16.10.2024, 12:41 ✶
Może i Rodolphus nie chciał doszukiwać się dwuznaczności w słowach Perseusa, a nawet próbował usprawiedliwić go przed samym sobą, ale Black nie zamierzał tak łatwo porzucać tematu. Doszedł już do stanu, w którym nie zastanawiał się nad konsekwencjami swoich słów; ostatecznie i tak wszystko można było zrzucić na karb alkoholu, prawda? Zresztą, myślenie długoterminowe nie było najwidoczniej jego mocną stroną, o czym świadczyły wszystkie spadające na niego wydarzenia.
— Och nie, akurat barman w Fontannie nie jest w moim typie — roześmiał się serdecznie, chyba rozwiewając przy tym wszystkie wątpliwości — Przypomina mi pewnego Francuza, którego najchętniej wymazałbym z pamięci.
Raphael. Znajome imię rozkołatało się pod kopułą czaszki, a przez twarz Perseusa przebiegł grymas bólu. Och, ileż by dał, by nigdy nie spotkać tego człowieka. A najlepiej - by nigdy nie wyjechać do Francji, być od razu szczerym w kwestii swojej choroby, nie wymyślać upadku z miotły, okłamywać wszystkich (i przy okazji, samego siebie, bowiem bywały takie dni, że naprawdę wierzył, że to nie petryfikacyjne zaniki nerwowe pozbawiały go sprawności, a rzeczywisty wypadek, który naturalnie nigdy nie miał miejsca; przeczytał o podobnej historii w paryskiej prasie i przerobił ją pod siebie w taki sposób, by brzmiała wiarygodnie, a ludzie kręcili głowami ze współczuciem mówiąc cały ty, Perseusie! - wypadek wydawał mu się mniej wstydliwy niż choroba; wypadku można było współczuć, chorobą niekiedy się brzydzono; pamiętał przecież zmęczoną pogardę na twarzy matki, gdy trzeba było urządzać pokój dziadka na parterze i usuwać wszystkie progi, by jego wózek mógł się poruszać po Grimmauld Place).
A teraz siedział na kanapie obok Rodolphusa i wsłuchiwał się w jego głos połączony z własnym oddechem i tykaniem ozdobnego zegara na kominku. Tik-tak, wdech-wydech, sy-la-ba. Lestrange mówił o alkoholu i wróżbitach - nie, to nie był żaden z nich, chciał powiedzieć, ale głos odmówił mu posłuszeństwa - a jemu było rozkosznie wszystko jedno. Uśmiechał się do niego i patrzył mu w oczy; jego tęczówki nabierały szelmowskiego zielonego błysku w miękkim świetle witrażowej lampki stojącej nieopodal.
— Rozgryzłeś mnie — leniwie uniósł dłonie w geście podania i zaraz opuścił je na dół, kładąc je na swoich udach i lekko zacisnął palce na materiale spodni, jakby był zestresowanym uczniem na dywaniku u dyrektora — Siedem lat. Dokładnie siedem lat temu zacząłem fantazjować o śmierci; kilkukrotnie nawet próbowałem to wszystko zakończyć, ale zawsze coś mnie powstrzymywało. Zresztą, obawiam się, że koniec wcale nie byłby końcem moich cierpień i z moim szczęściem wróciłbym jako duch snujący się ulicami, nie mogąc odejść do Limbo — skrzywił się — Wybrałem więc powolniejsza truciznę. Zresztą, ja wiem, kiedy umrę. To znaczy, że znam konkretnej daty, ale podjąłem decyzję, że będzie to tego samego dnia, kiedy choroba zabierze mi zdolność chodzenia. Bo wiesz... — zniżył głos, choć wcale nie musiał; nie było obaw, że ktoś ich usłyszy — ...to, co dzieje się z moją nogą nie jest efektem powikłań po złamaniu, jak powiedziałem wszystkim. Nie wiem dlaczego w ogóle to wymyśliłem, chyba bałem się, że się ode mnie odsuną i zaczną traktować jak ciężar.
Siedem lat; dokładnie siedem lat temu usłyszał diagnozę. Wyjechał do Francji z dnia na dzień, zostawił Elliotta, ich wspólne mieszkanie w mugolskiej dzielnicy i bezdomnego kota, zabrał ze sobą tylko jeden kufer podróżny i wystarczająco pieniędzy, by przeżyć kilka miesięcy w Paryżu na przyzwoitym poziomie. Bał się tej chwili - bał się, że gdy wyzna komuś prawdę, ziemia pod jego stopami się rozstąpi i wciągnie go prosto w piekielną otchłań. Ale tak się nie stało - pomiędzy nimi zapadła niemalże absolutna cisza. I tylko tykanie zegara, i dwa oddechy mieszające się w harmonii.
Poczuł palec na swoim policzku. Och nie, Rodolphusie, lepiej go zabierz, bo wezmę całą rękę, pomyślał jeszcze, zanim rzeczywiście przeszedł do działania. Ciepły dotyk na zimnej skórze był uzależniający. Był pokarmem dla jego wygłodniałej duszy.
— Mówiłem przede wszystkim o sobie — odpowiedział łagodnie, a potem chwycił go za rękę i zaplótł swoje palce z jego własnymi i trwał tak w milczeniu przez dłuższą chwilę, rozważając coś intensywnie, o czym świadczyły jego półprzymknięte powieki i lekki uśmiech — Jeśli nie wino, to mam w lodówce lemoniadę — zmienił nagle temat i puścił jego rękę, zakłopotany swoją własną reakcją.
— Och nie, akurat barman w Fontannie nie jest w moim typie — roześmiał się serdecznie, chyba rozwiewając przy tym wszystkie wątpliwości — Przypomina mi pewnego Francuza, którego najchętniej wymazałbym z pamięci.
Raphael. Znajome imię rozkołatało się pod kopułą czaszki, a przez twarz Perseusa przebiegł grymas bólu. Och, ileż by dał, by nigdy nie spotkać tego człowieka. A najlepiej - by nigdy nie wyjechać do Francji, być od razu szczerym w kwestii swojej choroby, nie wymyślać upadku z miotły, okłamywać wszystkich (i przy okazji, samego siebie, bowiem bywały takie dni, że naprawdę wierzył, że to nie petryfikacyjne zaniki nerwowe pozbawiały go sprawności, a rzeczywisty wypadek, który naturalnie nigdy nie miał miejsca; przeczytał o podobnej historii w paryskiej prasie i przerobił ją pod siebie w taki sposób, by brzmiała wiarygodnie, a ludzie kręcili głowami ze współczuciem mówiąc cały ty, Perseusie! - wypadek wydawał mu się mniej wstydliwy niż choroba; wypadku można było współczuć, chorobą niekiedy się brzydzono; pamiętał przecież zmęczoną pogardę na twarzy matki, gdy trzeba było urządzać pokój dziadka na parterze i usuwać wszystkie progi, by jego wózek mógł się poruszać po Grimmauld Place).
A teraz siedział na kanapie obok Rodolphusa i wsłuchiwał się w jego głos połączony z własnym oddechem i tykaniem ozdobnego zegara na kominku. Tik-tak, wdech-wydech, sy-la-ba. Lestrange mówił o alkoholu i wróżbitach - nie, to nie był żaden z nich, chciał powiedzieć, ale głos odmówił mu posłuszeństwa - a jemu było rozkosznie wszystko jedno. Uśmiechał się do niego i patrzył mu w oczy; jego tęczówki nabierały szelmowskiego zielonego błysku w miękkim świetle witrażowej lampki stojącej nieopodal.
— Rozgryzłeś mnie — leniwie uniósł dłonie w geście podania i zaraz opuścił je na dół, kładąc je na swoich udach i lekko zacisnął palce na materiale spodni, jakby był zestresowanym uczniem na dywaniku u dyrektora — Siedem lat. Dokładnie siedem lat temu zacząłem fantazjować o śmierci; kilkukrotnie nawet próbowałem to wszystko zakończyć, ale zawsze coś mnie powstrzymywało. Zresztą, obawiam się, że koniec wcale nie byłby końcem moich cierpień i z moim szczęściem wróciłbym jako duch snujący się ulicami, nie mogąc odejść do Limbo — skrzywił się — Wybrałem więc powolniejsza truciznę. Zresztą, ja wiem, kiedy umrę. To znaczy, że znam konkretnej daty, ale podjąłem decyzję, że będzie to tego samego dnia, kiedy choroba zabierze mi zdolność chodzenia. Bo wiesz... — zniżył głos, choć wcale nie musiał; nie było obaw, że ktoś ich usłyszy — ...to, co dzieje się z moją nogą nie jest efektem powikłań po złamaniu, jak powiedziałem wszystkim. Nie wiem dlaczego w ogóle to wymyśliłem, chyba bałem się, że się ode mnie odsuną i zaczną traktować jak ciężar.
Siedem lat; dokładnie siedem lat temu usłyszał diagnozę. Wyjechał do Francji z dnia na dzień, zostawił Elliotta, ich wspólne mieszkanie w mugolskiej dzielnicy i bezdomnego kota, zabrał ze sobą tylko jeden kufer podróżny i wystarczająco pieniędzy, by przeżyć kilka miesięcy w Paryżu na przyzwoitym poziomie. Bał się tej chwili - bał się, że gdy wyzna komuś prawdę, ziemia pod jego stopami się rozstąpi i wciągnie go prosto w piekielną otchłań. Ale tak się nie stało - pomiędzy nimi zapadła niemalże absolutna cisza. I tylko tykanie zegara, i dwa oddechy mieszające się w harmonii.
Poczuł palec na swoim policzku. Och nie, Rodolphusie, lepiej go zabierz, bo wezmę całą rękę, pomyślał jeszcze, zanim rzeczywiście przeszedł do działania. Ciepły dotyk na zimnej skórze był uzależniający. Był pokarmem dla jego wygłodniałej duszy.
— Mówiłem przede wszystkim o sobie — odpowiedział łagodnie, a potem chwycił go za rękę i zaplótł swoje palce z jego własnymi i trwał tak w milczeniu przez dłuższą chwilę, rozważając coś intensywnie, o czym świadczyły jego półprzymknięte powieki i lekki uśmiech — Jeśli nie wino, to mam w lodówce lemoniadę — zmienił nagle temat i puścił jego rękę, zakłopotany swoją własną reakcją.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory