15.10.2024, 16:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.10.2024, 16:44 przez Lorien Mulciber.)
![[Obrazek: emily-blunt-i-love-my-job.gif]](https://media.tenor.com/qEzHSBWLHaEAAAAM/emily-blunt-i-love-my-job.gif)
Pan spętał mojego kolegę.
A to ciekawy fragment opowieści, chyba wcześniej jakoś musiał jej… umknąć? Spojrzała pytająco na to chodzące niewiątko jakim był Rodolphus, pewnie skłonna nawet uwierzyć, że to wszystko były tylko goblinie pomówienia.
Pan nam groził.
Żeby ona zaraz nie zaczęła, bo chęć przerobienia upierdliwego goblina na nuggetsy w kształcie zwierzątek rosła w niej z każdą chwilą. Wdech wydech. Kocham swoją pracę. Powtórzyła parokrotnie w myślach, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego ze swoich gości. Żadnego tutaj nie chciała tak po prawdzie. Nic personalnego - nie chciałaby nikogo o tak nieboskiej godzinie.
Makieta z pewnością była o wiele mniej ciekawa od swojego oryginału porzuconego gdzieś na Morzu Północnym, ale ktokolwiek ją stworzył zadbał o wszelkie szczegóły. Najwyraźniej jednak miał również na tyle poczucia humoru, żeby zakląć w maleńkich dementorach temperament chochlików kornwalijskich – dwa z nich właśnie pływały w papierowym statku (SS Azkaban jak głosił dumnie krzywo nabazgrany tuszem napis na boku) rozbijającym się raz po raz o zaczarowane fale; kolejne zrzucały się ze szczytu wieży. Tylko jeden najwyraźniej zauważył, że są obserwowane, bo natychmiast przykleił się do szklanej ścianki rozczapierzając trupie pazurki.
No dalej. Wypuść mnie. Zobacz co się stanie.
Cóż za demoniczne, dumne istoty, chciałoby się rzec. A potem wzdrygnąć się i narzucić na klosz jakąś starą ścierkę i zapomnieć o ich istnieniu.
W ich krótkiej, z natury jednostronnej relacji (bo jak ją inaczej nazwać biorąc pod uwagę, że tylko jedna strona w ogóle pamiętała co zaszło) pan Lestrange jeszcze nie zdążył się nauczyć, że Lorien była Mulciberem w każdym calu swojego jestestwa i przejęcie nazwiska było niczym innym jak postawieniem ostatniej kropki na i. No może przedostatniej, biorąc pod uwagę że na akcie własności londyńskiej kamienicy wciąż jeszcze tkwił podpis kogoś innego.
Tymczasem stała tu sobie w całej swojej niemal 150 cm chwale kompletnie nieporuszona faktem, że wpycha szanownego kolegę pod błędnego rycerza kierowanego zresztą przez obłąkanego goblina. Co złego to nie ona.
Przesunęła spojrzeniem po wolnych krzesłach – no tak, racja. Jedno właśnie okupowała sterta jej własnych rzeczy, której nie planowała na razie sprzątać. Zrobi to później. Magiczne słówko, które równie dobrze mogło brzmieć nigdy.
Niechętnie odsunęła się spod drzwi, dając Lestrange’owi szansę na ucieczkę. Nie wypadało jej czatować na progu, gdy petent siedział przy biurku. Prześlizgnęła się więc na swoje miejsce – w wygodnym fotelu, niemal niknąc za stertą papierów walających się na blacie. Nie skomentowała jak komicznie musiało to wyglądać.
Och więc nie chodziło o transmutowanie banku w małą zabawkę i wrzucenie go do torebki? A szkoda. Byłoby to o wiele zabawniejsze. Zastać dziurę w miejscu Gringotta.
- Kradzież… Ale jednak nie kradzież? Zaczyna się pan nieco mieszać w zeznaniach panie Grox.- Splotła dłonie przed sobą. – Cóż.. Nie jestem tą słynną niewidzialną ręką rynku, ale… To brzmi jak zbiorowy pozew. Goblin przeciw… rasie czarodziejów? Inwestorom Londynu? Nie będę kłamać… Długa i okrutnie droga zabawa. Ma pan jakieś dowody? Świadków tej niechlubnej kradzieży? - Zmrużyła lekko powieki, ale jej wzrok dotychczas uporczywie utkwiony w goblinie przeniósł się na Lestrange’a, którego jeszcze przez moment spróbowała zatrzymać. Uniosła lekko brwi jakby chciała zapytać "Na pewno nie chcesz go na dół do siebie?"
Odda za darmo. Trochę nienormalny, ale goblin w całkiem niezłym stanie.