14.10.2024, 21:39 ✶
- Oczywiście, że nic nie da. Możesz mieć oczy dookoła głowy niczym zmutowany pająk, ale bez odpowiedniego przeszkolenia możesz co najwyżej patrzeć jak ktoś wyprowadza cios - powiedział, bo nie do końca o to mu chodziło, gdy mówił żeby Perseus na siebie uważał. Jednak gdy wspomniał o byciu czarnym charakterem, odchrząknął, maskując śmiech. Jakim czarnym charakterem był Perseus Black i co miał z nimi wspólnego poza czarnym nazwiskiem i czarną jak noc krwią? Z całej rodziny Blacków czy Lestrange'ów to on wydawał się najbardziej niewinny, nie licząc oczywiście dzieci. Dzieci, które w końcu dorosną i staną się tacy jak on sam. W chwili, gdy Perseus zdecydował się wyjść za Rookwoodównę, przypieczętował ich los. W zasadzie to w chwili gdy postanowił spłodzić potomka z kimś z rodu Rookwood to przypieczętował ten los. Ale jeżeli nie on, to pewnie byłby kto inny. To było brzemię nazwiska, mało kto potrafił zerwać te okowy w taki sposób, by nie zostać zapomnianym i wyklętym. - Masz bardzo pesymistyczne nastawienie jak na magiterapeutę.
Skomentował, bo do tej pory wydawało mu się, że ten zawód wiązał się z inną psychiką. Teraz jednak zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem wszyscy terapeuci nie byli skrzywieni. Może to była cecha tego zawodu? Powinien to zbadać. Jego myśli wróciły do pracy, do laboratorium i do Departamentu Tajemnic. Do mózgów w tubach, do tych w formalinie i tych przekrojonych, ustawionych pod mikroskopem. Do magicznych nici, które wypełzały z różdżki i wnikały do głów osób, które badali. Nieżywych, oczywiście, bo eksperymentowanie na żywych było niedopuszczalne według Ministerstwa.
- Czemu podejrzewasz akurat Jamesa? - zadał pytanie, wyprowadzając ostrożnie Perseusa z Fontanny Szczęśliwego Losu. Zanim jednak to zrobił, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki portfel i rzucił barmanowi kilka monet, które z nawiązką pokryły i jego szklankę whisky, i tę Perseusa. I pewnie wszystkie, które mężczyzna zdążył wypić do tej pory. W przeciwieństwie do niego, o czym jeszcze nie wiedział, on nie musiał się martwić o pieniądze. Nie dbał o nie, nawet gdyby ojcu odbiło i zabrał mu klucz do skrytki, to wciąż miał ogromne oszczędności. Taki urok niewydawania na siebie zbyt dużych sum. - Chciałeś im pomóc i uznali to za potwarz, dlatego postanowili się odegrać?
Nie do końca w to wierzył, lecz coś w głosie mężczyzny kazało mu zapamiętać tę informację. Tę oraz kolejną: o wypadku przy klifie. Zanotował to w pamięci, ale w tej chwili nie potrzebował ciągnąć tego tematu. Miał trop, który zwęszył niczym pies myśliwski (ironia, patrząc na jego ostatni sen), i go zamierzał się trzymać.
- Teraz mówisz jak terapeuta - odpowiedział na coś, co w jego mniemaniu było absolutnym pierdoleniem, lecz nie wypadało tego powiedzieć na głos. - Nie każda zemsta jest przepełniona gwałtownością, Perseuszu. Niektóre najlepiej smakują na zimno. Jak ten lodowy ogień, który pojawia się w wielu wierzeniach. Niby nie parzy i nie potrafi cię spalić, lecz gdy dotknie przeciwnika, pozostawia na jego ciele i duszy trwałe blizny, których nigdy się nie pozbędzie. Spójrz na to nie jako na palenie mostów, a na nowy początek.
On był mściwym człowiekiem. Zemsta napędzała go do działania. Zemsta oraz czysta, chora nienawiść, którą hodował w sobie od małego. Jego umysł był tym przesiąknięty, chociaż ludziom pokazywał zupełnie inną maskę. Ludziom, którzy nie należeli do rodziny. Przed Blackiem nie musiał udawać, że zemsta nie chodzi mu po głowie. Przecież Perseus znał Louvaina, który był chyba najbardziej podłą, mściwą kreaturą na tym świecie. Znał Lorettę, która była jego bliźniaczką. Znał wiele osób z ich rodziny i chociaż niektórzy mogli się zarzekać, że to nieprawda, to nikt chyba nie uwierzy w to, że jakikolwiek Lestrange nie żyje zemstą.
- Mówisz, że nie chcesz być stale warującym psem, a jednak zbierasz siły na kolejną walkę. Pytanie tylko czy wygrasz bitwę, a przegrasz wojnę? - zauważył nieco filozoficznie, wyprowadzając go z baru. Przyjemnie chłodne powietrze owiało ich sylwetki, co Rodolphus przyjął z ulgą. Nie lubił tłumów, a tym bardziej tłumów, w których lał się alkohol i paliło papierosy. Nie lubił tego zaduchu. - Podczas spaceru na trzy przecznice może się wiele zdarzyć, ale jeżeli nie chcesz pomocy, zostawię cię.
Odpowiedział, chociaż wcale nie zamierzał go puszczać. Black był pijany, jeszcze tego brakowało, że do plotek o weselu doszłyby kolejne. Rodolphus Lestrange był widziany jako ostatni z Perseusem Blackiem. Wiadomo, że podczas wesela Blacka doszło między nimi do spięcia. Czy Lestrange jest zamieszany w jego zniknięcie? Już widział te pieprzone nagłówki w Proroku Codziennym. Nie, lepiej było go odstawić do domu.
Szedł więc dalej z Perseusem pod ręką, jednak zwolnił wyraźnie, gdy mężczyzna wspomniał o jego aurze. Zerknął na niego z ciekawością, pomieszaną z irytacją.
- Sprawdzasz mnie? - zapytał z pozoru spokojnie, lecz mięśnie na twarzy mu drgnęły. Nienawidził aurowidzów. Dlatego właśnie zdecydował się uczyć oklumencji, żeby te cholerne larwy nie mogły zajrzeć w jego duszę. Miał zbyt wiele do stracenia, by pozwolić by każda ciekawska kocia morda zaglądała w jego wnętrze. - Trafne porównanie. W tej chwili czuję się jak zostawiony na ognisku węgiel, którego ktoś nie dogasił mimo wielu prób. Mogli próbować całe lato, lecz wystarczy tylko mocniejszy podmuch wiatru, by na nowo zapłonął.
Odpowiedział po chwili milczenia, odwracając wzrok. Patrzył przed siebie, lecz wyraźnie się spiął po słowach Perseusa. Jednakże jego porównanie i metafora, którą on sam się posłużył, były trafne. Całe lato testowano jego cierpliwość, robiąc z niego psa na posyłki. Teraz w końcu był wolny i mógł robić to, co robił tak, jak chciał. Według własnych zasad. Nawet jeżeli miałby stanąć na zgliszczach, paląc wszystko wokół.
Skomentował, bo do tej pory wydawało mu się, że ten zawód wiązał się z inną psychiką. Teraz jednak zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem wszyscy terapeuci nie byli skrzywieni. Może to była cecha tego zawodu? Powinien to zbadać. Jego myśli wróciły do pracy, do laboratorium i do Departamentu Tajemnic. Do mózgów w tubach, do tych w formalinie i tych przekrojonych, ustawionych pod mikroskopem. Do magicznych nici, które wypełzały z różdżki i wnikały do głów osób, które badali. Nieżywych, oczywiście, bo eksperymentowanie na żywych było niedopuszczalne według Ministerstwa.
- Czemu podejrzewasz akurat Jamesa? - zadał pytanie, wyprowadzając ostrożnie Perseusa z Fontanny Szczęśliwego Losu. Zanim jednak to zrobił, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki portfel i rzucił barmanowi kilka monet, które z nawiązką pokryły i jego szklankę whisky, i tę Perseusa. I pewnie wszystkie, które mężczyzna zdążył wypić do tej pory. W przeciwieństwie do niego, o czym jeszcze nie wiedział, on nie musiał się martwić o pieniądze. Nie dbał o nie, nawet gdyby ojcu odbiło i zabrał mu klucz do skrytki, to wciąż miał ogromne oszczędności. Taki urok niewydawania na siebie zbyt dużych sum. - Chciałeś im pomóc i uznali to za potwarz, dlatego postanowili się odegrać?
Nie do końca w to wierzył, lecz coś w głosie mężczyzny kazało mu zapamiętać tę informację. Tę oraz kolejną: o wypadku przy klifie. Zanotował to w pamięci, ale w tej chwili nie potrzebował ciągnąć tego tematu. Miał trop, który zwęszył niczym pies myśliwski (ironia, patrząc na jego ostatni sen), i go zamierzał się trzymać.
- Teraz mówisz jak terapeuta - odpowiedział na coś, co w jego mniemaniu było absolutnym pierdoleniem, lecz nie wypadało tego powiedzieć na głos. - Nie każda zemsta jest przepełniona gwałtownością, Perseuszu. Niektóre najlepiej smakują na zimno. Jak ten lodowy ogień, który pojawia się w wielu wierzeniach. Niby nie parzy i nie potrafi cię spalić, lecz gdy dotknie przeciwnika, pozostawia na jego ciele i duszy trwałe blizny, których nigdy się nie pozbędzie. Spójrz na to nie jako na palenie mostów, a na nowy początek.
On był mściwym człowiekiem. Zemsta napędzała go do działania. Zemsta oraz czysta, chora nienawiść, którą hodował w sobie od małego. Jego umysł był tym przesiąknięty, chociaż ludziom pokazywał zupełnie inną maskę. Ludziom, którzy nie należeli do rodziny. Przed Blackiem nie musiał udawać, że zemsta nie chodzi mu po głowie. Przecież Perseus znał Louvaina, który był chyba najbardziej podłą, mściwą kreaturą na tym świecie. Znał Lorettę, która była jego bliźniaczką. Znał wiele osób z ich rodziny i chociaż niektórzy mogli się zarzekać, że to nieprawda, to nikt chyba nie uwierzy w to, że jakikolwiek Lestrange nie żyje zemstą.
- Mówisz, że nie chcesz być stale warującym psem, a jednak zbierasz siły na kolejną walkę. Pytanie tylko czy wygrasz bitwę, a przegrasz wojnę? - zauważył nieco filozoficznie, wyprowadzając go z baru. Przyjemnie chłodne powietrze owiało ich sylwetki, co Rodolphus przyjął z ulgą. Nie lubił tłumów, a tym bardziej tłumów, w których lał się alkohol i paliło papierosy. Nie lubił tego zaduchu. - Podczas spaceru na trzy przecznice może się wiele zdarzyć, ale jeżeli nie chcesz pomocy, zostawię cię.
Odpowiedział, chociaż wcale nie zamierzał go puszczać. Black był pijany, jeszcze tego brakowało, że do plotek o weselu doszłyby kolejne. Rodolphus Lestrange był widziany jako ostatni z Perseusem Blackiem. Wiadomo, że podczas wesela Blacka doszło między nimi do spięcia. Czy Lestrange jest zamieszany w jego zniknięcie? Już widział te pieprzone nagłówki w Proroku Codziennym. Nie, lepiej było go odstawić do domu.
Szedł więc dalej z Perseusem pod ręką, jednak zwolnił wyraźnie, gdy mężczyzna wspomniał o jego aurze. Zerknął na niego z ciekawością, pomieszaną z irytacją.
- Sprawdzasz mnie? - zapytał z pozoru spokojnie, lecz mięśnie na twarzy mu drgnęły. Nienawidził aurowidzów. Dlatego właśnie zdecydował się uczyć oklumencji, żeby te cholerne larwy nie mogły zajrzeć w jego duszę. Miał zbyt wiele do stracenia, by pozwolić by każda ciekawska kocia morda zaglądała w jego wnętrze. - Trafne porównanie. W tej chwili czuję się jak zostawiony na ognisku węgiel, którego ktoś nie dogasił mimo wielu prób. Mogli próbować całe lato, lecz wystarczy tylko mocniejszy podmuch wiatru, by na nowo zapłonął.
Odpowiedział po chwili milczenia, odwracając wzrok. Patrzył przed siebie, lecz wyraźnie się spiął po słowach Perseusa. Jednakże jego porównanie i metafora, którą on sam się posłużył, były trafne. Całe lato testowano jego cierpliwość, robiąc z niego psa na posyłki. Teraz w końcu był wolny i mógł robić to, co robił tak, jak chciał. Według własnych zasad. Nawet jeżeli miałby stanąć na zgliszczach, paląc wszystko wokół.