Entuzjazm pani Abbott nieco stopniał. Rodzeństwo Greengrassów wyzerowało się wzajemnie w poparciu i prośbie o odwleczenie zdjęcia tuby. Pewność panny Figg dotycząca tego, że w tubie NIE ma pustynnej mandragory i zdecydowane oskarżenie o nekromancję...
Gospodyni przedsięwzięcia opuściła różdżkę i zamrugała kilkukrotnie, jakby jej umysł musiał to wszystko poukładać. Nie traciła eleganckiej postawy wyprostowanej damy, ale też widać było, że nie wie za bardzo co z tym natłokiem informacji zrobić. Spojrzała pospiesznie na Urquata, który zsunął nauszniki, najwidoczniej kilka słów przekonało i jego, żeby aż tak nie ryzykować, bo jego rozbiegane oczka zbyt często powracały do Selwyna, który swoją wrodzoną charyzmą potrafił zwracać na siebie uwagę.
– Wiemy, że jest to pustynna mandragora. Zarówno świadczyła o tym dokumentacja, jak i jej wygląd, kiedy została dostarczona do Towarzystwa, z wyjątkiem... – wzięła głęboki oddech, układając sobie pospiesznie kolejne słowa – ..rozmiarów. Tak... gargantuicznych rozmiarów, które możliwe, że są efektem rozkwitu surowej magii, która ostatnio coraz częściej znajduje upodobania w roślinności. Nie posiadała żadnych wici o których wspominał pan Selwyn, ale też nie widzę powodu, by teraz miał okłamywać tak szacowne grono badaczy. Panno Lestrange, jeśli chodzi o nekromancję... nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Z mojej wiedzy wynika, że sadzonka była przez pięć lat w magazynie, a potem zaraz po odkryciu została przetransportowana tutaj, oczyszczona i osadzona w tejże donicy. Ten zapach wydawał mi się dziwny i właśnie... – nagle jej uśmiech się rozpromienił szeroko, jakby połączone kropki zalśniły jasno w jej umyśle – ... i właśnie dlatego zaprosiłam panią do udziału w grupie, już jako test członkostwa, bo tu trzeba mieć nie tylko nosa do roślin ale i zakazanej magii, którą ten okaz być może... bo przecież tego nie jesteśmy pewni, przejawia, różne rośliny generują różne zapachy, przez piękne wonie po zgniłe mięso – dodała nieco protekcjonalnie.
Dopiero wtedy zdjęła nauszniki pozostawiając je na swojej szyi i uśmiechnęła się dobrotliwie, chowając różdżkę na nowo do kieszeni. Atmosfera w pomieszczeniu - choć wciąż pachnąca specyficznie - rozluźniła się nieco.
– To jakie są Państwa propozycje? Jak moglibyśmy podejść do zbadania tego okazu? Sugerowane procedury? – było to trochę z przekąsem, trochę jakby pytała "proszę, chcieliście wiedzieć lepiej, to sami se wymyślcie", ale jej twarz uśmiechała się łagodnie, jak babcia przypatrująca się wnukom podczas rozstawiania planszówki z wybuchającymi niuchaczami.
Gospodyni przedsięwzięcia opuściła różdżkę i zamrugała kilkukrotnie, jakby jej umysł musiał to wszystko poukładać. Nie traciła eleganckiej postawy wyprostowanej damy, ale też widać było, że nie wie za bardzo co z tym natłokiem informacji zrobić. Spojrzała pospiesznie na Urquata, który zsunął nauszniki, najwidoczniej kilka słów przekonało i jego, żeby aż tak nie ryzykować, bo jego rozbiegane oczka zbyt często powracały do Selwyna, który swoją wrodzoną charyzmą potrafił zwracać na siebie uwagę.
– Wiemy, że jest to pustynna mandragora. Zarówno świadczyła o tym dokumentacja, jak i jej wygląd, kiedy została dostarczona do Towarzystwa, z wyjątkiem... – wzięła głęboki oddech, układając sobie pospiesznie kolejne słowa – ..rozmiarów. Tak... gargantuicznych rozmiarów, które możliwe, że są efektem rozkwitu surowej magii, która ostatnio coraz częściej znajduje upodobania w roślinności. Nie posiadała żadnych wici o których wspominał pan Selwyn, ale też nie widzę powodu, by teraz miał okłamywać tak szacowne grono badaczy. Panno Lestrange, jeśli chodzi o nekromancję... nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Z mojej wiedzy wynika, że sadzonka była przez pięć lat w magazynie, a potem zaraz po odkryciu została przetransportowana tutaj, oczyszczona i osadzona w tejże donicy. Ten zapach wydawał mi się dziwny i właśnie... – nagle jej uśmiech się rozpromienił szeroko, jakby połączone kropki zalśniły jasno w jej umyśle – ... i właśnie dlatego zaprosiłam panią do udziału w grupie, już jako test członkostwa, bo tu trzeba mieć nie tylko nosa do roślin ale i zakazanej magii, którą ten okaz być może... bo przecież tego nie jesteśmy pewni, przejawia, różne rośliny generują różne zapachy, przez piękne wonie po zgniłe mięso – dodała nieco protekcjonalnie.
Dopiero wtedy zdjęła nauszniki pozostawiając je na swojej szyi i uśmiechnęła się dobrotliwie, chowając różdżkę na nowo do kieszeni. Atmosfera w pomieszczeniu - choć wciąż pachnąca specyficznie - rozluźniła się nieco.
– To jakie są Państwa propozycje? Jak moglibyśmy podejść do zbadania tego okazu? Sugerowane procedury? – było to trochę z przekąsem, trochę jakby pytała "proszę, chcieliście wiedzieć lepiej, to sami se wymyślcie", ale jej twarz uśmiechała się łagodnie, jak babcia przypatrująca się wnukom podczas rozstawiania planszówki z wybuchającymi niuchaczami.
Tura trwa do 16.10, godz. 23:59
Cameron