14.10.2024, 13:23 ✶
Jonathan przygryzł wargi i utkwił wzrok w niegdyś bolącym nadgarstku.
– Hm... Mam wrażenie, że od początku tej całej sprawy z Kambodżą ciągle coś za niego piszę – mruknął, niejako na potwierdzenie teorii Morpheusa, bo najprawdopodobniej była ona prawdziwa. Ewentualnie po prostu źle spał. Przynajmniej przyjaciel nie zasugerował nadmiernej masturbacji.
Oderwał wzrok od gładkiej skóry bez żadnych śladów po ugryzieniu i przyjrzał się Morpheusowi. No cóż. Przynajmniej nie powiedział: Tak Jonathanie to jedyne rozwiązanie. To albo wyskoczenie przez okno, jeśli chcesz pomogę spisać ci ostatnie słowa i rozchylę dla ciebie te nowe gustowne zasłony, które kupiłeś. Tylko proszę zanim jeszcze zakończysz swoje życie w ten lub inny sposób, powiedz mi gdzie je kupiłeś, bo twój gust jest tak znakomity, że pozostaje tajemnicą nawet dla mojego departamentu.
Przynajmniej tyle.
W pierwszej chwili nie komentował wywodu Morpheusa, a jedynie wysłuchiwał jego słów z kamienną twarzą, ignorując wwiercaiące się w niego spojrzenie Longbottoma.
To wszystko brzmiało... Niekomfortowo znajomo i na swoim miejscu. Karty, głosem Morpheusa, bezlitośnie opisywały to co było, a co tak bardzo rzucało cień na ich przyszłość i teraźniejszość. Miał ochotę zerwać się ze swojego miejsca i ponownie zacząć nerwowo chodzić po pokoju. A może oni byli przeklęci? Może nad ich czwórką coś ciążyło, bo czemu by inaczej Morpheus musiał się mierzyć z czymkolwiek się mierzył w relacji z Vakelem, Charlotte była wdową, jego decyzje miłosne narażały ich wszystkich, a Anthony... O problemach miłosnych Anthony'ego nie chciał myśleć, bo skoro przyjaciel był na razie szczęśliwy, to nie chciał nawet sugerować, by mogło być inaczej.
Ale jeszcze przecież go nie podnieśli.
Westchnął ciężko i potarł skronie. Nagle poczuł się strasznie zmęczony, a niespokojne noce dały o sobie znać.
To nadchodząca szczerość wobec dawnych klamst i oszustw.
Czyich? Jeana wobec niego? Było coś jeszcze o czym myślał, że było prawda tylko po to, by okazało się kolejnym kłamstwem?
Jego wobec przyjaciół? Czy chodziło o te wszystkie lata, gdy milczał na temat niektórych wydarzeń we Francji? Gdy przerobił historię ze złamanym żebrem na śmieszną historyjkę o upadku z abrakasana?
Nachylił się nad kartami, łapiąc się za mostek nosa. To, że może nie być tak łatwo go wywieść w pole, nie znaczy, że jest to niemożliwe prawda?
– Zaczynam doceniać urok jednorazowych przygód romansowych. Są zdecydowanie mniej problematyczne – wyszeptał dziwnym ni to żartobliwym, ni to powaznym tonem, przymykając na chwilę oczy, tylko po to, by zaraz ponownie je otworzyć i spojrzeć na Morpheusa. – No dobrze. Dziękuję ci za to. Muszę pomyśleć nad twoimi słowami, ale hej. Są gorsze rozkłady, prawda? Myślę... Coś wymyślę. Oczywiście nie wymagam od ciebie, abyś jakkolwiek się w to więcej mieszał. Tak samo jak od reszty. Muszę im to tylko jeszcze wytłumaczyć. – Uśmiechnął się bez entuzjazmu. – Przynajmniej mam temat, którym zakryję niezręczność wynikającą z tego, że całowaliśmy się z Lottie.
– Hm... Mam wrażenie, że od początku tej całej sprawy z Kambodżą ciągle coś za niego piszę – mruknął, niejako na potwierdzenie teorii Morpheusa, bo najprawdopodobniej była ona prawdziwa. Ewentualnie po prostu źle spał. Przynajmniej przyjaciel nie zasugerował nadmiernej masturbacji.
Oderwał wzrok od gładkiej skóry bez żadnych śladów po ugryzieniu i przyjrzał się Morpheusowi. No cóż. Przynajmniej nie powiedział: Tak Jonathanie to jedyne rozwiązanie. To albo wyskoczenie przez okno, jeśli chcesz pomogę spisać ci ostatnie słowa i rozchylę dla ciebie te nowe gustowne zasłony, które kupiłeś. Tylko proszę zanim jeszcze zakończysz swoje życie w ten lub inny sposób, powiedz mi gdzie je kupiłeś, bo twój gust jest tak znakomity, że pozostaje tajemnicą nawet dla mojego departamentu.
Przynajmniej tyle.
W pierwszej chwili nie komentował wywodu Morpheusa, a jedynie wysłuchiwał jego słów z kamienną twarzą, ignorując wwiercaiące się w niego spojrzenie Longbottoma.
To wszystko brzmiało... Niekomfortowo znajomo i na swoim miejscu. Karty, głosem Morpheusa, bezlitośnie opisywały to co było, a co tak bardzo rzucało cień na ich przyszłość i teraźniejszość. Miał ochotę zerwać się ze swojego miejsca i ponownie zacząć nerwowo chodzić po pokoju. A może oni byli przeklęci? Może nad ich czwórką coś ciążyło, bo czemu by inaczej Morpheus musiał się mierzyć z czymkolwiek się mierzył w relacji z Vakelem, Charlotte była wdową, jego decyzje miłosne narażały ich wszystkich, a Anthony... O problemach miłosnych Anthony'ego nie chciał myśleć, bo skoro przyjaciel był na razie szczęśliwy, to nie chciał nawet sugerować, by mogło być inaczej.
Ale jeszcze przecież go nie podnieśli.
Westchnął ciężko i potarł skronie. Nagle poczuł się strasznie zmęczony, a niespokojne noce dały o sobie znać.
To nadchodząca szczerość wobec dawnych klamst i oszustw.
Czyich? Jeana wobec niego? Było coś jeszcze o czym myślał, że było prawda tylko po to, by okazało się kolejnym kłamstwem?
Jego wobec przyjaciół? Czy chodziło o te wszystkie lata, gdy milczał na temat niektórych wydarzeń we Francji? Gdy przerobił historię ze złamanym żebrem na śmieszną historyjkę o upadku z abrakasana?
Nachylił się nad kartami, łapiąc się za mostek nosa. To, że może nie być tak łatwo go wywieść w pole, nie znaczy, że jest to niemożliwe prawda?
– Zaczynam doceniać urok jednorazowych przygód romansowych. Są zdecydowanie mniej problematyczne – wyszeptał dziwnym ni to żartobliwym, ni to powaznym tonem, przymykając na chwilę oczy, tylko po to, by zaraz ponownie je otworzyć i spojrzeć na Morpheusa. – No dobrze. Dziękuję ci za to. Muszę pomyśleć nad twoimi słowami, ale hej. Są gorsze rozkłady, prawda? Myślę... Coś wymyślę. Oczywiście nie wymagam od ciebie, abyś jakkolwiek się w to więcej mieszał. Tak samo jak od reszty. Muszę im to tylko jeszcze wytłumaczyć. – Uśmiechnął się bez entuzjazmu. – Przynajmniej mam temat, którym zakryję niezręczność wynikającą z tego, że całowaliśmy się z Lottie.