17.10.2024, 11:47 ✶
Tw: nie będę wskazywać fragmentów, ale cytując filozofkę Olivie Rodrigo: “God, it's brutal out here”.
Świat nie był właściwy. Świat był okrutny, niesprawiedliwy, brutalny.
Przeklęte miejsce, gdzie dzieci wyrywano matkom, gdzie krzywdzono małe dziewczynki, gdzie odbierano niedojrzałym chłopcom wszelkie marzenia. W tym świecie nie było miejsca na rzeczy szlachetne czy piękne. Nie, kiedy oboje dopatrywali się sztuki w bluźnierczych aktach.
Powstrzymał chęć cofnięcia się pod jej gorącym dotykiem, choć ciało zdawało się nie reagować na bliskość; zbyt zmęczone po nocy, która zostawiła na jego szyi barwne sińce, a na umyśle kolejne blizny, by móc rzeczywiście cieszyć się mieszanką czarnej magii i jej odzwierzęcej natury. Bo czym były wiły jak nie pierwotnymi tworami Bogów?
To pożądanie sięgało dalej - w odmęty podświadomości, dusząc prostackie fizyczne potrzeby. Podczas gdy Bogini należała do ludu - Lorraine Malfoy dziś należała tylko do niego. Nie do świata. Nie do pieprzonego Orfeusza. Do niego.
Tymczasem… Wynosił ją na ołtarze, a ta kurwa chciała tylko brać. I brać.
Była teraz bardziej do niej podobna niż kiedykolwiek wcześniej. Gdyby przymknął oczy mógłby nawet uwierzyć, że ma przed sobą słodką Calanthe. Z jej lśniącymi włosami opadającymi na smukłe ramiona. Z bladą szyją przyzdobioną w ten pierdolony naszyjnik od Desmonda. Zsunął dłoń z jej twarzy na szyję, muskając skórę pół-wili z chorobliwą wręcz ostrożnością. Jakby obawiał się, że rozsypie się w marny proch, tak jak czyniła to setki razy na jego własnym płótnie.
Czynisz mnie najnieszczęśliwszym malarzem w całym królestwie bożym.- Szeptał wówczas do martwego portretu.- Twoje ramiona były niczym ruchome piaski. Twoje pocałunki były śmiercią. Niechaj imię Delilah będzie wiecznym przekleństwem na ustach mężczyzn.
Ale teraz, teraz pozwolił jej mówić, złakniony spaczonego, kobiecego głosu jak ślepy, porzucony w Katakumbach szczur. Mogła deklamować Szekspira, a nie zwróciłby uwagi czy jest mu Ofelią, Lady Makbet czy Desdemoną. Zatem wsłuchiwał się w jej słowa jak w najpiękniejszą modlitwę, gdy odsłaniała tajemnice wiary. Te, które sam Kowen uznawał za zbyt niebezpieczne. Słowa za które wyklęto by ich oboje.
Nie było nic boskiego w aktach odstawianych przez tych zamaskowanych głupców.
Umierali jak każdy jeden, a słodka Matka nie rozróżniała ich trucheł od trucheł mugoli.
Bluźnierstwo.- Chciał odpowiedzieć. Przekonać, że w życiu nie zwątpił w nauki.
Chciał osunąć się przed nią na kolana, objąć rozpaczliwie, wpleść w palce w materiał jej koszuli nocnej. Klękał tak jak go nauczono, tylko przed obliczem bóstw. A skoro te wybrały za swoje naczynie tą drobną, pogrzebaną za życia istotę - taka była ich wola.
Ale kara przyszła szybciej niż zdążył ugiąć się w pokorze i błagać o przebaczenie. Ból był czysto fizyczny. Niespodziewany. Zdusił w sobie przekleństwo. Jedno. Potem kolejne, gdy szarpnęła go za ramię, wczepiając się w nie jak sęp nad truchłem.
Zepsuty. Zdeprawowany…- Słuchał jej w głębokim milczeniu, gdy z każdym kolejnym oskarżeniem niszczyła ten święty posąg, który zbudował w swoim umyśle młody artysta. Niewdzięczny. Zdemoralizowany. Aż wreszcie opadły ostatnie kawałki marmuru pozostawiając Lorraine taką jaką była naprawdę.
Z szat obnażoną brudną dziwką z Nokturnu.
Zacisnął zęby, odsuwając od niej twarz na tyle na ile zdołał.
Zemdliło go.
Ale skoro jeszcze nie wił się pod ciężarem zaklęcia… skoro jeszcze nie pchała się z łapskami do jego mózgu, aby go rozszarpać na strzępy… Nie miała różdżki.
Niewiele to zmieniło - bo on też nie. Tylko, że czasy, gdy miała nad nim jakąkolwiek fizyczną przewagę dawno minęły. Nienawidził jej o tym przypominać. Brzydził się sobą za każdym razem, gdy musiał się uciekać do tej żałosnej, prymitywnej brutalności.
Szarpnął się.
Nie na tyle by uwolnić lewą rękę z harpich szponów, ale na tyle, by prawą… nacisnąć klamkę u drzwi. Drzwi, o które oboje się opierali. Ustąpiły pod ich ciężarem z lekkością, sprawiając, że oboje runęli na ziemię. Jego ciało zalała kolejna fala bólu, gdy uderzył z tępym hukiem o podłogę. Ale nie miał czasu upewnić się, że nic się jej nie stało. Ta sekunda szoku i dezorientacji była jedyną, w której miał szansę zdobyć jakąkolwiek przewagę.
- Dość.- Warknął, przekręcając się na bok. Zrzucił ją z siebie jak krnąbrnego, upierdliwego kota, któremu nikt dawno nie przyciął pazurków. W niemal panicznym akcie zacisnął palce prawej ręki na nadgarstkach czarownicy, przyszpilając jej ręce do podłogi nad głową. Z niemą satysfakcją wsłuchiwał się w trzask kości blondynki. Chyba bark. Nieważne. Każda jedna grała symfonię bólu i upokorzenia.
Wyszarpnął spod materiału pośmiertnego całunu swoją lewą rękę, z pogardą obnażając fakt, który zdawał mu się być oczywisty - jego skóry nie szpecił żaden tatuaż. Blade przedramię upstrzone było drobnymi znamionami, siniakami nieznanego pochodzenia i nieregularnymi bliznami po przeróżnych urazach, których nie dał sobie opatrzeć przez magomedyka. Najświeższa - z początku lata - ciągnęła się przez całe wnętrze dłoni. Czerwone sznyty po jej paznokciach przywodziły na myśl pociągnięcia pędzla niewprawnego artysty. Zbyt losowe by uznać je za przypływ geniuszu.
- Powściągnij język.- Szepnął, a w szepcie owym ukrył całą swoją złość, która sięgać zdawała się dalej niż krótkiej przepychanki sprzed kilku chwil. Ta złość, to poczucie niesprawiedliwości, gdy uciszyła go jak kundla na łańcuchu tliło się w sercu młodego Malfoy'a od wieczoru elfów i wróżek. Zniewaga, o której nie wspomniał nawet Orfeuszowi, choć zdawać by się mogło, że spowiadał się jej ojcu częściej niż Bogom.
- Uważaj mnie za potwora.- Westchnął. Każda jedna komórka w ciele kazała mu skończyć; wycofać się. Krzywdzenie jej było sprzeczne z naturą.- Jebie mnie to. Ale przysięgam Ci. Następnym razem, gdy zaczniesz do mnie pluć jadem, gdy chociaż pomyślisz, że dołączyłem do tej bandy spierdolonych tchórzy i krypto-szlamojebców, pamiętaj jedno, o słodka Delilah… - Zacisnął brutalnie palce lewej dłoni na jej podbródku, wbijając brudne od farb, paznokcie w jej skórę. Gdyby próbowała uciec spojrzeniem był gotów ją brutalnie zmusić do powrotu. Na ziemię. Do niego. -Ja. Też. Jestem. Malfoyem. I nie potrzebuję aprobaty typa znikąd. Nie potrzebuję ssać mu chuja, żeby zrobić z Tobą co mi się podoba. Wepchnąć w odmęty koszmarów i wspomnień i patrzeć jak pochłania cię szaleństwo. Połamać ci palce i zmusić do grania Saint-Saënsa minuta po minucie. Godzina po godzinie. Aż padniesz z wycieńczenia. - Głos dotychczas przesycony gniewem, teraz uderzył w inne, znacznie bardziej niebezpieczne tony, chorą fascynacją i słodyczą głęboko skrywanych żądz.- Och Delilah. Może i jestem zepsuty.- Puścił nareszcie jej nadgarstki, nie dając sobie prawa spojrzeć czy wykwitły na nich siniaki. Zamiast tego przesunął dłoń niżej, z czułością sunąc palcami wzdłuż ręki czarownicy.- niewdzięczny.- I znów. Wrócił ból, gdy Baldwin docisnął mocniej prawą rękę do jej ramienia, czując jak naruszony bark czarownicy chrupie mu pod palcami.- podły.- Jeszcze mocniej. Odrobinę. Niech cierpi. Niech będzie tak szkaradna na zewnątrz jak jest w przegnitej duszy. Pierdolona biała dama w kiecce z lumpeksu Armii Zbawienia.- okrutny.- Głośny trzask kości.- Ale nie kurwię się w imię wyższych idei.
Nawet w tej pozycji, gdy dzieliła ich od siebie cienka warstwa jej koszuli nocnej i prześcieradła, w które był zaplątany, magia zdołała prześlizgnąć się między ich ciałami tą nieznośną iskrą. Nachylił się nad nią, balansując na drżących z wycieńczenia dłoniach, wspartych po obu stronach jej głowy.
- Zabiłbym dla Ciebie.- Mruknął, ani na moment nie odwracając wzroku od jej jasnych oczu.- Umarłbym dla Ciebie. Przecież wiesz o tym. Ale… są chwile, gdy tak kurewnie Cię nienawidzę Lorraine.
Świat nie był właściwy. Świat był okrutny, niesprawiedliwy, brutalny.
Przeklęte miejsce, gdzie dzieci wyrywano matkom, gdzie krzywdzono małe dziewczynki, gdzie odbierano niedojrzałym chłopcom wszelkie marzenia. W tym świecie nie było miejsca na rzeczy szlachetne czy piękne. Nie, kiedy oboje dopatrywali się sztuki w bluźnierczych aktach.
Powstrzymał chęć cofnięcia się pod jej gorącym dotykiem, choć ciało zdawało się nie reagować na bliskość; zbyt zmęczone po nocy, która zostawiła na jego szyi barwne sińce, a na umyśle kolejne blizny, by móc rzeczywiście cieszyć się mieszanką czarnej magii i jej odzwierzęcej natury. Bo czym były wiły jak nie pierwotnymi tworami Bogów?
To pożądanie sięgało dalej - w odmęty podświadomości, dusząc prostackie fizyczne potrzeby. Podczas gdy Bogini należała do ludu - Lorraine Malfoy dziś należała tylko do niego. Nie do świata. Nie do pieprzonego Orfeusza. Do niego.
Tymczasem… Wynosił ją na ołtarze, a ta kurwa chciała tylko brać. I brać.
Była teraz bardziej do niej podobna niż kiedykolwiek wcześniej. Gdyby przymknął oczy mógłby nawet uwierzyć, że ma przed sobą słodką Calanthe. Z jej lśniącymi włosami opadającymi na smukłe ramiona. Z bladą szyją przyzdobioną w ten pierdolony naszyjnik od Desmonda. Zsunął dłoń z jej twarzy na szyję, muskając skórę pół-wili z chorobliwą wręcz ostrożnością. Jakby obawiał się, że rozsypie się w marny proch, tak jak czyniła to setki razy na jego własnym płótnie.
Czynisz mnie najnieszczęśliwszym malarzem w całym królestwie bożym.- Szeptał wówczas do martwego portretu.- Twoje ramiona były niczym ruchome piaski. Twoje pocałunki były śmiercią. Niechaj imię Delilah będzie wiecznym przekleństwem na ustach mężczyzn.
Ale teraz, teraz pozwolił jej mówić, złakniony spaczonego, kobiecego głosu jak ślepy, porzucony w Katakumbach szczur. Mogła deklamować Szekspira, a nie zwróciłby uwagi czy jest mu Ofelią, Lady Makbet czy Desdemoną. Zatem wsłuchiwał się w jej słowa jak w najpiękniejszą modlitwę, gdy odsłaniała tajemnice wiary. Te, które sam Kowen uznawał za zbyt niebezpieczne. Słowa za które wyklęto by ich oboje.
Nie było nic boskiego w aktach odstawianych przez tych zamaskowanych głupców.
Umierali jak każdy jeden, a słodka Matka nie rozróżniała ich trucheł od trucheł mugoli.
Bluźnierstwo.- Chciał odpowiedzieć. Przekonać, że w życiu nie zwątpił w nauki.
Chciał osunąć się przed nią na kolana, objąć rozpaczliwie, wpleść w palce w materiał jej koszuli nocnej. Klękał tak jak go nauczono, tylko przed obliczem bóstw. A skoro te wybrały za swoje naczynie tą drobną, pogrzebaną za życia istotę - taka była ich wola.
Ale kara przyszła szybciej niż zdążył ugiąć się w pokorze i błagać o przebaczenie. Ból był czysto fizyczny. Niespodziewany. Zdusił w sobie przekleństwo. Jedno. Potem kolejne, gdy szarpnęła go za ramię, wczepiając się w nie jak sęp nad truchłem.
Zepsuty. Zdeprawowany…- Słuchał jej w głębokim milczeniu, gdy z każdym kolejnym oskarżeniem niszczyła ten święty posąg, który zbudował w swoim umyśle młody artysta. Niewdzięczny. Zdemoralizowany. Aż wreszcie opadły ostatnie kawałki marmuru pozostawiając Lorraine taką jaką była naprawdę.
Z szat obnażoną brudną dziwką z Nokturnu.
Zacisnął zęby, odsuwając od niej twarz na tyle na ile zdołał.
Zemdliło go.
Ale skoro jeszcze nie wił się pod ciężarem zaklęcia… skoro jeszcze nie pchała się z łapskami do jego mózgu, aby go rozszarpać na strzępy… Nie miała różdżki.
Niewiele to zmieniło - bo on też nie. Tylko, że czasy, gdy miała nad nim jakąkolwiek fizyczną przewagę dawno minęły. Nienawidził jej o tym przypominać. Brzydził się sobą za każdym razem, gdy musiał się uciekać do tej żałosnej, prymitywnej brutalności.
Szarpnął się.
Nie na tyle by uwolnić lewą rękę z harpich szponów, ale na tyle, by prawą… nacisnąć klamkę u drzwi. Drzwi, o które oboje się opierali. Ustąpiły pod ich ciężarem z lekkością, sprawiając, że oboje runęli na ziemię. Jego ciało zalała kolejna fala bólu, gdy uderzył z tępym hukiem o podłogę. Ale nie miał czasu upewnić się, że nic się jej nie stało. Ta sekunda szoku i dezorientacji była jedyną, w której miał szansę zdobyć jakąkolwiek przewagę.
- Dość.- Warknął, przekręcając się na bok. Zrzucił ją z siebie jak krnąbrnego, upierdliwego kota, któremu nikt dawno nie przyciął pazurków. W niemal panicznym akcie zacisnął palce prawej ręki na nadgarstkach czarownicy, przyszpilając jej ręce do podłogi nad głową. Z niemą satysfakcją wsłuchiwał się w trzask kości blondynki. Chyba bark. Nieważne. Każda jedna grała symfonię bólu i upokorzenia.
Wyszarpnął spod materiału pośmiertnego całunu swoją lewą rękę, z pogardą obnażając fakt, który zdawał mu się być oczywisty - jego skóry nie szpecił żaden tatuaż. Blade przedramię upstrzone było drobnymi znamionami, siniakami nieznanego pochodzenia i nieregularnymi bliznami po przeróżnych urazach, których nie dał sobie opatrzeć przez magomedyka. Najświeższa - z początku lata - ciągnęła się przez całe wnętrze dłoni. Czerwone sznyty po jej paznokciach przywodziły na myśl pociągnięcia pędzla niewprawnego artysty. Zbyt losowe by uznać je za przypływ geniuszu.
- Powściągnij język.- Szepnął, a w szepcie owym ukrył całą swoją złość, która sięgać zdawała się dalej niż krótkiej przepychanki sprzed kilku chwil. Ta złość, to poczucie niesprawiedliwości, gdy uciszyła go jak kundla na łańcuchu tliło się w sercu młodego Malfoy'a od wieczoru elfów i wróżek. Zniewaga, o której nie wspomniał nawet Orfeuszowi, choć zdawać by się mogło, że spowiadał się jej ojcu częściej niż Bogom.
- Uważaj mnie za potwora.- Westchnął. Każda jedna komórka w ciele kazała mu skończyć; wycofać się. Krzywdzenie jej było sprzeczne z naturą.- Jebie mnie to. Ale przysięgam Ci. Następnym razem, gdy zaczniesz do mnie pluć jadem, gdy chociaż pomyślisz, że dołączyłem do tej bandy spierdolonych tchórzy i krypto-szlamojebców, pamiętaj jedno, o słodka Delilah… - Zacisnął brutalnie palce lewej dłoni na jej podbródku, wbijając brudne od farb, paznokcie w jej skórę. Gdyby próbowała uciec spojrzeniem był gotów ją brutalnie zmusić do powrotu. Na ziemię. Do niego. -Ja. Też. Jestem. Malfoyem. I nie potrzebuję aprobaty typa znikąd. Nie potrzebuję ssać mu chuja, żeby zrobić z Tobą co mi się podoba. Wepchnąć w odmęty koszmarów i wspomnień i patrzeć jak pochłania cię szaleństwo. Połamać ci palce i zmusić do grania Saint-Saënsa minuta po minucie. Godzina po godzinie. Aż padniesz z wycieńczenia. - Głos dotychczas przesycony gniewem, teraz uderzył w inne, znacznie bardziej niebezpieczne tony, chorą fascynacją i słodyczą głęboko skrywanych żądz.- Och Delilah. Może i jestem zepsuty.- Puścił nareszcie jej nadgarstki, nie dając sobie prawa spojrzeć czy wykwitły na nich siniaki. Zamiast tego przesunął dłoń niżej, z czułością sunąc palcami wzdłuż ręki czarownicy.- niewdzięczny.- I znów. Wrócił ból, gdy Baldwin docisnął mocniej prawą rękę do jej ramienia, czując jak naruszony bark czarownicy chrupie mu pod palcami.- podły.- Jeszcze mocniej. Odrobinę. Niech cierpi. Niech będzie tak szkaradna na zewnątrz jak jest w przegnitej duszy. Pierdolona biała dama w kiecce z lumpeksu Armii Zbawienia.- okrutny.- Głośny trzask kości.- Ale nie kurwię się w imię wyższych idei.
Nawet w tej pozycji, gdy dzieliła ich od siebie cienka warstwa jej koszuli nocnej i prześcieradła, w które był zaplątany, magia zdołała prześlizgnąć się między ich ciałami tą nieznośną iskrą. Nachylił się nad nią, balansując na drżących z wycieńczenia dłoniach, wspartych po obu stronach jej głowy.
- Zabiłbym dla Ciebie.- Mruknął, ani na moment nie odwracając wzroku od jej jasnych oczu.- Umarłbym dla Ciebie. Przecież wiesz o tym. Ale… są chwile, gdy tak kurewnie Cię nienawidzę Lorraine.