17.10.2024, 02:27 ✶
Lyssa nie była w stanie nie myśleć o przeszłości. Oglądanie się za siebie leżało w jej naturze, a przeszłe zdarzenia często spędzały jej sen z powiek. Lammas zatem wciąż było w jej głosie absolutną tragedią, która była kolejnym zgrzytem związanym z nazwiskiem Mulciberów. Dziewczyna nie rozumiała dlaczego jej matka obdarzała swoją rodzinę swego rodzaju uwielbieniem, podejrzewając że brała w tym udział zbyt duża ilość nostalgii. Czegoś, co na znajdującą się w Anglii córkę nie miało w pływu.
Młoda Mulciber aż za dobrze pamiętała niesmak który poczuła, kiedy na początku czerwca pokazały się artykuły oscylujące dookoła osoby Alexandra Mulcibera i poprzedzające je informacje o Juliusie. Nie chodziło o to co robili, bo to Lyssy absolutnie nie obchodziło. Problem polegał na tym, że nie potrafili robić tego tak, żeby nie robić szumu dookoła swojego nazwiska. Jej nazwiska. I od tamtego momentu zaczęła się faktyczna niechęć. Wybryki Diany były do tej pory niesmacznym pokazem szaleństwa kobiety, która nie wiedziała co ze sobą zrobić i nie były tak znaczące bo cóż, była kobietą. Kimś mniej znaczącym i takim komu wybaczało się odrobinę szaleństwa. Ale świeczki na Lammas? Niewybaczalne. Zakazana twarz Alexandra Mulcibera i jego obmierzłe spojrzenie na ślubie Blacków? Karygodne. Może dlatego zaczęła podpisywać swoje obrazy nazwiskiem ojca, a w urzędzie czekały do zaakceptowania odpowiednie dokumenty, by wszelkim formalnościom stało się zadość.
Panna - jeszcze - Mulciber spojrzała na Scyllę czujnie, bo ta bredziła jak zwykle, ale w tym nonsensie jak zawsze pewnie kryło się jakieś ziarno prawdy. Do tej pory Lyssie się nie śpieszyło, ale w tym momencie zapragnęła zrobić Greyback na złość i wychylić resztę herbaty na raz, żeby jak najszybciej móc opuścić stolik i ruszyć w drogę powrotną do domu. Ale zamiast tego uśmiechnęła się tylko do niej lekko, z pewną pobłażliwością.
I zniesmaczeniem, bo nie pisała się na to, żeby robić tutaj za przyzwoitkę, a cokolwiek działo się między Charlesem i Scyllą jej się absolutnie nie podobało. Dziewczyna może i była konkurentką w drodze po aprobatę i uwagę Vakela, ale kiedy ojca nie było w pobliżu to Lyssa preferowała żeby Greyback koncentrowała się na niej. Charles natomiast miał głowę pełną głupich pomysłów i pracował dla Annaleigh, a to znaczyło że znajdował się we wrogim obozie i pewnie jeszcze trochę i zostanie nauczony jak faktycznie uwodzić inną osobę, czyli doleje Scylce amortencji.
Lyssa w każdej sekundzie biła się ze sobą i tak samo jej to nie obchodziło jak i zabierało zbyt dużo uwagi.
- Wróżyłaś kiedyś z krwi? - zapytała spokojnie, chociaż na skroni chyba zapulsowała jej żyłka, kiedy cofnęła nogi pod krzesło, bo ktoś ją kopnął kiedy miotał się na krześle jakby miał owsiki.
Kelner pojawił się przy nich niczym cień, uśmiechając zdawkowo jeśli któreś z nich się na niego spojrzało i bez słowa położył na stole przy Charlesie etui na rachunek i ulotnił się.
- Albo w sumie, jaka była najbardziej nietypowa rzecz z jakiej wróżyłaś do tej pory?
Młoda Mulciber aż za dobrze pamiętała niesmak który poczuła, kiedy na początku czerwca pokazały się artykuły oscylujące dookoła osoby Alexandra Mulcibera i poprzedzające je informacje o Juliusie. Nie chodziło o to co robili, bo to Lyssy absolutnie nie obchodziło. Problem polegał na tym, że nie potrafili robić tego tak, żeby nie robić szumu dookoła swojego nazwiska. Jej nazwiska. I od tamtego momentu zaczęła się faktyczna niechęć. Wybryki Diany były do tej pory niesmacznym pokazem szaleństwa kobiety, która nie wiedziała co ze sobą zrobić i nie były tak znaczące bo cóż, była kobietą. Kimś mniej znaczącym i takim komu wybaczało się odrobinę szaleństwa. Ale świeczki na Lammas? Niewybaczalne. Zakazana twarz Alexandra Mulcibera i jego obmierzłe spojrzenie na ślubie Blacków? Karygodne. Może dlatego zaczęła podpisywać swoje obrazy nazwiskiem ojca, a w urzędzie czekały do zaakceptowania odpowiednie dokumenty, by wszelkim formalnościom stało się zadość.
Panna - jeszcze - Mulciber spojrzała na Scyllę czujnie, bo ta bredziła jak zwykle, ale w tym nonsensie jak zawsze pewnie kryło się jakieś ziarno prawdy. Do tej pory Lyssie się nie śpieszyło, ale w tym momencie zapragnęła zrobić Greyback na złość i wychylić resztę herbaty na raz, żeby jak najszybciej móc opuścić stolik i ruszyć w drogę powrotną do domu. Ale zamiast tego uśmiechnęła się tylko do niej lekko, z pewną pobłażliwością.
I zniesmaczeniem, bo nie pisała się na to, żeby robić tutaj za przyzwoitkę, a cokolwiek działo się między Charlesem i Scyllą jej się absolutnie nie podobało. Dziewczyna może i była konkurentką w drodze po aprobatę i uwagę Vakela, ale kiedy ojca nie było w pobliżu to Lyssa preferowała żeby Greyback koncentrowała się na niej. Charles natomiast miał głowę pełną głupich pomysłów i pracował dla Annaleigh, a to znaczyło że znajdował się we wrogim obozie i pewnie jeszcze trochę i zostanie nauczony jak faktycznie uwodzić inną osobę, czyli doleje Scylce amortencji.
Lyssa w każdej sekundzie biła się ze sobą i tak samo jej to nie obchodziło jak i zabierało zbyt dużo uwagi.
- Wróżyłaś kiedyś z krwi? - zapytała spokojnie, chociaż na skroni chyba zapulsowała jej żyłka, kiedy cofnęła nogi pod krzesło, bo ktoś ją kopnął kiedy miotał się na krześle jakby miał owsiki.
Kelner pojawił się przy nich niczym cień, uśmiechając zdawkowo jeśli któreś z nich się na niego spojrzało i bez słowa położył na stole przy Charlesie etui na rachunek i ulotnił się.
- Albo w sumie, jaka była najbardziej nietypowa rzecz z jakiej wróżyłaś do tej pory?