalnymi do tych, jakie młode dzieci odczuwają przed wyjazdem na wakacje z rodziną.
- Nie mógłbym odmówić słysząc tak przemyślane pochwały - zgodził się odejść na bok z mężczyzną oraz Camille, czekając aż Francuz się przedstawi. Niegrzecznie byłoby sugerować, że nie zna kogoś, kto kojarzy jego grę - przynajmniej w towarzystwie, a nie w cztery (bądź w tym wypadku sześć) oczy.
Po wypowiedzi Delacour, poznał imię nieznajomego.
Zanim reszta grupy odeszła, Oleander przesunął spojrzeniem po Desmondzie, w tymże momencie pomarańcz ściemnił się w tylko dla nich znany brąz, acz szybko został strząśnięty, na dźwięk francuskiej sentencji, jaką obdarzyła ich uszy Camille. Zostali tylko we trójkę, po tym jak bezgłośnie podziękował za słowa pochwały Lorraine.
- Powinienem powiedzieć, że jest Pani zbyt miła, ale wtedy nie pozostałbym wierny swoim utworom. Utwór musi zostawić nas obnażonych, aby z namiętności wykwitła prawdziwa miłość, z klapkami na oczach nie dostrzeżemy nawet najjaśniejszej perły, a nieoszlifowany diament bardzo łatwo może być pominięty jeżeli nie ściągnie się z niego szpecących go warstw - odparł trochę przydługawo.
- Proszę mi wybaczyć tę przydługawą odpowiedź, nie znam francuskiego, ale tygodnie spędzone w Maroku zaznajomiły mnie odrobinę z niektórymi słowami, odświeżyły wiedzę z francuskich recitali. Nie będę już przynudzał, bo o tyle, o ile wiem że mojej muzyki można słuchać godzinami, tak słowa zawsze powinny mieć swój koniec zanim widownia odwróci głowy, by ziewnąć - widać było, że jego wypowiedzi były czystym żywiołem, że nie planował ich wcześniej.
Zamilkł, aby wysłuchać słów, które chciał w jego stronę skierować Hrabia oraz Camille.
W trakcie wypowiedzi starał się skupiać na rozmówcach, acz błądził oczyma za matką. Znalazwszy ją przy obrazach, zdusił ukłucie zazdrości.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦