19.01.2023, 20:28 ✶
Trudno było jej powiedzieć do kogo ten wampir w ogóle mówi. Założyła, że do niej, bo to ona go zagadała, więc dla czego miałaby pomyśleć, że jednak do Sauriela? A skoro do niej – to jej się to nie podobało. Typ sobie wiele pozwalał, choć podobno był tylko *przyjacielem rodziny*. Victoria wiedziała, że będzie misiała się nad tym pochylić… Prędzej czy później będzie to dotyczyć również ją.
Na chwilę zerknie… To dobrze. Szkoda jednak, że nie będą tam mogli pójść razem. Tak… symbolicznie. By jednak spędzić w tym dniu trochę czasu razem i życzyć sobie czegoś miłego na przyszłość. Chciałaby. Choćby dlatego, że faktycznie się dzisiaj zaręczyli, a pomimo tego – ona czuła się w pewien sposób samotna. Przecież nie tak powinien wyglądać ten dzień – w ogóle zaręczyn, a nie wspominając już o zaręczynach w Beltane. I czuła się trochę winna – znowu. Że jej praca pokrzyżowała plany. Gdyby tylko wiedziała… Ale nie wiedziała. Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy powiedział o tych kajdankach.
- Wystarczy tylko słowo – szepnęła do niego, lekko tylko się nachylając, ale zaraz wróciła skupieniem do swojego talerza, w którym pogrzebała widelcem i z westchnięciem wcisnęła sobie kawałek mięsa do buzi.
Wyjątkowo pechowo trafiło. Ze wszystkich dni… akurat dzisiaj i to padło akurat na nią. Mogła odmówić, oczywiście. Może nawet powinna… Powinna ten dzień poświęcić sobie. Swojej przyszłej rodzinie. Jednak zamiast tego miała jakieś niejasne poczucie, że mimo wszystko dobrze, gdyby poszła. Bo może się przydać. Ona też czuła nosem tę burzę, powietrze pachniało wtedy inaczej, ozonem. A ta cisza była… zastanawiajaca.
Victoria zmarszczyła brwi, kiedy próbowała skojarzyć o czym mówi Sauriel. Nie o znajomym – tę część pamiętała doskonale, tylko tę o knajpie. Pokątna, świeci się jak… To nie ta różowa kawiarnia? Co u licha robił tam Sauriel? To chyba nie przez tę poduszeczkę, którą mu podarowała…?
- Pamiętam. Pamiętam jak o nim mówiłeś. Fergus, tak? Tylko nie sądziłam, że gustujesz w różowych kawiarenkach – nie bardzo rozumiała co go tam zagnało. Bo chyba nie pączki? Przecież mówił, że od jedzenia chce mu się rzygać. - Nigdy tam nie byłam – dodała też zaraz, bo kojarzyć to jedno. Ale bywać…? Jakoś…Niebyłookazji. - Szkoda, choć z tego co mówiłeś, to wywnioskowałam, że ma talent – no bo… Naprawiać zepsute różdżki przecież nie było tak łatwo. Nie było takich czarów, które mogłyby w tym pomóc – albo ona takich nie znała. Więc szkoda, że jego talent nie schodził się razem z jego marzeniami.
Na chwilę zerknie… To dobrze. Szkoda jednak, że nie będą tam mogli pójść razem. Tak… symbolicznie. By jednak spędzić w tym dniu trochę czasu razem i życzyć sobie czegoś miłego na przyszłość. Chciałaby. Choćby dlatego, że faktycznie się dzisiaj zaręczyli, a pomimo tego – ona czuła się w pewien sposób samotna. Przecież nie tak powinien wyglądać ten dzień – w ogóle zaręczyn, a nie wspominając już o zaręczynach w Beltane. I czuła się trochę winna – znowu. Że jej praca pokrzyżowała plany. Gdyby tylko wiedziała… Ale nie wiedziała. Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy powiedział o tych kajdankach.
- Wystarczy tylko słowo – szepnęła do niego, lekko tylko się nachylając, ale zaraz wróciła skupieniem do swojego talerza, w którym pogrzebała widelcem i z westchnięciem wcisnęła sobie kawałek mięsa do buzi.
Wyjątkowo pechowo trafiło. Ze wszystkich dni… akurat dzisiaj i to padło akurat na nią. Mogła odmówić, oczywiście. Może nawet powinna… Powinna ten dzień poświęcić sobie. Swojej przyszłej rodzinie. Jednak zamiast tego miała jakieś niejasne poczucie, że mimo wszystko dobrze, gdyby poszła. Bo może się przydać. Ona też czuła nosem tę burzę, powietrze pachniało wtedy inaczej, ozonem. A ta cisza była… zastanawiajaca.
Victoria zmarszczyła brwi, kiedy próbowała skojarzyć o czym mówi Sauriel. Nie o znajomym – tę część pamiętała doskonale, tylko tę o knajpie. Pokątna, świeci się jak… To nie ta różowa kawiarnia? Co u licha robił tam Sauriel? To chyba nie przez tę poduszeczkę, którą mu podarowała…?
- Pamiętam. Pamiętam jak o nim mówiłeś. Fergus, tak? Tylko nie sądziłam, że gustujesz w różowych kawiarenkach – nie bardzo rozumiała co go tam zagnało. Bo chyba nie pączki? Przecież mówił, że od jedzenia chce mu się rzygać. - Nigdy tam nie byłam – dodała też zaraz, bo kojarzyć to jedno. Ale bywać…? Jakoś…Niebyłookazji. - Szkoda, choć z tego co mówiłeś, to wywnioskowałam, że ma talent – no bo… Naprawiać zepsute różdżki przecież nie było tak łatwo. Nie było takich czarów, które mogłyby w tym pomóc – albo ona takich nie znała. Więc szkoda, że jego talent nie schodził się razem z jego marzeniami.