Yaxley nie do końca wiedziała, jak powinna się w tym odnaleźć. Była na siebie zła, dlatego zachowywała się w ten sposób, szczególnie, że Ambroise nie zamierzał na nią krzyczeć tylko przybrał wygodniejszą dla niego na ten moment maskę uzdrowiciela, to nie była tak do końca maska, właściwie przecież nim był, tyle, że traktował ją bardziej jako jedną ze swoich pacjentek. Trochę ją to przytłoczyło. Zdecydowanie wolałaby, żeby na nią nakrzyczał, tak jak ona zrobiła to wczoraj. To nie była dla nich naturalna sytuacja, dlatego też przybrała tę dziwną pozę, która nie była dla niej naturalna. Próbowała jakoś to przetrwać. Tak było lepiej, nie chciała znowu być prowodyrem kłótni, odcięła się od tego i zaakceptowała to, jak wyglądała ich teraźniejsza interakcja. Nie, żeby była zadowolona z jej przebiegu, ale to wydawało jej się właściwie. Szczególnie, że próbował jej okazać troskę, pomógł jej się ogarnąć, to wiele dla niej znaczyło, ale nie do końca było tym, czego się po nim spodziewała.
Bała się, że jeśli zacznie wylewać z siebie słowa jak zawsze to tylko pogorszy sytuację. Nie chciała doprowadzić ich do granicy, bardzo zależało jej na tym, żeby nie popsuć tego, co udało im się stworzyć, chociaż miała wrażenie, że już to zrobiła. Czuła się winna, może nawet trochę zbyt bardzo, ale wynikało to tylko z tego, że naprawdę jej na nim zależało. Nie chciała go skrzywdzić, a czuła, że dzisiaj trochę przegięła.
Nigdy jeszcze do nikogo się tak nie zbliżyła. To było dla niej nowe, zupełnie nowe i póki co naprawdę dopiero uczyła się tego wspólnego życia. Wydawało się ono całkiem proste i przyjemne w momencie w którym przymykali oczy na te ich nietypowe zainteresowania, jakby byli całkiem normalną parą, której pisane było szczęśliwe zakończenie. Trochę przywykła do tego, że ich życie wyglądało jak sielanka. Dobrze było ignorować pewne sprawy, to ułatwiało im wspólną egzystencję, tyle, że też powodowało, że nie do końca przygotowali się do tego, co dzisiaj nadeszło, a w sumie to już wczoraj. Mogli przyzwyczaić się chociażby do świadomości, że kiedyś ten moment nadejdzie, a tak zostali zaskoczeni podczas swojego miesiąca miodowego, który trwał od kilku miesiecy.
- Dzięki. - Nie wątpiła w to, że będzie w stanie to zrobić. Ambroise ostatnio odnajdywał w sobie różne, ukryte talenty, jak chociażby ten do gotowania. Była z niego dumna, całkiem miło się na niego patrzyło, kiedy stał przy garach, szczególnie, że nie było to coś co wyniósł z domu. Nauczył się tego ostatnio, gdy rozpoczęli wspólne życie. Ludzie jak oni raczej korzystali z pomocy skrzatów domowych, a Greengrass stał się w tym bardzo niezależny. Podobało jej się to, że chciał ich trochę odsunąć od starych przyzwyczajeń, szczególnie, że zamierzali spędzać tu coraz więcej czasu. To wróżyło raczej całkiem przyjemną przyszłość. Potrafili zmienić swoje nawyki, uczyć się nowych rzeczy, aby żyło im się lepiej.
Nie miała pojęcia co będzie robić na tej kanapie, ale wiedziała tylko i wyłącznie tyle, że nie chciała się od niego oddalić, chciała, żeby czuł jej obecność. Nie podobał jej się ten chłód między nimi. Liczyła, że może jakoś uda im się trochę zmienić nastawienie. Zależało jej na tym, ale póki co nie próbowała jeszcze zbyt wiele mówić, nie do końca umiała ubrać myśli w słowa, bała się, że może powiedzieć coś nie tak. Nie chciała dawać mu kolejnych powodów do zwątpienia, a wiedziała, że czasem wystarczyło źle ubrać myśli w słowa aby doprowadzić do wybuchu. Z drugiej strony, może właśnie tego potrzebowali, może to by im przyniosło oczyszczenie?
Zależało jej na tym, aby znajdować się niedaleko, chciała na niego patrzeć, chciała mieć go w pobliżu. Nie wydawało jej się, aby te dwa dni mogły zniszczyć to wszystko, co razem budowali, ale gdzieś w głębi słyszała głos, który mówił jej, że na to nie zasługiwała. To zawsze było poza jej zasięgiem, to, co udało im się stworzyć, była to bardzo nieprzyjemna myśl, która nie dawała jej spokoju.
- Wiesz, że tak się nie da? - Zapytała jeszcze cicho. Jak miałaby się nie przejmować? Właśnie o to chodziło, zależało jej na nim, chciała być dla niego oparciem, chciała się przejmować. To była jej rola. Powinna mu dać ukojenie, którego potrzebował, a nie dorzucać mu jeszcze swoje wyrzuty. To nie było w porządku, zareagowała emocjonalnie, jak miała w zwyczaju, chociaż powinna trzymać nerwy na wodzy. Miała świadomość przecież, że ta część jego życia istnieje, powinna spodziewać się tego, że prędzej, czy później to się wydarzy, a podeszła do tego tak, jakby była zupełnie nieświadoma tej jego drugiej, nieoficjalnej pracy.
Zazwyczaj brakowało jej delikatności, w tym co mówiła, czy robiła, była dosyć narwana i nigdy nie zastanawiała się nad konsekwencjami które ją spotykały. Teraz trochę czuła się jakby stąpała po bardzo delikatnym lodzie, każdy jej krok był bardzo zachowawczy, nie chciała go rozkruszyć i zanurzyć się w zimnej wodzie. Próbowała ocalić tę cienką taflę, którą udało im się zachować.
- To prawda. - Po raz kolejny się z nim zgodziła, miała doświadczenie w podobnych sytuacjach. Zawsze przechodziło, ból mijał, pozostawało po nim tylko wspomnienie. Tyle, że ona nie chciała, żeby jakoś przechodziło, chciała stać się jego oparciem, pomagać mu przez to przebrnąć. Nie bez powodu przecież próbowali coś razem zbudować, powinna być jego ostoją, powinna go w tym wspierać. Tymczasem zachowała się jak obrażona dziewczynka, trochę po złości wyszła z domu i wróciła jeszcze bardziej poobijana niż on, żeby mu udowodnić, że też może to zrobić. To było bez sensu, docierało to do niej coraz bardziej. Robiło jej się głupio.
- Czyli był to dla ciebie pracowity dzień. - Gdyby nie obraziła się na niego i nie wyszła z domu pewnie już dawno widziałaby efekty jego pracy, bardzo chciała zobaczyć to, co udało mu się zdziałać pod jej nieobecność. To miejsce coraz bardziej stawało się ich domem, spędzali w nim dużo czasu, doprowadzali go do stanu użyteczności. Uważała to za ich wspólny sukces i nadzieję na to, że mają szansę na jakąś przyszłość, może nawet nie jakąś a całkiem dobrą. Było jej tu z nim naprawdę wspaniale, nigdy jeszcze nie udało się z nikim stworzyć czegoś takiego, nie miała jeszcze swojego domu. Nie chodziło tylko i wyłącznie o to miejsce, raczej o to, że on tutaj był i na nią czekał.
Zamierzała rano pójść do ogrodu i zobaczyć, jak to wszystko wyglądało. Miała nadzieję, że jakoś da radę tam pokuśtykać, bo była ciekawa, co udało mu się zrobić. Cieszyły ją wszystkie czynności, które robili, aby sprawić, aby to miejsce było bardziej ich. Wiedziała, że Ambroise miał zamiar hodować tu swoje rośliny, te na których zupełnie się nie znała, może w końcu by się czegoś nauczyła na ten temat. Nadal widziała w tym dla nich nadzieję, nie zamierzała rezygnować z tego, co udało im się stworzyć przez ta pierwszą, bardzo niewygodną kłótnię. Nie miała jeszcze pojęcia w jaki sposób, ale na pewno uda im się to jakoś ogarnąć. Będą musieli poruszyć tematy, które zbywali milczeniem. Wierzyła, że jest gotowa to przeżyć, musiała to zrobić, bo zależało jej na tym aby sobie wszystko wyjaśnili. Miała nadzieję, że prawda ich wyzwoli i pozwoli wrócić do tego, co udało im się stworzyć.
Wpatrywała się w te płomienie w ognisku, kiedy wyszedł z salonu. Zastanawiała się kiedy wróci, czy faktycznie potrzebował od niej odpocząć, to było prawdopodobne. Sama nie do końca poznawała siebie w tej chwili. Nie miała w zwyczaju uciekać od konfrontacji, a teraz trochę chowała głowę w piach. Bała się tego, że mogła przekroczyć granicę.
Przeniosła swoje spojrzenie na mężczyznę, kiedy pojawił się znowu w pomieszczeniu. Mrugnęła zdziwiona, bo wreszcie odezwał się do niej w mniej chłodny sposób, nie był już obojętny, w końcu wspomniał o tym, że był na nią wkurwiony, czekała na to. Odetchnęła z ulgą, naprawdę wolała go w takiej wersji, niż z tą uzdrowicielską maską obojętności.
- Cieszę się, że to powiedziałeś. - Tak, nie zamierzała ukrywać przed nim, że była zadowolona z takiego obrotu sytuacji. - Czekałam na to, aż mnie opierdolisz. - Brakowało jej tego od momentu, w którym pojawiła się w domu. - Po prostu skaczesz nade mną, jakbym była twoją pacjentką. - Próbowała wyjaśnić skąd się u niej to wzięło. Nie podobało jej się to, że potraktował ją w taki sposób, przez to czuła, że zrobiła coś złego i zaczęła się wyciszać, wycofywać, nie chciała dać mu powodu do zdenerwowania.
- Nie krępuj się. - Tak, czekała na to, aż wyładuje swoją frustrację, tak jak ona zrobiła dnia poprzedniego, nie przebierała wtedy w słowach, krzyczała jak leci wszystko, co jej ślina na język przyniosła.
Nie spuszczała z niego swojego wzroku, uważnie przyglądała się, jak ustawiał fiolki na ławie, zastanawiała się, czy będzie musiała to wszystko wypić, wolałaby nie, bo wiedziała, że większość eliksirów była naprawdę okropna w smaku.
Poczuła też ulgę, że w końcu przestało od niego wiać takim chłodem, co mogło być całkiem zabawne, bo ton jego głosu był całkiem ostry, ale wolała właśnie kiedy mówił do niej w ten sposób.
- Nie wiedziałam, że znasz tyle synonimów... - Usta drgnęły jej w delikatnym uśmiechu, pierwszy raz odkąd pojawiła się tu dzisiaj po zleceniu. Uniosła się też nieco na łokciach, aby mógł wsunąć tą nieszczęsną poduszkę, po którą przed chwilą poszedł.
- Jesteśmy siebie warci... - Tak, poziom jaki reprezentowali przez te ostatnie dwa dni zdecydowanie nie należał do najwyższych. Nie było nawet sensu o tym dyskutować, wiedziała, że stać ich na dużo więcej niż to i chyba to bolało ją najbardziej.
Zbliżył się do niej, nareszcie, w ten niewymuszony sposób, którego potrzebowała, którego jej brakowało podczas tego wieczoru. Już miała się odezwać, jednak niestety została pozbawiona możliwości głosu, a może stety? Tak, zdecydowanie dobrze się stało. Czuła, że wszystkie negatywme emocje, które się w niej znajdowały zaczęły się ulatniać wraz z tym pocałunkiem, którym zamknął jej usta, tak samo jak wątpliwości, które zupełnie niepotrzebnie pojawiły się w jej głowie. Przestała analizować to, co się wydarzyło, skupiła się na tym pocałunku, który smakował tak, jak ten pierwszy, zresztą miała wrażenie, że jego pocałunki zawsze tak wyglądały.