14.10.2024, 21:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2024, 22:07 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Teoria, którą wziął praktycznie za pewnik teraz sama wzięła... ...wzięła w łeb wraz z zaklęciem uderzającym w aresztowanego (tak, Greengrass nie znał procedur obowiązujących w takich przypadkach - dla niego to było jawne aresztowanie) czarodzieja, który okazał się być dokładnie tym. Nie Diabłem z Kosmosu. Jedynie nierozważnym idiotą o niezbyt dużym ilorazie inteligencji, zważywszy na to, że atakowanie skłonnego do negocjacji funkcjonariusza publicznego na służbie nie było czymś zbyt światłym.
Zważywszy na to, że reszta drwali również wyglądała na ćwierćinteligentów, można było przyjąć za pewnik, że działali dla kogoś. Dla osoby lub osób znacznie bardziej sprytnych, których najpewniej tu nie było. Obracając się w różnych kręgach i bywając w naprawdę wielu skrajnych miejscach, Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, jak to zazwyczaj wyglądało.
Prawdziwi sprawcy w większości przypadków załatwiali wszystko w białych rękawiczkach. Mieli swoich pośredników, którzy czasami również korzystali z własnych pośredników i tak dalej. Czasami stosowano wielokrotny blef, żeby uzyskać gwarancję powodzenia. Taką w postaci powodzenia w tym wypadku kradzieży albo taką trochę mniej satysfakcjonującą - zapewnieniu sobie anonimowości w przypadku złapania kogoś z łańcucha pomniejszych zleceniobiorców.
Raczej była niewielka szansa na to, żeby otrzymać nieprzefiltrowane, pełne informacje od któregoś z tych porywczych, całkowicie przeciętnych fałszywych rudzielców, więc Ambroise nie od razu zareagował na widok czerwonej gęby człowieka trafionego zaklęciem. Wręcz przeciwnie.
Choć jako uzdrowiciel powinien nieść pomoc to jego specjalizacją nie były urazy pozaklęciowe - to po pierwsze, lecz trochę do podważenia, bo umiał pomóc również w tym wypadku. Po drugie dostrzegł to kątem oka skupiając się wpierw na pierwszym uciekającym delikwencie, który pruł do nich z zaklęć - własne zdrowie i życie było ważniejsze. Po trzecie, kiedy Brenna Longbottom wprawnie unieszkodliwiła i tego agresora, oczom mężczyzny ukazał się widok, który odwiódł go od prób rzucenia się na pomoc duszącemu się człowiekowi.
Ot priorytety. Gdyby nie spostrzegł jednocześnie, że jego towarzyszka zaczęła zajmować się ratunkiem. Jasne. To wszystko działo się na tyle szybko, że mógł szybko naprawić swoje niedopatrzenie i dotrzeć do tamtej dwójki. Był tego całkiem świadomy, stąd zareagował instynktownie. W tym wypadku silniejszym instynktem było wyprucie z zaklęcia do uciekającego szczura.
Planował zrobić coś na kształt tego, co uczyniła Brygadzistka, ale w mniejszym (bo szczurzym) zakresie. W pierwszej chwili zrezygnował z nieskutecznej Drętwoty, starając się stworzyć miniaturowe łańcuchy dla animaga. Nie byle jakie, bo z okolicznych jeżyn. Takie, z których nie tak łatwo byłoby mu wyślizgnąć się po przybraniu ludzkiej postaci a jeszcze dodatkowo wbiłyby mu się nieprzyjemnie w skórę. Ludzką czy zwierzęcą - najlepiej obie.
Kiedy niedoszły uciekinier został już spętany, Greengrass jeszcze w kilku ruchach różdżki skierowanych na krzaki stworzył coś na kształt miniaturowej klatki z pozaplatanych gałązek, która na ten moment zamknęła się wokół jednego z drwali. Nie było to długotrwałe rozwiązanie, ale na tyle dogodne, że Ambroise mógł zwrócić się na chwilę w stronę towarzyszki, dostrzegając, że ta zdążyła poradzić sobie z rozproszeniem duszącego zaklęcia.
No cóż.
- To chyba wszyscy - zakomunikował, rozglądając się i powoli ruszając w kierunku namiotu bez pytania, czy mógł to zrobić.
Niespecjalnie obchodziło go teraz naruszanie dowodów. Po prostu przesunął nogą materiał, żeby upewnić się, że to było faktycznie wszystko i żaden szczurek nie miał wybiec spod płachty. W razie czego nadal trzymał gardę, ale nie - kiwnął głową ni to do Brenny, ni to do siebie. Nie było więcej Diabłów z Kosmosu. Debili z Ziemi również nie.
- Wybitni negocjatorzy nam się trafili - stwierdził z uniesionymi brwiami, nie mógł powstrzymać tego komentarza. - Co teraz, Pani Funkcjonariusz?
Czy łańcuchy łapią animaga?
Czy udaje się go dodatkowo spętać klatką z pnączy i gałązek?
Zważywszy na to, że reszta drwali również wyglądała na ćwierćinteligentów, można było przyjąć za pewnik, że działali dla kogoś. Dla osoby lub osób znacznie bardziej sprytnych, których najpewniej tu nie było. Obracając się w różnych kręgach i bywając w naprawdę wielu skrajnych miejscach, Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, jak to zazwyczaj wyglądało.
Prawdziwi sprawcy w większości przypadków załatwiali wszystko w białych rękawiczkach. Mieli swoich pośredników, którzy czasami również korzystali z własnych pośredników i tak dalej. Czasami stosowano wielokrotny blef, żeby uzyskać gwarancję powodzenia. Taką w postaci powodzenia w tym wypadku kradzieży albo taką trochę mniej satysfakcjonującą - zapewnieniu sobie anonimowości w przypadku złapania kogoś z łańcucha pomniejszych zleceniobiorców.
Raczej była niewielka szansa na to, żeby otrzymać nieprzefiltrowane, pełne informacje od któregoś z tych porywczych, całkowicie przeciętnych fałszywych rudzielców, więc Ambroise nie od razu zareagował na widok czerwonej gęby człowieka trafionego zaklęciem. Wręcz przeciwnie.
Choć jako uzdrowiciel powinien nieść pomoc to jego specjalizacją nie były urazy pozaklęciowe - to po pierwsze, lecz trochę do podważenia, bo umiał pomóc również w tym wypadku. Po drugie dostrzegł to kątem oka skupiając się wpierw na pierwszym uciekającym delikwencie, który pruł do nich z zaklęć - własne zdrowie i życie było ważniejsze. Po trzecie, kiedy Brenna Longbottom wprawnie unieszkodliwiła i tego agresora, oczom mężczyzny ukazał się widok, który odwiódł go od prób rzucenia się na pomoc duszącemu się człowiekowi.
Ot priorytety. Gdyby nie spostrzegł jednocześnie, że jego towarzyszka zaczęła zajmować się ratunkiem. Jasne. To wszystko działo się na tyle szybko, że mógł szybko naprawić swoje niedopatrzenie i dotrzeć do tamtej dwójki. Był tego całkiem świadomy, stąd zareagował instynktownie. W tym wypadku silniejszym instynktem było wyprucie z zaklęcia do uciekającego szczura.
Planował zrobić coś na kształt tego, co uczyniła Brygadzistka, ale w mniejszym (bo szczurzym) zakresie. W pierwszej chwili zrezygnował z nieskutecznej Drętwoty, starając się stworzyć miniaturowe łańcuchy dla animaga. Nie byle jakie, bo z okolicznych jeżyn. Takie, z których nie tak łatwo byłoby mu wyślizgnąć się po przybraniu ludzkiej postaci a jeszcze dodatkowo wbiłyby mu się nieprzyjemnie w skórę. Ludzką czy zwierzęcą - najlepiej obie.
Kiedy niedoszły uciekinier został już spętany, Greengrass jeszcze w kilku ruchach różdżki skierowanych na krzaki stworzył coś na kształt miniaturowej klatki z pozaplatanych gałązek, która na ten moment zamknęła się wokół jednego z drwali. Nie było to długotrwałe rozwiązanie, ale na tyle dogodne, że Ambroise mógł zwrócić się na chwilę w stronę towarzyszki, dostrzegając, że ta zdążyła poradzić sobie z rozproszeniem duszącego zaklęcia.
No cóż.
- To chyba wszyscy - zakomunikował, rozglądając się i powoli ruszając w kierunku namiotu bez pytania, czy mógł to zrobić.
Niespecjalnie obchodziło go teraz naruszanie dowodów. Po prostu przesunął nogą materiał, żeby upewnić się, że to było faktycznie wszystko i żaden szczurek nie miał wybiec spod płachty. W razie czego nadal trzymał gardę, ale nie - kiwnął głową ni to do Brenny, ni to do siebie. Nie było więcej Diabłów z Kosmosu. Debili z Ziemi również nie.
- Wybitni negocjatorzy nam się trafili - stwierdził z uniesionymi brwiami, nie mógł powstrzymać tego komentarza. - Co teraz, Pani Funkcjonariusz?
Czy łańcuchy łapią animaga?
Rzut N 1d100 - 89
Sukces!
Sukces!
Czy udaje się go dodatkowo spętać klatką z pnączy i gałązek?
Rzut N 1d100 - 76
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down