adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
16.08.1972
Znaczna część kryzysów zaczynała się niemal idealnie pośrodku tygodnia roboczego. Tym razem również była to środa, choć cokolwiek postanowiło przerwać im złudny spokój postanowiło zaczekać do późnej nocy - w końcu wszystkie najlepsze historie łączy podobna scenografia:
późna letnia noc pod koniec żniw. Zatarta, zarośnięta, dawno zapomniana droga prowadząca przez zamgloną łąkę na skraj ciemnego lasu. Żółtawy księżyc w pierwszej kwadrze (tylko pełnia byłaby bardziej dramatyczna) częściowo zasnuty chmurami, dający bardzo mało naturalnej poświaty, skazując ich tym samym na blade światła trzymanych różdżek. Tych samych, które warto było mieć w pogotowiu idąc w miejsca znane i zarazem nieznajome, zupełnie inne, obce, wypełnione szeptami mieszającymi się z wstrzymywanymi i powoli wypuszczanymi oddechami. Szelest liści w porywistym wietrze szarpiącym wietrzchołkami dębów, łąkowymi trawami i roślinami. Podmuchy zrywające się nagle, plączące włosy i wdzierające się pod pospiesznie narzucone ubrania. Po czym zamierające w nienaturalny sposób, jakby nigdy ich nie było.
Ostatnie wieczory były trudne, przepełnione bezsennością i nagłą niezrozumiałą czujnością, której niespokojnym podszeptom coś nadchodzi, coś jest nie tak, coś się zmieniło nie mogły zaradzić nawet najmocniejsze eliksiry nasenne. Co prawda nadal próbował się nimi poić, ale nie przynosiły ulgi. Kiedy zasypiał, wcale nie przynosiło mu to ulgi. Wręcz przeciwnie - jawa mieszała się z koszmarami. Wybudzał się wielokrotnie nie wiedząc czy nadal śpi, czy udało mu się umknąć nocnym marom.
Choć czy tak naprawdę dało się od nich uciec? Zaczynał w to wątpić. Brak snu kładł się cieniem na wykonywaniu codziennych obowiązków. Sen nie dawał upragnionego ukojenia. Nieważne, co robił, Ambroise zaczynał czuć się jak chodzący upiór.
Tak też wyglądał tego wieczoru, gdy zew lasu stał się zbyt silny, by można było go ignorować. Tym razem coś go tam wzywało. Wybudziło go z nerwowego, płytkiego półsnu nad książkami w swojej samotni na terenach rodzinnej posiadłości. Sprawiło, że bez wahania narzucił na siebie wierzchnie okrycie, ignorując to, że wcześniej zasnął w ubraniu - teraz wygniecionym pod cienką ciemnozieloną peleryną, która raz na jakiś czas powiewała na szarpiącym nią i cichnącym wietrze.
Jasne, spłowiałe od letniego słońca włosy pozostały w nieładzie. Niedbale zgarnął je w kok z tyłu głowy, który do czasu stanięcia na skraju lasu zdążył niemal całkowicie rozpaść się w długie potargane pasma również targane podmuchami wiatru. Z powodzeniem mógł wyglądać jak potępiona dusza błąkająca się po wrzosowiskach nie od zaledwie pół godziny a od wieków, niepamiętnych czasów.
- To tutaj - odezwał się przerywając ciszę pierwszy raz, odkąd wyruszyli w kierunku, który wydawał się najwłaściwszy, choć było wątpliwe czy właściwy.
Przystając na skraju lasu zlustrował ciemną gęstwinę, po czym zwrócił spojrzenie podkrążonych, pociemniałych zielonych oczu w kierunku pozostałej dwójki, której obecność przyjął bez słowa. Tym razem nie pytał, co tu robili, gdy trafili na siebie tam daleko - gdzie w oddali nadal było widać mętne, przysłonięte mgłą światła bezpiecznego domu.
No, właśnie. Bezpiecznego, ale na jak długo?
Żywił niechętne przekonanie, że dowiedzą się tego nim minie noc.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down