17.10.2024, 18:03 ✶
Rodolphus nie wydawał się być zażenowany tym spotkaniem. Zupełnie tak, jakby nic się nie stało. Obiecał mu przecież, że nie będzie robił nic, co mogłoby go wprawić w dyskomfort, prawda? A można było o Rodolphusie powiedzieć naprawdę wiele, ale nie to, że łamał dane obietnice. Gdy drzwi się otworzyły, a w nich stanął Charles, kącik jego ust uniósł się nieznacznie. Wszedł do środka, mimowolnie rozglądając po się wnętrzu. Jeżeli chodziło o ułożenie rzeczy, to miał doskonałą pamięć, więc nawet po wielu tygodniach gdy bracia Mulciber wprowadzą tu swoje zmiany, będzie w stanie przywrócić je do pierwotnego stanu. Poza tym miał teraz na głowie coś zupełnie innego niż rozważania na temat ciała i psychiki Charlesa czy wystroju mieszkania.
Kwiatek.
Cholerny badyl, który wprowadził tyle chaosu do jego życia. Wiedział, że tak będzie, chociaż podejrzewał że kwiat po prostu uschnie - zdechnie z jego winy, bo w pewnym momencie odsunie skrzaty od wizyt w swoim mieszkaniu. A tu, cóż, przelanie, mimo instrukcji. Westchnął mimowolnie, gdy jego szare oczy spoczęły na sansewerii, prezentującej sobą obraz nędzy i rozpaczy.
- Umarł wam tu ktoś? - zapytał, zerkając na Mulcibera z uniesioną brwią. Zapach, który wyczuł gdy tylko przekroczył drzwi mieszkania, był... Cholernie smutny dla jego nosa. I żołądka. Co oni tu, kurde, robili? Jeżeli chcieli trzymać trupy w szafie, to mogli zapytać, udostępniłby im laboratorium albo wynajął piwnicę. - Nie musisz przepraszać, ten chwast był skazany na zagładę prędzej czy później. Pech chciał, że stało się to prędzej.
Powiedział, kładąc dłoń na jego ramieniu, jakby chciał dodać mu otuchy. Wyglądał jednak na odrobinę bardziej spiętego, niż zazwyczaj. A na pewno na bardziej spiętego niż gdy się widzieli ostatnim razem. Jednak tak, jak obiecał, nie wykonał żadnego ruchu, który mógłby sprawić, że Charles poczuje się nieswojo w jego obecności - zabrał dłoń i podszedł do kwiata, by go obejrzeć. Być może dotknąć. Chciał sprawdzić, w jakim stanie są jego liście, bo nie miał zamiaru teraz grzebać w ziemi. W końcu Alexander załatwił kogoś, kto to zrobi za nich.
Kwiatek.
Cholerny badyl, który wprowadził tyle chaosu do jego życia. Wiedział, że tak będzie, chociaż podejrzewał że kwiat po prostu uschnie - zdechnie z jego winy, bo w pewnym momencie odsunie skrzaty od wizyt w swoim mieszkaniu. A tu, cóż, przelanie, mimo instrukcji. Westchnął mimowolnie, gdy jego szare oczy spoczęły na sansewerii, prezentującej sobą obraz nędzy i rozpaczy.
- Umarł wam tu ktoś? - zapytał, zerkając na Mulcibera z uniesioną brwią. Zapach, który wyczuł gdy tylko przekroczył drzwi mieszkania, był... Cholernie smutny dla jego nosa. I żołądka. Co oni tu, kurde, robili? Jeżeli chcieli trzymać trupy w szafie, to mogli zapytać, udostępniłby im laboratorium albo wynajął piwnicę. - Nie musisz przepraszać, ten chwast był skazany na zagładę prędzej czy później. Pech chciał, że stało się to prędzej.
Powiedział, kładąc dłoń na jego ramieniu, jakby chciał dodać mu otuchy. Wyglądał jednak na odrobinę bardziej spiętego, niż zazwyczaj. A na pewno na bardziej spiętego niż gdy się widzieli ostatnim razem. Jednak tak, jak obiecał, nie wykonał żadnego ruchu, który mógłby sprawić, że Charles poczuje się nieswojo w jego obecności - zabrał dłoń i podszedł do kwiata, by go obejrzeć. Być może dotknąć. Chciał sprawdzić, w jakim stanie są jego liście, bo nie miał zamiaru teraz grzebać w ziemi. W końcu Alexander załatwił kogoś, kto to zrobi za nich.