17.10.2024, 17:43 ✶
Roselyn machnęła ręką. Pewnie w normalnych okolicznościach najeżyłaby się jak kotka, gdy tylko złapał ją za słówko, ale teraz... Teraz, gdy w jej żyłach płynął alkohol, a oczy powoli robiły się kurewsko czerwone, emocje zostały skutecznie przytłumione. Ruchy Greengrassówny zrobiły się zadziwiająco szybko miękkie i płynne, tak jakby jej jaźń została przeniesiona na miękki obłoczek, na którym postanowiła ułożyć się do snu.
- I kto to mówi, hm? Mistrz ciętej riposty, Król Pyskówek. Powinni cię nazwać Pyskówka, wiesz? - parsknęła śmiechem, chociaż wcale nie powinna, bo to co mówiła było szczere. Ambroise zawsze pyskował, zawsze kłapał tym dziobem jak pojebany i trafiał swoimi słowami idealnie w sam środek tarczy. Gdyby tylko chciał, mógłby rozwalić każdego przeciwnika na same słowa, gdyby tylko był pewny, że nikt mu nie przyjebie za to, co gada. - Mulciberowie... Ostatnio cośtam głośno o nich było, chyba się rehabilitują? Ale ja nie wiem, mylą mi się dni. Mało sypiam ostatnio.
Roselyn poczuła, że zapada się. Zapada w miękki fotel, rozpływa się na nim jak plama oleju. Powoli, ale metodycznie. Gdy wspomniał o dwóch wilkach w sobie, które walczą o to, który chciałby mieć pierwszeństwo w gadaniu i robieniu, kiwnęła głową. Znała ten stan, też miała je w sobie. A może miała ich nawet ze trzy? Zachichotała, wyobrażając sobie brata z wielkim, puchatym ogonem, sterczącym z tyłka.
- Wiesz, śmiesznie byś wyglądał z psimi uszami i ogonem - powiedziała, lecz jakoś tak powoli. Jej głos osłabł, a gniew całkowicie się rozpłyną pod wpływem mieszanki alkoholu i zioła. - Nie mogłabym zdradzić nikogo.
Powiedziała nadzwyczaj szczerze, wydymając usta w zamyśleniu. Bo jak można było kogoś zdradzić, gdy się nie było w żadnym związku? Ona w ogóle miała gdzieś facetów, była samowystarczalna w tej materii. Kobiety też jej nie interesowały. Interesowała ją nauka. Czy miała jakiś popęd seksualny? Oczywiście, jak większość osób, ale jej niechęć do związków była zbyt silna, by mogła go tak po prostu pokonać.
- Jeżeli się boisz, że wrócę z brzuchem, to cię uspokoję, Roise. Nadal jestem dziewicą - pewnie gdyby nie była pijana i zjarana, to nigdy nie zwierzyłaby się z tego małego sekreciku. Na pewno nie jemu, bo co mu do tego było.
Roselyn ześliznęła się miękko z fotela i odstawiła szklankę. Bezczelnie usiadła obok brata i wtuliła się w niego jak mała dziewczynka, a przecież zarzekała się, że nie jest małą dziewczynką. Cała ta rozmowa, wszystkie te oskarżenia, pyskówki, krzyki i łzy - wszystko to rozmyło się w oparach psychodelicznych ziół, zmieszanych z ich perfumami.
- A pobiłeś kogoś? Nie? No to widzisz - wymruczała zaczepnie. Nie pamiętała czy dał komuś w mordę, chociaż znając jego charakter - pewnie to zrobił. Ulokowała się wygodniej w jego ramionach, tak jak kiedyś, gdy byli faktycznie dziećmi. Dawno się do niego nie przytulała, ale teraz... Teraz po prostu tego potrzebowała. Po tym wszystkim co mu powiedziała, co on powiedział jej - po tym wszystkim co sobą zaprezentowała i co on zaprezentował, potrzebowała restartu. - Wezmę to na klatę, a jak przyjdzie mi pływać w gównie, to wezmę takie zatyczki do nosa.
Zachichotała znowu, pierdoląc kompletnie od czapy.
- Kocham cię, Ambroise. Jesteś wrzodem na dupie, ale jesteś moim bratem. Zawsze będę cię kochać, wiesz? Nawet jak mam ochotę cię udusić - zaszczebiotała rozmarzonym, słodkim głosem. - Czasem mnie wkurwiasz, ale jesteś moim drugim jedynym przyjacielem, wiesz?