18.10.2024, 10:52 ✶
Wyprawa do Londynu w taką pogodę nie należała do najchętniej podjętych decyzji. Choć niebo było czyste i bezchmurne, nie musieli chodzić w siarczystym deszczu, który padał jeszcze poprzedniej nocy to przez wilgoć w powietrzu i żar nieprzerwanie przypiekający ich od góry, wypad nie był żadną przyjemnością. Stał się wyłącznie koniecznością planowaną od kilku dni, a więc nie do przełożenia. Nie. Niestety stan zapasów wymagał uzupełnienia a podjęta i podtrzymywana decyzja o tym, żeby nie wychylać się z miejscem, które kupili w celu oderwania się od narastającego chaosu w świecie czarodziejów sprawiała, że zamówienia wysyłkowe nie wchodziły w grę.
Przynajmniej w aptece było całkiem do wytrzymania. Właściciele zadbali o to, by wewnątrz nie było tak gorąco, choć intensywność zapachów i tak wzmogła się przez temperaturę. Kiedy Greengrassowi udało się skompletować większość listy, bardzo mocno czuł na sobie wszystkie typowo apteczne wonie. Wsiąkły w jego ubranie jak niechciane perfumy. Mocno zakręciły mu w nosie, sprawiając, że donośnie kichnął, gdy tylko wyszedł na słońce.
Przysłonił oczy wierzchem dłoni, rozglądając się po bardzo słonecznej (przynajmniej w porównaniu do ciemnego sklepu) alejce, wreszcie napotykając wzrok Geraldine i dołączając do ukochanej w kilku krokach. Instynktownie nachylił się, żeby skraść jej przelotny pocałunek, po czym wyciągnął ku niej ramię.
- Niemalże - odpowiedział po chwili zastanowienia, na szybko przypominając sobie, czy o niczym nie zapomniał. Nie, wszystko było załatwione. - Nie mieli części zamówienia, ale muszą sami zaczekać na informacje od dostawców. To ponoć jakiś powszechny problem z dostępnością. Coś się dzieje na rynku. Muszę się w tym zorientować - uściślił, poprawiając torbę na ramieniu i zakupy trzymane w ręce.
Posłał Geraldine względnie zadowolone spojrzenie w towarzystwie nieznacznego uśmiechu pełnego rozprężenia wynikającego z tego, że udało im się w miarę szybko załatwić wszystko, co mieli do zrobienia. Mogli wrócić do domu. Żar i gwar Londynu wyjątkowo go dzisiaj męczyły. Poza tym planował spędzić co najmniej kilka godzin na dalszym porządkowaniu i uzupełnianiu składziku, ponieważ zakup składników i gotowych substancji nie oznaczał końca procesu. Wręcz przeciwnie - był zaledwie początkiem, ale tym mniej wygodnym.
W domu mógł spróbować skupić się na tym w niemal zupełnej ciszy przerywanej wyłącznie wtedy, kiedy chcieli ze sobą porozmawiać. Niemal całkowite przeniesienie się do wiejskiego nadmorskiego domku na okres tych kilku ciepłych miesięcy było wyśmienitą decyzją. Było tam znacznie spokojniej, przez większość czasu nawet idyllicznie. Przyjemna morska bryza ułatwiała radzenie sobie z wzrastającymi temperaturami a krzyk mew był łatwiejszy do tolerowania niż ludzki harmider, szczególnie kiedy Ambroise zdążył przyzwyczaić się do głosów tamtej okolicy i nie wybijały go z rytmu tak jak na początku.
W dalszym ciągu lubił Londyn z jego nieustannym życiem. Nie miał nic przeciwko wrzawie miasta, ale przestawienie się podczas krótkiego wypadu było znacznie trudniejsze. Szczególnie, że raczej nie planowali zostawać tu na kilka dni, więc miał w głowie myśl o tym, że potrzebowali szybko załatwić wszystkie sprawunki, aby wrócić do Piaskownicy jeszcze przed zmierzchem.
Lubił kontynuować zaczęte porządki tak długo jak to było możliwe, najlepiej kończąc je tego samego dnia. Oznaczało to mniej więcej tyle, że jeśli wróciliby do domu później niż optymistycznie zakładali na podstawie wcześniejszych wypadów, czekałaby go długa noc. Być może udałoby mu się namówić Geraldine do dotrzymywania mu towarzystwa, umilając sobie czas rozmową i delektując się nocną atmosferą, ale zakładał tylko połowiczny sukces. Jeszcze nie zdążył spytać jej o plany na następne dni.
Tak czy inaczej: na ulicy czy w sklepie nie mieli takiej możliwości. Raczej stronił od publicznego rozmawiania o planach, nawet tych całkowicie oficjalnych. Szczególnie tego dnia wydawało mu się, że musi podnosić głos, żeby przebić się przez kakofonię dopływającą do nich z każdej możliwej strony, nawet w uliczce, która zazwyczaj należała do tych spokojniejszych i ustronnych.
Gdyby nie opuścili Londynu dobre kilka tygodni wcześniej, bywając tu wyłącznie zawodowo i z doskoku na zakupy nie do zrobienia nigdzie indziej, być może Greengrass łatwiej skojarzyłby datę z planowanym wydarzeniem. Od jakiegoś czasu dość intensywnie plotkowano w Mungu o tym temacie, więc Ambroise nie był całkiem nieświadomy tego, że coś musiało wreszcie się stać. Po prostu nie skupił się tym na tyle, żeby spamiętać, co, jak i kiedy. W innym wypadku zapewne odłożyliby wypad na jakiś inny dzień.
- Ja też - stwierdził, niechętnie kiwając głową na informację o tym, że potrzebowali podejść jeszcze w jedno miejsce. - Jak mus to mus. Załatwmy to szybko i wracajmy do domu - powiedział na głos coś, co niechybnie oboje myśleli, dając się pociągnąć w kierunku głównej ulicy.
W jednej chwili rozwiały się wszystkie wątpliwości, skąd dochodziło największe poruszenie i czym było wywołane. Dosłownie w przeciągu sekundy nieoczekiwanie znaleźli się pośrodku skandującego tłumu, gęsto przemierzającego Pokątną z kolorowymi transparentami i różdżkami przyłożonymi do strun głosowych, żeby wzmacniać wykrzykiwane hasła, co przynosiło zupełnie odwrotny skutek. Wszystkie słowa zlewały się w najbardziej nieprzyjemny dla uszu kociokwik jaki mógł z tego powstać.
Ambroise potrzebował dosłownie moment, aby puścić Geraldine, przesuwając zakupy do przodu i chwytając ją za rękę, a jednak ktoś zdążył tracić go przynajmniej pięć czy sześć razy. No cóż. Przynajmniej, kiedy niemal dostał transparentem po głowie od jakiejś niskiej, buntowniczo wyglądającej kobiety, udało mu się zorientować w przyczynie całej manifestacji.
- Charłaki - rzucił do Geraldine, starając się ku niej nachylić, żeby nie musieć krzyczeć, bo ktoś najpewniej mógłby mu coś wtedy zarzucić.
Tłum wyglądał naprawdę wściekle. Rozlewał się jak wartka rzeka. Trudno było nie ruszyć się z rwącym nurtem, choć chwilowo udawało im się nie poddać i nie dać pociągnąć dalej. Musieli znaleźć możliwość wycofania się, ale droga do apteki została już odcięta.
Przynajmniej w aptece było całkiem do wytrzymania. Właściciele zadbali o to, by wewnątrz nie było tak gorąco, choć intensywność zapachów i tak wzmogła się przez temperaturę. Kiedy Greengrassowi udało się skompletować większość listy, bardzo mocno czuł na sobie wszystkie typowo apteczne wonie. Wsiąkły w jego ubranie jak niechciane perfumy. Mocno zakręciły mu w nosie, sprawiając, że donośnie kichnął, gdy tylko wyszedł na słońce.
Przysłonił oczy wierzchem dłoni, rozglądając się po bardzo słonecznej (przynajmniej w porównaniu do ciemnego sklepu) alejce, wreszcie napotykając wzrok Geraldine i dołączając do ukochanej w kilku krokach. Instynktownie nachylił się, żeby skraść jej przelotny pocałunek, po czym wyciągnął ku niej ramię.
- Niemalże - odpowiedział po chwili zastanowienia, na szybko przypominając sobie, czy o niczym nie zapomniał. Nie, wszystko było załatwione. - Nie mieli części zamówienia, ale muszą sami zaczekać na informacje od dostawców. To ponoć jakiś powszechny problem z dostępnością. Coś się dzieje na rynku. Muszę się w tym zorientować - uściślił, poprawiając torbę na ramieniu i zakupy trzymane w ręce.
Posłał Geraldine względnie zadowolone spojrzenie w towarzystwie nieznacznego uśmiechu pełnego rozprężenia wynikającego z tego, że udało im się w miarę szybko załatwić wszystko, co mieli do zrobienia. Mogli wrócić do domu. Żar i gwar Londynu wyjątkowo go dzisiaj męczyły. Poza tym planował spędzić co najmniej kilka godzin na dalszym porządkowaniu i uzupełnianiu składziku, ponieważ zakup składników i gotowych substancji nie oznaczał końca procesu. Wręcz przeciwnie - był zaledwie początkiem, ale tym mniej wygodnym.
W domu mógł spróbować skupić się na tym w niemal zupełnej ciszy przerywanej wyłącznie wtedy, kiedy chcieli ze sobą porozmawiać. Niemal całkowite przeniesienie się do wiejskiego nadmorskiego domku na okres tych kilku ciepłych miesięcy było wyśmienitą decyzją. Było tam znacznie spokojniej, przez większość czasu nawet idyllicznie. Przyjemna morska bryza ułatwiała radzenie sobie z wzrastającymi temperaturami a krzyk mew był łatwiejszy do tolerowania niż ludzki harmider, szczególnie kiedy Ambroise zdążył przyzwyczaić się do głosów tamtej okolicy i nie wybijały go z rytmu tak jak na początku.
W dalszym ciągu lubił Londyn z jego nieustannym życiem. Nie miał nic przeciwko wrzawie miasta, ale przestawienie się podczas krótkiego wypadu było znacznie trudniejsze. Szczególnie, że raczej nie planowali zostawać tu na kilka dni, więc miał w głowie myśl o tym, że potrzebowali szybko załatwić wszystkie sprawunki, aby wrócić do Piaskownicy jeszcze przed zmierzchem.
Lubił kontynuować zaczęte porządki tak długo jak to było możliwe, najlepiej kończąc je tego samego dnia. Oznaczało to mniej więcej tyle, że jeśli wróciliby do domu później niż optymistycznie zakładali na podstawie wcześniejszych wypadów, czekałaby go długa noc. Być może udałoby mu się namówić Geraldine do dotrzymywania mu towarzystwa, umilając sobie czas rozmową i delektując się nocną atmosferą, ale zakładał tylko połowiczny sukces. Jeszcze nie zdążył spytać jej o plany na następne dni.
Tak czy inaczej: na ulicy czy w sklepie nie mieli takiej możliwości. Raczej stronił od publicznego rozmawiania o planach, nawet tych całkowicie oficjalnych. Szczególnie tego dnia wydawało mu się, że musi podnosić głos, żeby przebić się przez kakofonię dopływającą do nich z każdej możliwej strony, nawet w uliczce, która zazwyczaj należała do tych spokojniejszych i ustronnych.
Gdyby nie opuścili Londynu dobre kilka tygodni wcześniej, bywając tu wyłącznie zawodowo i z doskoku na zakupy nie do zrobienia nigdzie indziej, być może Greengrass łatwiej skojarzyłby datę z planowanym wydarzeniem. Od jakiegoś czasu dość intensywnie plotkowano w Mungu o tym temacie, więc Ambroise nie był całkiem nieświadomy tego, że coś musiało wreszcie się stać. Po prostu nie skupił się tym na tyle, żeby spamiętać, co, jak i kiedy. W innym wypadku zapewne odłożyliby wypad na jakiś inny dzień.
- Ja też - stwierdził, niechętnie kiwając głową na informację o tym, że potrzebowali podejść jeszcze w jedno miejsce. - Jak mus to mus. Załatwmy to szybko i wracajmy do domu - powiedział na głos coś, co niechybnie oboje myśleli, dając się pociągnąć w kierunku głównej ulicy.
W jednej chwili rozwiały się wszystkie wątpliwości, skąd dochodziło największe poruszenie i czym było wywołane. Dosłownie w przeciągu sekundy nieoczekiwanie znaleźli się pośrodku skandującego tłumu, gęsto przemierzającego Pokątną z kolorowymi transparentami i różdżkami przyłożonymi do strun głosowych, żeby wzmacniać wykrzykiwane hasła, co przynosiło zupełnie odwrotny skutek. Wszystkie słowa zlewały się w najbardziej nieprzyjemny dla uszu kociokwik jaki mógł z tego powstać.
Ambroise potrzebował dosłownie moment, aby puścić Geraldine, przesuwając zakupy do przodu i chwytając ją za rękę, a jednak ktoś zdążył tracić go przynajmniej pięć czy sześć razy. No cóż. Przynajmniej, kiedy niemal dostał transparentem po głowie od jakiejś niskiej, buntowniczo wyglądającej kobiety, udało mu się zorientować w przyczynie całej manifestacji.
- Charłaki - rzucił do Geraldine, starając się ku niej nachylić, żeby nie musieć krzyczeć, bo ktoś najpewniej mógłby mu coś wtedy zarzucić.
Tłum wyglądał naprawdę wściekle. Rozlewał się jak wartka rzeka. Trudno było nie ruszyć się z rwącym nurtem, choć chwilowo udawało im się nie poddać i nie dać pociągnąć dalej. Musieli znaleźć możliwość wycofania się, ale droga do apteki została już odcięta.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down