14.10.2024, 15:48 ✶
Uśmiechnął się tylko i pokiwał kilkukrotnie głową, na znak, że przyjmuje jej słowa, w żalu prawdziwym choć zupełnie z innego powodu kształtującym jego smutną, pociągłą twarz. Nie musiała wiedzieć. Nikt nie mógł wiedzieć. Nikomu nie zwierzał się ze swojej boleści, pielęgnując ją jednak w środku niczym toksyczny kwiat.
Nie to było teraz ważne, a jego rozmówczyni. Faye niosła ze sobą przyjazne światło, uśmiech szczerości, przy którym zamierzał się ogrzać, nawet jeśli będzie to wymagało... przekroczenia progu przybytku szalenie wątpliwej jakości.
Zaskakujące było to jak ojczyzna wpływała na Shafiqa, który mimo swojego intelektu, samoświadomości i wychwalania ponad wszystko woli i rozumu, był w swojej hipokryzji niesamowicie kontekstowy. Kiedy przebywał poza granicami kraju, wetknąłby nos do najbardziej śmierdzącej dziury (nie szczędząc zaklęć rozpraszających zapach lub na bieżąco kształtujących mu pod nosem przyjemną ziołową mieszankę) tylko po to, żeby zwiedzić, żeby doświadczyć, żeby poznać. To krew Shafiqów pchała go do tego, ciekawskich magów, którzy według jednej z legend jakimi straszyła go ciotka Parkinson, sprzedali duszę za doczesne języki świata. W Anglii stawał się bardzo swoim snobistycznym do cna ojcem, swoją pedantyczną matką. Symetria, czystość, delikatna bryza, niezbyt intensywna. Dopiero kadzidło oswobadzało go z tego gorsetu, dopiero żywiczna woń smoczej krwi, jednego z najcenniejszych surowców ziemi, pozyskiwanego z krwawiącego czerwienią drzewa.
Tym razem jednak poszedł za Fayą, jak za opiekuńczym duchem, wilkiem przewodnikiem. Poszedł, niczym strudzony wędrowiec, rak według swojego znaku w słońcu, za światłem w pełni, za jednym z dwóch wilków, które miał szansę spotkać w Dolinie Godryka.
– Och, u mnie bez większych zmian. Całe życie w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziei. Żaden inny tak bardzo nie otwiera świata – łagodnie uśmiechnął się ku dziewczynie, żałując, że nie ma jak wciągnąć jej na swoją listę płac. Zlecenia podobnego typu wykonywała już dla niego Tahira, choć jej czas, przez wzgląd na klątwę Maledictusa, był policzony, wciąż mógł polegać na jej usługach.
Przekroczył próg przybytku pani "Lizzy" kimkolwiek ona była. Nie chciał wychodzić z założenia, że to osoba stojąca za ladą, w końcu właściciele tego typu miejsc mieli swoich pracowników. Z zdziwieniem odkrył na ścianach świeże półki i całkiem nieźle utrzymane książki dotyczące botaniki, flory i fauny zarówno magicznych, jak i stricte mugolskich stworzeń. Z jeszcze większym zdziwieniem odkrył dwa tomiki poezji, ale nie odważył się po nie sięgnąć. Tego się po tym miejscu nie spodziewał i odkrycie nastawiło go nieco pozytywniej do całego pomysłu.
Gdy zajęli miejsce, opuszkami dotknął stołu, upewniając się, że ten się nie lepi. Nie było późno, więc ruch był mały. Brakowało mu muzyki, cóż, nie można było mieć wszystkiego.
– Dobrze więc... Może herbaty? – zaproponował, wznosząc rękę, oczekując, że obsługa przyjdzie do niego.
Nie to było teraz ważne, a jego rozmówczyni. Faye niosła ze sobą przyjazne światło, uśmiech szczerości, przy którym zamierzał się ogrzać, nawet jeśli będzie to wymagało... przekroczenia progu przybytku szalenie wątpliwej jakości.
Zaskakujące było to jak ojczyzna wpływała na Shafiqa, który mimo swojego intelektu, samoświadomości i wychwalania ponad wszystko woli i rozumu, był w swojej hipokryzji niesamowicie kontekstowy. Kiedy przebywał poza granicami kraju, wetknąłby nos do najbardziej śmierdzącej dziury (nie szczędząc zaklęć rozpraszających zapach lub na bieżąco kształtujących mu pod nosem przyjemną ziołową mieszankę) tylko po to, żeby zwiedzić, żeby doświadczyć, żeby poznać. To krew Shafiqów pchała go do tego, ciekawskich magów, którzy według jednej z legend jakimi straszyła go ciotka Parkinson, sprzedali duszę za doczesne języki świata. W Anglii stawał się bardzo swoim snobistycznym do cna ojcem, swoją pedantyczną matką. Symetria, czystość, delikatna bryza, niezbyt intensywna. Dopiero kadzidło oswobadzało go z tego gorsetu, dopiero żywiczna woń smoczej krwi, jednego z najcenniejszych surowców ziemi, pozyskiwanego z krwawiącego czerwienią drzewa.
Tym razem jednak poszedł za Fayą, jak za opiekuńczym duchem, wilkiem przewodnikiem. Poszedł, niczym strudzony wędrowiec, rak według swojego znaku w słońcu, za światłem w pełni, za jednym z dwóch wilków, które miał szansę spotkać w Dolinie Godryka.
– Och, u mnie bez większych zmian. Całe życie w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziei. Żaden inny tak bardzo nie otwiera świata – łagodnie uśmiechnął się ku dziewczynie, żałując, że nie ma jak wciągnąć jej na swoją listę płac. Zlecenia podobnego typu wykonywała już dla niego Tahira, choć jej czas, przez wzgląd na klątwę Maledictusa, był policzony, wciąż mógł polegać na jej usługach.
Przekroczył próg przybytku pani "Lizzy" kimkolwiek ona była. Nie chciał wychodzić z założenia, że to osoba stojąca za ladą, w końcu właściciele tego typu miejsc mieli swoich pracowników. Z zdziwieniem odkrył na ścianach świeże półki i całkiem nieźle utrzymane książki dotyczące botaniki, flory i fauny zarówno magicznych, jak i stricte mugolskich stworzeń. Z jeszcze większym zdziwieniem odkrył dwa tomiki poezji, ale nie odważył się po nie sięgnąć. Tego się po tym miejscu nie spodziewał i odkrycie nastawiło go nieco pozytywniej do całego pomysłu.
Gdy zajęli miejsce, opuszkami dotknął stołu, upewniając się, że ten się nie lepi. Nie było późno, więc ruch był mały. Brakowało mu muzyki, cóż, nie można było mieć wszystkiego.
– Dobrze więc... Może herbaty? – zaproponował, wznosząc rękę, oczekując, że obsługa przyjdzie do niego.