13.10.2024, 23:04 ✶
Być może i słowa młodego Lestrenge'a nie były do końca szczere, ale łagodny - choć jednocześnie smutny - uśmiech, który zaraz potem pojawił się na twarzy Perseusa, był całkowicie prawdziwy. Znów wbił spojrzenie w whisky w szklance, jakby to właśnie w jej bursztynowej tafli spodziewał się znaleźć remedium na wszystkie swoje bolączki. Cóż, w pewnym sensie tak właśnie było, choć efekt trwał jedynie do następnego ranka, kiedy to budził się z nieprzyjemnym wrażeniem, jakoby jego czaszka miała zaraz implodować, a w ustach czuł gorzki smak.
— Dziękuję, Rodolphusie. To bardzo... życzliwe z twojej strony — odpowiedział wreszcie zdławionym głosem, zdając sobie sprawę z tego samego - że i on nie skorzysta z tej pomocy, która zresztą została mu zaoferowana tylko grzecznościowo. Nie wspomniał więc o Szkocji, o prywatnej (i piekielnie drogiej, choć Blackowie na szczęście mieli dość przyzwoitości, by wesprzeć nową członkinię rodziny w potrzebie) klinice w Highlands, tabunie uzdrowicieli oraz o tym, że nikt nie miał pojęcia co właściwie dolega jego żonie, więc leczono ją objawowo. A na pewno już nie zamierzał mówić o swoim strachu, ciągłym stresie i zmęczeniu tą sytuacją; nie musiał zresztą, to wszystko odbijało się w jego wyglądzie, czego zdawał się nie być do końca świadomy.
— Obsługą? — powtórzył za nim, a pomiędzy zmarszczonymi brwiami pojawiła się głęboka bruzda, kiedy próbował zrozumieć, o co chodzi jego towarzyszowi. Odczarować kelnera? Co to właściwie miało znaczyć...? Nie znał za dobrze Rodolphusa, ale ta nagła zmiana w jego mimice i seraficzny niemalże uśmiech zbiły go z tropu. Przełknął ślinę, czując, że ta rozmowa nie zmierza w dobrym kierunku. Z meandrów wspomnień powoli wyłaniały się mgliste obrazy. Tak, rzeczywiście coś miało miejsce w kontekście kelnera... Ale on był zbyt wzburzony drinkami, by wysłuchać historii o kolejnej małej katastrofie. — Wybacz, nie miałem do tego głowy. Co właściwie się wydarzyło?
Nie mógł wyzbyć się wrażenia, że ten uśmiech wygląda jak przyklejony, dlatego - pomimo oszołomienia alkoholem - wysilił się, by ujrzeć aurę Rodolphusa, choć od czasu Windermere podchodził do tego daru... sceptycznie.
Rzucam na percepcję, podglądam aurę
— Dziękuję, Rodolphusie. To bardzo... życzliwe z twojej strony — odpowiedział wreszcie zdławionym głosem, zdając sobie sprawę z tego samego - że i on nie skorzysta z tej pomocy, która zresztą została mu zaoferowana tylko grzecznościowo. Nie wspomniał więc o Szkocji, o prywatnej (i piekielnie drogiej, choć Blackowie na szczęście mieli dość przyzwoitości, by wesprzeć nową członkinię rodziny w potrzebie) klinice w Highlands, tabunie uzdrowicieli oraz o tym, że nikt nie miał pojęcia co właściwie dolega jego żonie, więc leczono ją objawowo. A na pewno już nie zamierzał mówić o swoim strachu, ciągłym stresie i zmęczeniu tą sytuacją; nie musiał zresztą, to wszystko odbijało się w jego wyglądzie, czego zdawał się nie być do końca świadomy.
— Obsługą? — powtórzył za nim, a pomiędzy zmarszczonymi brwiami pojawiła się głęboka bruzda, kiedy próbował zrozumieć, o co chodzi jego towarzyszowi. Odczarować kelnera? Co to właściwie miało znaczyć...? Nie znał za dobrze Rodolphusa, ale ta nagła zmiana w jego mimice i seraficzny niemalże uśmiech zbiły go z tropu. Przełknął ślinę, czując, że ta rozmowa nie zmierza w dobrym kierunku. Z meandrów wspomnień powoli wyłaniały się mgliste obrazy. Tak, rzeczywiście coś miało miejsce w kontekście kelnera... Ale on był zbyt wzburzony drinkami, by wysłuchać historii o kolejnej małej katastrofie. — Wybacz, nie miałem do tego głowy. Co właściwie się wydarzyło?
Nie mógł wyzbyć się wrażenia, że ten uśmiech wygląda jak przyklejony, dlatego - pomimo oszołomienia alkoholem - wysilił się, by ujrzeć aurę Rodolphusa, choć od czasu Windermere podchodził do tego daru... sceptycznie.
Rzucam na percepcję, podglądam aurę
Rzut PO 1d100 - 77
Sukces!
Sukces!
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory