18.10.2024, 00:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.10.2024, 13:31 przez Faye Travers.)
30 sierpnia 1972
To nie był dzień pełni. To nie był nawet dzień tuż przed pełnią, jednak Faye czuła, że coś było nie tak. Księżyc wydawał się większy i jaśniejszy niż zwykle, ale przecież nie było pełni. Mimo to Traversówna czuła się bardzo nieswojo tego dnia. Postanowiła więc nie opuszczać Doliny Godryka i kręcić się w pobliżu swojego mieszkania, tak na wszelki wypadek. Ba, nie wychodziła z niego przez większość czasu, ale żołądek nie sługa - to ona była jego sługą, tak samo jak była sługą księżyca. W domu skończyło się mięso, a ona nie mogła żyć bez mięsa. Z ciężkim westchnięciem i serią niewybrednych komentarzy na temat swojego zjebaństwa kasztanowowłosa wciągnęła na gołe stopy skarpetki. Cieszyła się, że powoli zaczynała się jesień: czerwiec był dla niej zdecydowanie zbyt ciepły. Ona w ogóle nie przepadała za latem, bo było jej za gorąco. Urodzona i wychowana w Szkocji bardzo nie lubiła tych wyjątkowo gorących dni, kiedy to mieszkańcy Anglii ruszali tłumnie nad wodę.
Ona bała się wody - co nie oznaczało, że się nie myła. Myła, ale nie przepadała za wodą otwarta. Nienawidziła jezior, wszystkim od zawsze tłumaczyła, że taka woda stojąca to siedlisko bakterii i... I wszystkiego co złe. Z morzem to było jeszcze gorzej: przecież ryby się ruchały w tej wodzie! O-b-r-z-y-d-l-i-w-e. Dlatego gdy wsunęła ciężkie buty, złapała za zaledwie cienką koszulę w kratę i wyszła z mieszkania. Elegancko zamknęła drzwi kluczem, nie kłopotała się nawet braniem różdżki. Miała przy sobie jedynie paczkę fajek, zapalniczkę zippo i pieniądze. W końcu szła tylko na zakupy. Miała kupić coś na kolację, dość późną nawet jak na nią. Księżyc świecił jasno na niebie i powodował w niej niepokój. Na tyle mocny, że musiała przystanąć dwa razy w drodze na rynek. Zerkała co i rusz na niepokojąco dużą, srebrną tarczę. Czuła jak pot perli się na jej czole. Była głodna, ale czy to na pewno był ten sam głód, który wykręcał żołądek i sprawiał, że ślina zbierała się jej pod językiem? Nie...
Nie, to nie było to. Faye poczuła, jak krew szybciej płynie w jej żyłach. Poczuła, jak skóra zaczyna być szorstka, jakby napinała się tak mocno tuż przed pęknięciem. Nie, tylko nie to... to nie był jej czas, była doskonale zaznajomiona z kalendarzem. Przecież pilnowała każdej pełni, każdej jednej cholernej pełni! Pełnia była przecież kilka dni temu! Traversówna zaczęła rosnąć w oczach a jej znoszona, kraciasta koszula pękła. Spodnie zaczęły pękać w szwach, a buty, które i tak dawno powinna wyrzucić, po prostu się rozleciały, gdy jej stopy zaczęły nienaturalnie rosnąć.
Widziała tłum ludzi, poznawała swoich sąsiadów. Patrzyli na nią z przerażeniem a ona nie miała pojęcia, co się dzieje. Nie, nie chciała ich rozszarpać - chciała uciec. Nie... Nie chciała: musiała uciec. To była myśl, której się uczepiła. I chociaż wiedziała, że nie wolno jej wchodzić do Kniei, to nie miała wyjścia. Jeżeli tego nie zrobi, jej głód sprawi, że straci kontrolę. To były resztki świadomości, które sprawiły, że zgięła się w pół tylko po to, by opaść na cztery łapy i zadrzeć wilkołaczy pysk w górę. Z jej gardła wydobył się przerażający, mrożący krew w żyłach skowyt, zanim Faye w postaci bestii nie ruszyła w towarzystwie tumanów kurzu i ziemi, kierując się w stronę lasu. Tego, do którego nie wolno im było wchodzić. Tego, w którym czaiła się groza - i tego, który ją wzywał.