15.10.2024, 00:11 ✶
Ramiona uniosły się i opadły w cichym westchnieniu.
— Masz na myśli walkę? Pojedynek... Na zaklęcia? — na twarzy Perseusa pojawił się brzydki grymas, jakby właśnie otarł się o coś obrzydliwego i nie mógł pozbyć się nieprzyjemnego sensorycznego wrażenia — Nigdy nie byłem dobry w pojedynkach. Podobno w teorii całkiem dobrze radziłem sobie z obroną przed czarną magią, ale w praktyce zawsze brakowało mi spontaniczności. Za dużo myślałem, analizowałem każdy ruch przeciwnika i zanim zdecydowałem się na odpowiednie zaklęcie, leżałem obolały na podłodze.
Uśmiechnął się nerwowo, jakby przepraszająco, choć przecież nie miał za co przepraszać Rodolphusa. Nie usłyszał jego chrząknięcia, a nawet jeśli, to nie skojarzył go ze swoimi słowami o byciu tym złym. Niezadowolenie rodziny i łatkę czarnej owcy (tudzież wrony) można było sobie zaskarbić na mnóstwo innych sposobów. Wśród Blacków, na przykład, wystarczyło być miłym względem czarodziejów mugolskiego pochodzenia. Przecież miał patrzyć na nich z wyższością, nosić swoje nazwisko z godnością i podkreślać swoje szlachetne pochodzenie; tymczasem Perseus czuł się najmniejszym i najniższym z nich wszystkich. Och, jakże on był kiedyś zakochany w pewnym obdartym z nazwiska chłopaku....
— Zdradzę ci pewien sekret; terapeuci też potrzebują swoich terapeutów, choć mało który się do tego przyzna. Wolą szukać ich w kapłanach kowenów, zadymionych barach, albo ramionach kochanek. Magipsychiatria jest jednym wielkim paradoksem. To nie jest zawód dla człowieka, który ma serce z kamienia. Potrzeba cierpliwości, delikatności i empatii, jeśli naprawdę chce się pomóc swoim pacjentom, a nie odsiedzieć dyżur, jakby był karą. Równocześnie wymaga od nas surowości i dystansu, odcięcia się od swoich emocji i wyrobienia w sobie czegoś, co można porównać do znieczulenia. To wyczerpujące — wyznał; był przy tym poruszony i mówił tak szybko, że kilkukrotnie potknął się na spółgłoskach, tworząc ledwo zrozumiałe, bełkotliwe twory. Nie był już tylko lekko podchmielony, ale kompletnie pijany - czuł to w lekkości ciała i zawrotach głowy i tym, jak wszystko nagle wydało się proste, jak policzki rozbolały go od uśmiechania się, a ramię Rodolphusa stało się najlepszą poduszką, na której mógł oprzeć skroń.
— Nie, nie, nie Jamesa. Źle mnie zrozumiałeś — zaprotestował nieco urażony w imieniu swoim, ale też i biednego młodzieńca, który został oskarżony o takie niegodziwe postępowanie — Jedynym, co można mu zarzucić, jest tendencja do chodzenia z głową w chmurach i drżące dłonie, z których stale coś wypada. Nie, to nie James, jestem tego pewien. Mam pewne przypuszczenia, ale to takie... osobiste, intymne i bardzo wstydliwe, że... Nie, nie mogę o tym mówić. Wiesz, myślę, że drążenie tej sprawy pogrążyłoby mnie bardziej, niż to wszystko, co wydarzyło się na weselu.
No bo jak mógłby przyznać się rodzicom, że tamten nieszczęsny list, który przed dwoma laty został wysłany do nich z Francji, wcale nie był kłamstwem zazdrosnego kolegi z pracy? Że tak naprawdę przez ponad rok żył pod jednym dachem z innym mężczyzną, w taki sam sposób, w jaki żyją małżeństwa? Że jego serce częściej wyrywało się z piersi na widok dużych, żylastych dłoni i surowych rysów, zamiast wąskich talii i uśmiechów słanych mu zza wachlarza? Jak wytłumaczyć, że powodem rozpadu jego pierwszego małżeństwa wcale nie była poważna kłótnia (tak naprawdę, to nie było nic, czego nie naprawiłaby pokora i szczera rozmowa), lecz uczucia, jakie żywił do brata swojej byłej żony? A jak wytłumaczyć obecnej, że pojawiła się w jego życiu tylko dlatego, że chciał udowodnić sobie, że nie potrafi stworzyć żadnego związku z kobietą? Kochał ją na swój sposób, uczył się życia u jej boku, zależało mu na niej, chciał dla niej i dzieci jak najlepiej. Ale to nie miłość ich połączyła.
— Wychodzę z założenia, że powinno się walczyć za coś, na czym ci zależy. Za coś, czego nie chcesz stracić. Sęk w tym, że zawsze czułem, że nie pasuję do tej rodziny. Jakbym był kukułczym jajem. Ojciec zawsze dawał mi jasno do zrozumienia, że nie jestem jak moi starsi bracia — rzucił z niekrytym żalem, a zaraz potem pogrążył się w głębokiej zadumie. Ciekawe, czy gdyby Pollux od początku traktował Perseusa tak, jak swoje starsze dzieci, zamiast jak przykrą niespodziankę, która pojawiła się po dekadzie od narodzin Alpharda, to czy byłby dziś zupełnie innym człowiekiem? Poważnym, dystyngowanym, godnym nazwiska Black?
Znał to spojrzenie. Uchwycił je mimo upojenia; w ten sam sposób patrzyła na niego Victoria, kiedy przypadkiem otarł się o jej aurę na łódce w Windermere. Cóż, ostatecznie byli ze sobą spokrewnieni, czyż nie? Poklepał go po ramieniu, jakby chciał go w tej sposób udobruchać.
— Nie, po prostu lubię patrzeć na aury. Cieszę się, że nie pozwoliłeś nikomu zgasić tego żaru; to bardzo piękny ogień — odparł lekko i zatrzymał się przed przeciętną brytyjską szeregówką numer 21, jak głosiła tabliczka na ścianie, konkretniej przed drzwiami ze srebrnymi cyframi 3 oraz 7 na panelu, a zaraz potem wyślizgnął się spod ramienia Rodolphusa i wsadził rękę do kieszeni spodni, poszukując w niej czegoś zaciekle. Wreszcie odnalazł klucze, pokonał trzy schodki kulejąc i doszedł do najtrudniejszej części zadania - trafienie w dziurkę, gdy zaczynał widzieć podwójnie. Udało mu się to jednak już za drugim razem, drzwi ustąpiły z cichym szczeknięciem, a oczom obu czarodziejów ukazał się ciemny korytarz. — Zapraszam — gestem wskazał Lestrange'owi, aby wszedł do środka i zapalił światło w przedpokoju. Został on urządzony w sposób, w jaki można się spodziewać po kimś nazywającym się Black - mahoniowa komoda i wieszak na płaszcze, ciemne tapety we francuskie lilie, obrazy naśladujące renesansowe dzieła, ogólna atmosfera mrocznej akademii, choć jedyna akademia, do jakiej nadawał się aktualny mieszkaniec tego lokum, to Akademia Pana Kleksa, a i to raczej wątpliwe, bowiem jego imię zaczynało się na P.
— Wino, czy gin? — zapytał Perseus, odstawiając laskę do eleganckiego stojaka na laski (w którym czekały na niego dwie inne, mniej ekstrawaganckie niż jego ulubiona z głową kruka) i kulejąc poprowadził Rodolphusa do salonu. Było to pomieszczenie równie ciemne co jego właściciel przedpokój; popielata tapeta i czarne drewno - pod ścianą kominek, na którym piętrzyły się ustawione przez Vesperę bibeloty. Po prawej stronie znajdował się regał z książkami, kredens z fantazyjną zastawą oraz barek, zaś po lewej okno wychodzące na ulicę, które teraz zasłaniały ciemne kotary. W centralnym punkcie stał stolik kawowy, a wokół niego zebrały się krótka kanapa oraz dwa fotele obite czarnym atłasem.
— Masz na myśli walkę? Pojedynek... Na zaklęcia? — na twarzy Perseusa pojawił się brzydki grymas, jakby właśnie otarł się o coś obrzydliwego i nie mógł pozbyć się nieprzyjemnego sensorycznego wrażenia — Nigdy nie byłem dobry w pojedynkach. Podobno w teorii całkiem dobrze radziłem sobie z obroną przed czarną magią, ale w praktyce zawsze brakowało mi spontaniczności. Za dużo myślałem, analizowałem każdy ruch przeciwnika i zanim zdecydowałem się na odpowiednie zaklęcie, leżałem obolały na podłodze.
Uśmiechnął się nerwowo, jakby przepraszająco, choć przecież nie miał za co przepraszać Rodolphusa. Nie usłyszał jego chrząknięcia, a nawet jeśli, to nie skojarzył go ze swoimi słowami o byciu tym złym. Niezadowolenie rodziny i łatkę czarnej owcy (tudzież wrony) można było sobie zaskarbić na mnóstwo innych sposobów. Wśród Blacków, na przykład, wystarczyło być miłym względem czarodziejów mugolskiego pochodzenia. Przecież miał patrzyć na nich z wyższością, nosić swoje nazwisko z godnością i podkreślać swoje szlachetne pochodzenie; tymczasem Perseus czuł się najmniejszym i najniższym z nich wszystkich. Och, jakże on był kiedyś zakochany w pewnym obdartym z nazwiska chłopaku....
— Zdradzę ci pewien sekret; terapeuci też potrzebują swoich terapeutów, choć mało który się do tego przyzna. Wolą szukać ich w kapłanach kowenów, zadymionych barach, albo ramionach kochanek. Magipsychiatria jest jednym wielkim paradoksem. To nie jest zawód dla człowieka, który ma serce z kamienia. Potrzeba cierpliwości, delikatności i empatii, jeśli naprawdę chce się pomóc swoim pacjentom, a nie odsiedzieć dyżur, jakby był karą. Równocześnie wymaga od nas surowości i dystansu, odcięcia się od swoich emocji i wyrobienia w sobie czegoś, co można porównać do znieczulenia. To wyczerpujące — wyznał; był przy tym poruszony i mówił tak szybko, że kilkukrotnie potknął się na spółgłoskach, tworząc ledwo zrozumiałe, bełkotliwe twory. Nie był już tylko lekko podchmielony, ale kompletnie pijany - czuł to w lekkości ciała i zawrotach głowy i tym, jak wszystko nagle wydało się proste, jak policzki rozbolały go od uśmiechania się, a ramię Rodolphusa stało się najlepszą poduszką, na której mógł oprzeć skroń.
— Nie, nie, nie Jamesa. Źle mnie zrozumiałeś — zaprotestował nieco urażony w imieniu swoim, ale też i biednego młodzieńca, który został oskarżony o takie niegodziwe postępowanie — Jedynym, co można mu zarzucić, jest tendencja do chodzenia z głową w chmurach i drżące dłonie, z których stale coś wypada. Nie, to nie James, jestem tego pewien. Mam pewne przypuszczenia, ale to takie... osobiste, intymne i bardzo wstydliwe, że... Nie, nie mogę o tym mówić. Wiesz, myślę, że drążenie tej sprawy pogrążyłoby mnie bardziej, niż to wszystko, co wydarzyło się na weselu.
No bo jak mógłby przyznać się rodzicom, że tamten nieszczęsny list, który przed dwoma laty został wysłany do nich z Francji, wcale nie był kłamstwem zazdrosnego kolegi z pracy? Że tak naprawdę przez ponad rok żył pod jednym dachem z innym mężczyzną, w taki sam sposób, w jaki żyją małżeństwa? Że jego serce częściej wyrywało się z piersi na widok dużych, żylastych dłoni i surowych rysów, zamiast wąskich talii i uśmiechów słanych mu zza wachlarza? Jak wytłumaczyć, że powodem rozpadu jego pierwszego małżeństwa wcale nie była poważna kłótnia (tak naprawdę, to nie było nic, czego nie naprawiłaby pokora i szczera rozmowa), lecz uczucia, jakie żywił do brata swojej byłej żony? A jak wytłumaczyć obecnej, że pojawiła się w jego życiu tylko dlatego, że chciał udowodnić sobie, że nie potrafi stworzyć żadnego związku z kobietą? Kochał ją na swój sposób, uczył się życia u jej boku, zależało mu na niej, chciał dla niej i dzieci jak najlepiej. Ale to nie miłość ich połączyła.
— Wychodzę z założenia, że powinno się walczyć za coś, na czym ci zależy. Za coś, czego nie chcesz stracić. Sęk w tym, że zawsze czułem, że nie pasuję do tej rodziny. Jakbym był kukułczym jajem. Ojciec zawsze dawał mi jasno do zrozumienia, że nie jestem jak moi starsi bracia — rzucił z niekrytym żalem, a zaraz potem pogrążył się w głębokiej zadumie. Ciekawe, czy gdyby Pollux od początku traktował Perseusa tak, jak swoje starsze dzieci, zamiast jak przykrą niespodziankę, która pojawiła się po dekadzie od narodzin Alpharda, to czy byłby dziś zupełnie innym człowiekiem? Poważnym, dystyngowanym, godnym nazwiska Black?
Znał to spojrzenie. Uchwycił je mimo upojenia; w ten sam sposób patrzyła na niego Victoria, kiedy przypadkiem otarł się o jej aurę na łódce w Windermere. Cóż, ostatecznie byli ze sobą spokrewnieni, czyż nie? Poklepał go po ramieniu, jakby chciał go w tej sposób udobruchać.
— Nie, po prostu lubię patrzeć na aury. Cieszę się, że nie pozwoliłeś nikomu zgasić tego żaru; to bardzo piękny ogień — odparł lekko i zatrzymał się przed przeciętną brytyjską szeregówką numer 21, jak głosiła tabliczka na ścianie, konkretniej przed drzwiami ze srebrnymi cyframi 3 oraz 7 na panelu, a zaraz potem wyślizgnął się spod ramienia Rodolphusa i wsadził rękę do kieszeni spodni, poszukując w niej czegoś zaciekle. Wreszcie odnalazł klucze, pokonał trzy schodki kulejąc i doszedł do najtrudniejszej części zadania - trafienie w dziurkę, gdy zaczynał widzieć podwójnie. Udało mu się to jednak już za drugim razem, drzwi ustąpiły z cichym szczeknięciem, a oczom obu czarodziejów ukazał się ciemny korytarz. — Zapraszam — gestem wskazał Lestrange'owi, aby wszedł do środka i zapalił światło w przedpokoju. Został on urządzony w sposób, w jaki można się spodziewać po kimś nazywającym się Black - mahoniowa komoda i wieszak na płaszcze, ciemne tapety we francuskie lilie, obrazy naśladujące renesansowe dzieła, ogólna atmosfera mrocznej akademii, choć jedyna akademia, do jakiej nadawał się aktualny mieszkaniec tego lokum, to Akademia Pana Kleksa, a i to raczej wątpliwe, bowiem jego imię zaczynało się na P.
— Wino, czy gin? — zapytał Perseus, odstawiając laskę do eleganckiego stojaka na laski (w którym czekały na niego dwie inne, mniej ekstrawaganckie niż jego ulubiona z głową kruka) i kulejąc poprowadził Rodolphusa do salonu. Było to pomieszczenie równie ciemne co jego właściciel przedpokój; popielata tapeta i czarne drewno - pod ścianą kominek, na którym piętrzyły się ustawione przez Vesperę bibeloty. Po prawej stronie znajdował się regał z książkami, kredens z fantazyjną zastawą oraz barek, zaś po lewej okno wychodzące na ulicę, które teraz zasłaniały ciemne kotary. W centralnym punkcie stał stolik kawowy, a wokół niego zebrały się krótka kanapa oraz dwa fotele obite czarnym atłasem.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory