Nawet nie zauważył, gdy go posadzono. W jednej chwili dotykał ramienia Jonathana i zaglądał do głowy mężczyzny, o którym wiedział, że jest okluemntą, a w drugim siedział przy stoliku, pośród oburzonych westchnień kogoś kilka metrów od siebie. Odruchowo sięgnął do swoich oczu, dotknął policzków i wyciągnął dłoń przed siebie i odetchnął, widząc, że nie płakał znów krwią. Nie było niczego oprócz jego osłabienia.
Klęska urodzaju. Potrzebował pomocy. I odpowiedzi od Millie. Potrzebował kogoś, kto będzie go zbierał.
— Niestety, ale sierpień to nie jest mój miesiąc, na pewno nie patronuje mu Atena. Raczej Afrodyta Areia — zbył wszystko śmiechem. — Nalejcie mi wina i dobrze się bawcie, ja trochę odpocznę. Najwyżej odeślesz ze mną dzieciaki, żeby pomogły staremu wujkowi.
Zdanie jak mrugnięcie okiem. Morpheus wiedział, że Jonathan zrozumie przekaz, znali się przez większość swoich żyć. Gdyby zrobiło się gorąco, ale nie chciał uświadamiać o zagrożeniu postronnych, miał odesłać Ritę i Jessiego z nim. Poudaje niewiadomego od wizji, dla ich bezpieczeństwa.
Wyjął papierosy i zapalił. Miał na to ochotę od dłuższego czasu, ale zachowywał trochę kultury. Papierosy dawały mu spokój. Rano kawa i papieros, wieczorem wino i papieros.
— Obdaruj kogoś swoim patronatem... — machnął ręką na Jonathana. Pożegnał się ze mężczyznami, na odchodne wysyłając całusa w stronę Jonathana i śmiejąc się. Był bardzo zmęczony. Potarł palcami zmarszczkę między brwiami. Jego ciało było całe spięte, mięśnie bolały, tak samo jak nasada kręgosłupa.
Bogowie, to był głupi pomysł.