Ojciec mówi, Theon słucha.
Podobnie wyglądało to w przypadku matki...
Choć nie pozostawał w bliskich stosunkach z żadnym przedstawicielem rodziny Malfoy, pojawił się na pogrzebie. Nie miał w tym przypadku większego wyboru. Podobnie zresztą jak w wielu innych. Inaczej niż Geraldine, od zawsze wypełniał polecenia rodziców, co w znaczący sposób wpływało na to, jak wyglądało jego życie. Było ono dalekie od tego, jakim widział je jeszcze w czasach szkolnych, a także w pierwszych latach po ukończeniu Hogwartu. Otaczająca Theona rzeczywistość, z każdym kolejnym rokiem zdawała się go coraz bardziej dusić. Stopniowo pozbawiać własnej tożsamości.
Tego kim był.
Nie jest to jednak dobry moment na wylewanie żali.
Ubrany w prosty płaszcz, ciemne spodnie od garnituru, zdecydował się nawet na prezentujące się całkiem nieźle buty. Porządne, ostatnim razem ubrane z okazji ślubu Elliotta i Simone. Zabawny zbieg okoliczności. Może też nieco smutny. No ale co na to poradzić, skoro niewiele tego typu rzeczy trzymał we własnej szafie. Z reguły ich nie potrzebował. Niezbyt często bywał na przyjęciach, oficjalnych uroczystościach, o pogrzebach już nie wspominając. Wolny czas wolał przeznaczać na inne atrakcje. Wielka szkoda, że tym razem nie był w stanie znaleźć odpowiednio dobrej wymówki.
Zatrzymując się przed bramą rezydencji, przystanął przy młodej skrzatce, odbierając od niej przygotowane dla gości mapy. Niewielkiej kartce papieru nie poświęcił jednak zbyt wiele uwagi, zaraz wciskając do kieszeni. Zatrzymał się nieco z boku, nie chcąc blokować przejścia. Nie śpieszył się. Choć cała ta uroczystość - jak to dziwnie brzmi w kontekście pogrzebu - już się zaczęła, on został na zewnątrz, pozwalając sobie na sięgnięcie po papierosa oraz zapalniczkę. Nie tyle potrzebne, co niezbędne w kontekście psychicznego przygotowania się na to, co miało nastąpić za ledwie kilka minut.
Nie odmówił, kiedy obok niego przystanął jakiś nieznajomy mężczyzna. Poczęstował go papierosem. Użyczył też zapalniczki.
- Rodzina? - padło pytanie.
- Nie. - odpowiedź, której towarzyszyło kręcenie głową. - A Ty?
- Przyjaciel rodziny, że tak powiem. - przyznał, zaraz zaciągając się papierosem.
- W takim razie moje kondolencje. - powiedziane tuż po tym, jak z ust wydobył się kolejny obłoczek dymu.
- Za bardzo jej nie znałem. Na pogrzebie jednak wypadało się pojawić. - pozwolił sobie na trochę więcej szczerości.
Theonowi ona nie przeszkadzała. Nawet trochę tę sytuację rozumiał.
- Sam widziałem ją może z kilka razy. Na pewno przy okazji ślubu. - przyznał się. Przy okazji nie mógł nie przywołać w pamięci samego wydarzenia. Nie miało to miejsca szczególnie dawno temu. Może... byłoby z pięć lat? A pięć lat to nadal prawie jakby wczoraj. Relatywnie niewiele. - A przynajmniej więcej nie pamiętam.
Bo i pamiętać jej wcale nie musiał. Na co dzień nie obracali się w tych samych kręgach. Podobnie zresztą było z Malfoyami. Dla Theona było to trochę jak wypłynięcie na nieznane wody. Geraldine znała się z Eden, ale on... on zawsze znajomej siostry unikał. Ona przy wizytach w Walii postępowała tak samo. Elliotta czasem mijał w Ministerstwie, ale nie miał pewności czy kiedyś zamienili ze sobą choćby ze dwa słowa.
Rzucił pozostałości papierosa na ziemię, przydeptując czarnym butem.
- No nic, chyba pozostaje mi podziękować za chwilowe towarzystwo. - pożegnał się, nie tracąc czasu na więcej uprzejmości. Nie wymienili się imionami. Nie nastąpiło pomiędzy nimi żadne uściśnięcie dłoni.
Ruszył za innymi uczestnikami pogrzebu, kierując się - taką przynajmniej miał nadzieję - we właściwe miejsce. Rozglądał się w poszukiwaniu znajomych twarzy, kogoś obok kogo mógłby się zatrzymać. Przed rezydencją, zanim przyszło mu wreszcie skierować się na cmentarz, trafił na Geraldine.
- Naj... - chciał jej odpowiedzieć, ale zamiast tego musiał przyśpieszyć, żeby za siostrą nadążyć. Nie trzeba było być aurowidzem, żeby zorientować się w tym, iż Ger nie dopisywał humor. Szczególnie dobrym obserwatorem również. Chwilowo nie zamierzał sobie jednak zawracać tym głowy. Okazja nie wydawała się najlepsza.
Zapach kadzideł nie był szczególnie przyjemny. Modlitewne pieśni również nie wywoływały tego rodzaju skojarzeń. Dobrze, że nie musiał wchodzić dalej; że mógł zatrzymać się zaraz przy wejściu. Inaczej niż bliscy zmarłej. Stanął obok Geraldine, która pomimo swojej postawy, nadal była dla niego złem znanym.
Czyli takim, na które mógł się zdecydować świadomie.
- Kac? - zapytał cicho, nie skupiając się zanadto na tym, co właśnie się działo. Nie czekając na odpowiedź siostry, wyciągnął rękę w kierunku przemyconej przez nią piersiówki. Pozwolił sobie założyć, że w trakcie uroczystości, ta nie zdecyduje się walczyć o alkohol niczym o swój największy skarb. Nie bardzo przejmując się innymi, nie kryjąc z piersiówką, pierw powąchał starając się określił zawartość, a następnie wlał w siebie nie za dużą, ale też nieszczególnie małą ilość procentów. - Nawet niezła. Powiesz mi skąd taki kiepski humor? - skomentował, następnie zadał pytanie. Możliwe, że mówił nieco zbyt głośno. Jakaś kobieta posłała w ich kierunku karcące spojrzenie. Widać już zaczęli przeszkadzać. Albo raczej on zaczął.