16.10.2024, 08:21 ✶
Jeżeli wcześniej unosił brwi, teraz zrobił to jeszcze bardziej, mrugając dwukrotnie.
- Więc nie zachowuj się, jakbyś była niepoczytalna - odpowiedział spokojnie, taksując Geraldine spojrzeniem od góry do dołu i wzruszając ramionami, po czym niemal od razu przeniósł wzrok w kierunku Thomasa.
- Zaczekaj z tym. Możliwe, że będziesz mieć okazję - w tym przypadku nawet drgnęły mu kąciki ust, choć sam wyraz twarzy Greengrassa nie uległ zmianie - w dalszym ciągu pozostał chłodno neutralny. Stanowił kontrast do kolejnych całkiem lekkich słów. - Mabel nic nie dostanie, jeśli to nie będzie wypadek przy pracy - raczył zaznaczyć, że miał siostrzenicę Thomasa jako jedną z osób wymienionych w testamencie, który istniał całkiem na poważnie i w takiej chwili jak ta stawał się całkowicie zasadny. - Byłoby szkoda - nie musiał mówić, czemu?
Mała mogła być bardzo ustawiona przy takiej ilości krewnych (również tych niespokrewnionych) z klarownymi zapisami w testamentach. Zwłaszcza biorących udział w jednej średnio bezpiecznej akcji.
- Twoja szkaradna dupa nie jest moim upragnionym ostatnim widokiem. Postawię ci piwo, jeśli potem będę mógł oglądać coś innego. Jasne - to mówiąc skrzywił się nieznacznie, kręcąc głową z błyskiem w oku na to, co też zaraz padło z jego ust. - Wolę dupę twojej matki - stwierdził gładko. Tak, to był całkowicie adekwatny poziom do tego, który zaprezentował Figg wcześniej. - Myślę, że to odpowiedni moment, żeby ci powiedzieć, że praktycznie możesz mi już mówić tato - a Greengrass go teraz jeszcze dodatkowo zaniżył.
- A zajętych kobiet nie napastuję. Mam swoje standardy - skwitował sucho.
Chyba nie musiał mówić, do czego pił? Bo nie zamierzał. Pisano dostatecznie dużo o nowym związku jego byłej, żeby trudno to było przeoczyć. Ten drażliwy temat nie był czymś, co powinno rzutować na wykonanie zadania. Szczególnie, że mieli z Geraldine raczej jasny układ. Niby powiedział, że będzie się umiarkowanie wpierdalać w jej ustalenia odnośnie planu, a już to zaczął robić - wpierdalać się i to całkiem bez pardonu, ale wyłącznie przez to, że musiał. Zależało mu na powodzeniu przedsięwzięcia.
- Twoja matka to coś innego, rzecz jasna, mamy prawdziwe powiązanie dusz - dodał już bardziej teatralnie porozumiewawczo, żeby domknąć temat, moment później całkowicie poważniejąc i przybierając tą wyczekującą, czujną postawę.
Nie do końca nie wyrażał zainteresowania konwersacją prowadzoną z osobami po drugiej stronie lusterka. Uważnie słuchał wszystkiego, co docierało do jego uszu. Natomiast nie wtrącał się w nie swój zakres. Wbrew pozorom potrafił to robić. Tym bardziej, że ufał Thomasowi i jego osądowi. Prawdopodobnie najbardziej z całej grupy, co nie zwiastowało zbyt dobrze.
Stanowili zlepek dziwnie powiązanych elementów. To nie wyglądało nazbyt optymistycznie, bo podczas takich akcji lepiej było znać wzajemne siły i słabości. To nie tak, że Greengrass był całkowicie nieświadomy tych obu stron u wszystkich tu obecnych.
Mógł wyrokować o Figgu, choć nie mieli okazji wcześniej razem pracować (wybierał spoglądanie na całą sytuację przez pryzmat kolejnego szarorynkowego zlecenia, bo to ograniczało wkład emocjonalny; ta, jasne).
Paradoksalnie bardzo dobrze znał styl Yaxleyówny - także od strony formalnej, zawodowej, ale to już go tym optymizmem nie napawało. Wręcz przeciwnie. Swego czasu współpraca przychodziła im niemal tak naturalnie jak oddychanie. Byli świetnym zespołem w naturalny, niewymuszony sposób.
Tyle, że to było w czasach porozumienia, którego teraz nie mieli. Kiedy ostatni raz współdziałali w znacznie mniej napiętej, ale podobnego typu atmosferze skończyło się to co najmniej średnio - dostał strzał w nogę z przeklętego przedmiotu. A teraz w dodatku perspektywy krótko i długoterminowe wyglądały znacznie gorzej.
Co do tego... ...Crowa... ...Ambroise nie mógł wyrokować (tym bardziej, że nie skojarzył tej zmiany imienia, jakim Geraldine zwróciła się do mężczyzny; nie znał go), ale to nie znaczyło, że tego nie robił. Oceniał ich milczącego członka drużyny a wnioski nie były pozytywne. Jako uzdrowiciel poruszający się w sferze różnorodnych zleceń miał dużą świadomość jednej życiowej prawdy:
czasami zlepiając bandę indywiduów otrzymujesz drużynę. Najczęściej jednak po prostu powstaje z tego banda dupków zlepionych wątpliwą chęcią współpracy i pochopnie dodanym zaklęciem przylepca.
Słysząc reakcję Geraldine na słowa Thomasa o tym, że Figg pójdzie przodem, jedynie utwierdził się w przekonaniu, że są tym drugim. Mimo to nie zareagował sprzeciwem.
Nieznacznie wzruszył ramionami spoglądając na przyjaciela. Baby - co nie? Jasne, że musiała postawić na swoim w którymś elemencie ogólnie bardzo przyzwoitego planu, szczególnie że nie mogła zanegować wszystkiego.
Sam Ambroise bez większego problemu przyjął, że zamknie grupę zgodnie z tym, co logicznie powiedział jedyny człowiek, w którego osąd nie wątpił. Przynajmniej jeszcze nie wątpił. Z drugiej strony - w tej zmianie nie było nic niekorzystnego. Będąc szczerym (a był) to nie było tak głupie jak wyglądało. Przede wszystkim nie łączyła go żadna więź emocjonalna z ponurym milczkiem (ta, jakby on sam jednym nie był; hipokryzja miała się dziś wyjątkowo dobrze, była bardzo nienaruszona, bardzo rozwinięta).
Nie pożałowałby go za bardzo, gdyby coś mu się stało z racji bycia pierwszym. Jasne. Nie życzył tego Crowowi. Przed chwilą sam był w stanie iść na pierwszy rzut - wobec siebie miał mniej więcej takie samo podejście: poświęcenie nie było potrzebne, narobiłoby szkody, osłabiłoby już słabą grupę, ale gdyby nie dało się tego uniknąć to przynajmniej byłoby o jednego niestabilnego dupka mniej a reszta nadal miałaby jakieś tam minimalne szanse, bo to nie byłaby Geraldine. Gdyby to była Yaxleyówna to oznaczałoby klęskę, kaplicę.
Z drugiej strony przynajmniej nie Figg się narażał. Był im potrzebny. Szczególnie, kiedy zaczął przerysowywać runę z lusterka. Już na momencie był znacznie bardziej przydatny niż mrukliwy kolega kobiety. Z trzeciej strony to minimalizowało szansę rozwalenia szyku przez kogoś, kto nie wyglądał zbyt stabilnie a miałby być w środku - słaby wybór. To był najlepszy zły plan.
Słysząc wyraźne słowa Thomasa o konieczności medycznej interwencji, wpierw posłał mu spojrzenie mówiące, że nie jest ani ślepy, ani głuchy a zaraz potem kiwnął głową. Odczekał na swoją kolej, dał się pomazać i kulturalnie przesunął się, żeby zrobić miejsce dla Crowa.
- Możemy ruszać czy jest coś jeszcze? - Spytał neutralnie, sięgając do torby po maść zasklepiającą rany i kawałek materiału.
Nie uważał, że powinni zacząć od rzucania zbyt wielu zaklęć na raz. Już to kilkukrotnie zrobili. Nie warto byłoby jeszcze bardziej zwracać na siebie uwagi dla nacięcia, które krwawiło na tyle, żeby dało się malować krwią, ale mogło zasklepić się przy skorzystaniu z medykamentów.
Bez słowa wyciągnął rękę po dłoń Yaxleyówny, robiąc swoje - przesmarowując ranę i zawijając ją.
- Możesz to ściągnąć za pięć minut - zakomunikował, chowając wszystko i odsuwając się na swoją bezsprzeczną pozycję na tyle.
- Więc nie zachowuj się, jakbyś była niepoczytalna - odpowiedział spokojnie, taksując Geraldine spojrzeniem od góry do dołu i wzruszając ramionami, po czym niemal od razu przeniósł wzrok w kierunku Thomasa.
- Zaczekaj z tym. Możliwe, że będziesz mieć okazję - w tym przypadku nawet drgnęły mu kąciki ust, choć sam wyraz twarzy Greengrassa nie uległ zmianie - w dalszym ciągu pozostał chłodno neutralny. Stanowił kontrast do kolejnych całkiem lekkich słów. - Mabel nic nie dostanie, jeśli to nie będzie wypadek przy pracy - raczył zaznaczyć, że miał siostrzenicę Thomasa jako jedną z osób wymienionych w testamencie, który istniał całkiem na poważnie i w takiej chwili jak ta stawał się całkowicie zasadny. - Byłoby szkoda - nie musiał mówić, czemu?
Mała mogła być bardzo ustawiona przy takiej ilości krewnych (również tych niespokrewnionych) z klarownymi zapisami w testamentach. Zwłaszcza biorących udział w jednej średnio bezpiecznej akcji.
- Twoja szkaradna dupa nie jest moim upragnionym ostatnim widokiem. Postawię ci piwo, jeśli potem będę mógł oglądać coś innego. Jasne - to mówiąc skrzywił się nieznacznie, kręcąc głową z błyskiem w oku na to, co też zaraz padło z jego ust. - Wolę dupę twojej matki - stwierdził gładko. Tak, to był całkowicie adekwatny poziom do tego, który zaprezentował Figg wcześniej. - Myślę, że to odpowiedni moment, żeby ci powiedzieć, że praktycznie możesz mi już mówić tato - a Greengrass go teraz jeszcze dodatkowo zaniżył.
- A zajętych kobiet nie napastuję. Mam swoje standardy - skwitował sucho.
Chyba nie musiał mówić, do czego pił? Bo nie zamierzał. Pisano dostatecznie dużo o nowym związku jego byłej, żeby trudno to było przeoczyć. Ten drażliwy temat nie był czymś, co powinno rzutować na wykonanie zadania. Szczególnie, że mieli z Geraldine raczej jasny układ. Niby powiedział, że będzie się umiarkowanie wpierdalać w jej ustalenia odnośnie planu, a już to zaczął robić - wpierdalać się i to całkiem bez pardonu, ale wyłącznie przez to, że musiał. Zależało mu na powodzeniu przedsięwzięcia.
- Twoja matka to coś innego, rzecz jasna, mamy prawdziwe powiązanie dusz - dodał już bardziej teatralnie porozumiewawczo, żeby domknąć temat, moment później całkowicie poważniejąc i przybierając tą wyczekującą, czujną postawę.
Nie do końca nie wyrażał zainteresowania konwersacją prowadzoną z osobami po drugiej stronie lusterka. Uważnie słuchał wszystkiego, co docierało do jego uszu. Natomiast nie wtrącał się w nie swój zakres. Wbrew pozorom potrafił to robić. Tym bardziej, że ufał Thomasowi i jego osądowi. Prawdopodobnie najbardziej z całej grupy, co nie zwiastowało zbyt dobrze.
Stanowili zlepek dziwnie powiązanych elementów. To nie wyglądało nazbyt optymistycznie, bo podczas takich akcji lepiej było znać wzajemne siły i słabości. To nie tak, że Greengrass był całkowicie nieświadomy tych obu stron u wszystkich tu obecnych.
Mógł wyrokować o Figgu, choć nie mieli okazji wcześniej razem pracować (wybierał spoglądanie na całą sytuację przez pryzmat kolejnego szarorynkowego zlecenia, bo to ograniczało wkład emocjonalny; ta, jasne).
Paradoksalnie bardzo dobrze znał styl Yaxleyówny - także od strony formalnej, zawodowej, ale to już go tym optymizmem nie napawało. Wręcz przeciwnie. Swego czasu współpraca przychodziła im niemal tak naturalnie jak oddychanie. Byli świetnym zespołem w naturalny, niewymuszony sposób.
Tyle, że to było w czasach porozumienia, którego teraz nie mieli. Kiedy ostatni raz współdziałali w znacznie mniej napiętej, ale podobnego typu atmosferze skończyło się to co najmniej średnio - dostał strzał w nogę z przeklętego przedmiotu. A teraz w dodatku perspektywy krótko i długoterminowe wyglądały znacznie gorzej.
Co do tego... ...Crowa... ...Ambroise nie mógł wyrokować (tym bardziej, że nie skojarzył tej zmiany imienia, jakim Geraldine zwróciła się do mężczyzny; nie znał go), ale to nie znaczyło, że tego nie robił. Oceniał ich milczącego członka drużyny a wnioski nie były pozytywne. Jako uzdrowiciel poruszający się w sferze różnorodnych zleceń miał dużą świadomość jednej życiowej prawdy:
czasami zlepiając bandę indywiduów otrzymujesz drużynę. Najczęściej jednak po prostu powstaje z tego banda dupków zlepionych wątpliwą chęcią współpracy i pochopnie dodanym zaklęciem przylepca.
Słysząc reakcję Geraldine na słowa Thomasa o tym, że Figg pójdzie przodem, jedynie utwierdził się w przekonaniu, że są tym drugim. Mimo to nie zareagował sprzeciwem.
Nieznacznie wzruszył ramionami spoglądając na przyjaciela. Baby - co nie? Jasne, że musiała postawić na swoim w którymś elemencie ogólnie bardzo przyzwoitego planu, szczególnie że nie mogła zanegować wszystkiego.
Sam Ambroise bez większego problemu przyjął, że zamknie grupę zgodnie z tym, co logicznie powiedział jedyny człowiek, w którego osąd nie wątpił. Przynajmniej jeszcze nie wątpił. Z drugiej strony - w tej zmianie nie było nic niekorzystnego. Będąc szczerym (a był) to nie było tak głupie jak wyglądało. Przede wszystkim nie łączyła go żadna więź emocjonalna z ponurym milczkiem (ta, jakby on sam jednym nie był; hipokryzja miała się dziś wyjątkowo dobrze, była bardzo nienaruszona, bardzo rozwinięta).
Nie pożałowałby go za bardzo, gdyby coś mu się stało z racji bycia pierwszym. Jasne. Nie życzył tego Crowowi. Przed chwilą sam był w stanie iść na pierwszy rzut - wobec siebie miał mniej więcej takie samo podejście: poświęcenie nie było potrzebne, narobiłoby szkody, osłabiłoby już słabą grupę, ale gdyby nie dało się tego uniknąć to przynajmniej byłoby o jednego niestabilnego dupka mniej a reszta nadal miałaby jakieś tam minimalne szanse, bo to nie byłaby Geraldine. Gdyby to była Yaxleyówna to oznaczałoby klęskę, kaplicę.
Z drugiej strony przynajmniej nie Figg się narażał. Był im potrzebny. Szczególnie, kiedy zaczął przerysowywać runę z lusterka. Już na momencie był znacznie bardziej przydatny niż mrukliwy kolega kobiety. Z trzeciej strony to minimalizowało szansę rozwalenia szyku przez kogoś, kto nie wyglądał zbyt stabilnie a miałby być w środku - słaby wybór. To był najlepszy zły plan.
Słysząc wyraźne słowa Thomasa o konieczności medycznej interwencji, wpierw posłał mu spojrzenie mówiące, że nie jest ani ślepy, ani głuchy a zaraz potem kiwnął głową. Odczekał na swoją kolej, dał się pomazać i kulturalnie przesunął się, żeby zrobić miejsce dla Crowa.
- Możemy ruszać czy jest coś jeszcze? - Spytał neutralnie, sięgając do torby po maść zasklepiającą rany i kawałek materiału.
Nie uważał, że powinni zacząć od rzucania zbyt wielu zaklęć na raz. Już to kilkukrotnie zrobili. Nie warto byłoby jeszcze bardziej zwracać na siebie uwagi dla nacięcia, które krwawiło na tyle, żeby dało się malować krwią, ale mogło zasklepić się przy skorzystaniu z medykamentów.
Bez słowa wyciągnął rękę po dłoń Yaxleyówny, robiąc swoje - przesmarowując ranę i zawijając ją.
- Możesz to ściągnąć za pięć minut - zakomunikował, chowając wszystko i odsuwając się na swoją bezsprzeczną pozycję na tyle.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down