19.01.2023, 13:00 ✶
Może i było dziwne to, co powiedział, ale prawdę mówiąc to Victorii mimo wszystko zrobiło się trochę cieplej na sercu, że Sauriel nadal pamiętał tamto spotkanie i co mu o sobie choć trochę opowiedziała. Że lubi zupełnie nie wykwintne kotlety schabowe, no kto to widział? Dzisiaj jednak nie mieli co na to liczyć. A Saurielowi i tak pewnie było wszystko jedno – była ciekawa za to, czy będzie chociaż próbował zachować pozory. Teraz już wiedziała że wampiry mogą jeść, więc spodziewała się, że każdy tutaj założy sobie coś na talerz.
To jedno zdanie, które wypowiedział Joseph było dla niej odpowiedzią. Jak syn, tak? To, co było wcześniej tylko malutkim przypuszczeniem, teraz graniczyło dla niej już niemal z pewnością: oto obok niej siedział jego stwórca. Victorię mimowolnie nawiedziło pytanie jak to w ogóle się stało, jak do tego doszło i przede wszystkim – jaką mają relację? Póki co nie bardzo wiedziała co myśleć o tym mężczyźnie, gdzie go zaklasyfikować, oczywiście prócz tego że czuła pewną niezręczność siedząc obok. Ale starała się nie dać tego po sobie poznać. W takich momentach oklumencja zdawała się być zbawieniem.
Nieco uniosła wyżej brwi – kwitnący kwiat w domie Rookwoodów? Chyba nie nawiązywał po prostu do jej płci, bo przecież była tam jeszcze Anna. No i mieli tam piękny ogród, pielęgnowany przez żonę Eryka. Ale żeby nazywać ją kwitnącym kwiatem? W jakiś sposób zabrzmiało to kpiąco.
- Nie wątpię – teraz ona odpowiedziała wampirowi w podobny sposób, że tak, nie wątpi, że Sauriel o nią zadba. Czy naprawdę? Nie wiedziała. Nie miała pojęcia. Czy on w ogóle będzie chciał o nią zadbać? Czy nie będzie dla niego tylko kulą u nogi? Każdy przecież miał jakieś potrzeby. Czy Sauriel już sobie odpowiedział na pytanie kim chciałby żeby ona dla niego była? A kim ona chciała by on był dla niej?
Mężem, oczywiście. Chciała by był jej mężem nie tylko na papierku, skoro już mieli taką a nie inną sytuację.
Na stole pojawiło się jedzenie – niechybnie skrzacia magia, a pani domu życzyła wszystkim smacznego. Nie, oczywiście że nie było schabowego.
To jedno zdanie, które wypowiedział Joseph było dla niej odpowiedzią. Jak syn, tak? To, co było wcześniej tylko malutkim przypuszczeniem, teraz graniczyło dla niej już niemal z pewnością: oto obok niej siedział jego stwórca. Victorię mimowolnie nawiedziło pytanie jak to w ogóle się stało, jak do tego doszło i przede wszystkim – jaką mają relację? Póki co nie bardzo wiedziała co myśleć o tym mężczyźnie, gdzie go zaklasyfikować, oczywiście prócz tego że czuła pewną niezręczność siedząc obok. Ale starała się nie dać tego po sobie poznać. W takich momentach oklumencja zdawała się być zbawieniem.
Nieco uniosła wyżej brwi – kwitnący kwiat w domie Rookwoodów? Chyba nie nawiązywał po prostu do jej płci, bo przecież była tam jeszcze Anna. No i mieli tam piękny ogród, pielęgnowany przez żonę Eryka. Ale żeby nazywać ją kwitnącym kwiatem? W jakiś sposób zabrzmiało to kpiąco.
- Nie wątpię – teraz ona odpowiedziała wampirowi w podobny sposób, że tak, nie wątpi, że Sauriel o nią zadba. Czy naprawdę? Nie wiedziała. Nie miała pojęcia. Czy on w ogóle będzie chciał o nią zadbać? Czy nie będzie dla niego tylko kulą u nogi? Każdy przecież miał jakieś potrzeby. Czy Sauriel już sobie odpowiedział na pytanie kim chciałby żeby ona dla niego była? A kim ona chciała by on był dla niej?
Mężem, oczywiście. Chciała by był jej mężem nie tylko na papierku, skoro już mieli taką a nie inną sytuację.
Na stole pojawiło się jedzenie – niechybnie skrzacia magia, a pani domu życzyła wszystkim smacznego. Nie, oczywiście że nie było schabowego.