18.10.2024, 11:16 ✶
Było coś ekscytującego w przesuwaniu granic i obserwowaniu jak ludzie się o nie potykają. Czy czasem zarobił przez to sierpowym w pysk? Absolutnie. Ryzyko związane z wolnością ducha i myśli - takie, które gotów był ponieść, skoro dawało mu to czego pragnął najbardziej.
Zastrzyk adrenaliny w tym pożal się bogowie, nudnym jak flaki wybebeszonej żaby świecie.
Przez krótką chwilę pozwolił sobie spojrzeć na Scarlett niemal rozanielony. Ludzie reagowali na Rozalindę różnie - z reguły odtrącali ją z czystym, nieukrywanym obrzydzeniem; grozili, że ją rozszarpią jak szkodnika, którym była; abo odsuwali się w panice. Ale już dawno nie spotkał kogoś kto spojrzałby na jego księżniczkę z taką czułością.
Nawet kiedy wyglądała o wiele znośniej niż teraz, ślepa znajda budziła w ludziach tylko najgorsze instynkty. W pewnym sensie nie różnił się jakoś znacząco od Lindy.
Wyrzutek społeczny.
Zdeprawowany gnojek.
Otrząsnął się z nieprzyjemnych myśli, o wiele chętniej słuchając jak dziewczyna tkliwi nad jego szczurzycą niż podszeptów własnej podświadomości.
Propozycja wspólnego drinka była rzucona ot tak, gdyby Scarlett zechciała jednak skorzystać z okazji i uciec. Była już bezpieczna, typ przed którym uciekała dawno zniknął.
Ale… zgodziła się.
To było ciekawe. Nietypowe. Grzeczne panienki nie akceptują zaproszenia nieznanych sobie jegomościów do ich własnych domów. Nie zgadzają się pić. Ale z drugiej strony - grzeczne panienki nie rzucają się komuś na szyję, chadzają tylko w towarzystwie przyzwoitek i jak ognia unikają samotnego zapuszczania się w te okolice.
- Uważaj, bo się zakocham.- Kolejny rzucony nonszalancko żart. I nagły wyrzut sumienia - to nie była jego Calanthe. Powinien traktować ją jak wszystkie inne dziewczyny, które miały to nieszczęście przypominać mu w jakiś sposób siostrę. Nie pytać. Zabrać do siebie. Zapewnić im i sobie parę miłych chwil. A potem oddać światu. Niech się rodzice martwią utraconą godnością i tuszowaniem skandalu. Nie jego cyrk nie jego małpki. A jednak… Tym razem poczuł się z tą myślą cholernie źle.
Nie zasługuje na to.- Stwierdził w myślach, pozwalając Scarlett rozczulać się jeszcze przez chwilę nad Rozalindą, która wtuliła się w jego objęcia jeszcze mocniej, nieco niezadowolona, że jakaś obca baba nad nią cmoka, gdy ona, wielka pogromczyni żab, próbuje zażyć zasłużonej drzemki.
- To nie będzie najlepsze whisky w twoim życiu, obawiam się.- Parsknął śmiechem. Wskazał głową kierunek (o dziwo w przeciwną stronę do Nokturnu) z oczywistych powodów nie planując chwytać panny Mulciber za rękę. Może nieszczególnie obawiał się plotkujących starych wiedźm, czy krzywych uśmieszków rzucanych im z okien monitoringu osiedlowego, ale sam był aktualnie uwalony zielonym zakwitem. Dlatego ruszył we wskazaną stronę, dając dziewczynie znak, żeby poszła za nim.- Czeka nas krótki spacerek, więc powiedz mi proszę babygirl, co znaczy to całe mini kjerre. Przeklinasz mnie w jakimś dziwacznym dialekcie?
Zastrzyk adrenaliny w tym pożal się bogowie, nudnym jak flaki wybebeszonej żaby świecie.
Przez krótką chwilę pozwolił sobie spojrzeć na Scarlett niemal rozanielony. Ludzie reagowali na Rozalindę różnie - z reguły odtrącali ją z czystym, nieukrywanym obrzydzeniem; grozili, że ją rozszarpią jak szkodnika, którym była; abo odsuwali się w panice. Ale już dawno nie spotkał kogoś kto spojrzałby na jego księżniczkę z taką czułością.
Nawet kiedy wyglądała o wiele znośniej niż teraz, ślepa znajda budziła w ludziach tylko najgorsze instynkty. W pewnym sensie nie różnił się jakoś znacząco od Lindy.
Wyrzutek społeczny.
Zdeprawowany gnojek.
Otrząsnął się z nieprzyjemnych myśli, o wiele chętniej słuchając jak dziewczyna tkliwi nad jego szczurzycą niż podszeptów własnej podświadomości.
Propozycja wspólnego drinka była rzucona ot tak, gdyby Scarlett zechciała jednak skorzystać z okazji i uciec. Była już bezpieczna, typ przed którym uciekała dawno zniknął.
Ale… zgodziła się.
To było ciekawe. Nietypowe. Grzeczne panienki nie akceptują zaproszenia nieznanych sobie jegomościów do ich własnych domów. Nie zgadzają się pić. Ale z drugiej strony - grzeczne panienki nie rzucają się komuś na szyję, chadzają tylko w towarzystwie przyzwoitek i jak ognia unikają samotnego zapuszczania się w te okolice.
- Uważaj, bo się zakocham.- Kolejny rzucony nonszalancko żart. I nagły wyrzut sumienia - to nie była jego Calanthe. Powinien traktować ją jak wszystkie inne dziewczyny, które miały to nieszczęście przypominać mu w jakiś sposób siostrę. Nie pytać. Zabrać do siebie. Zapewnić im i sobie parę miłych chwil. A potem oddać światu. Niech się rodzice martwią utraconą godnością i tuszowaniem skandalu. Nie jego cyrk nie jego małpki. A jednak… Tym razem poczuł się z tą myślą cholernie źle.
Nie zasługuje na to.- Stwierdził w myślach, pozwalając Scarlett rozczulać się jeszcze przez chwilę nad Rozalindą, która wtuliła się w jego objęcia jeszcze mocniej, nieco niezadowolona, że jakaś obca baba nad nią cmoka, gdy ona, wielka pogromczyni żab, próbuje zażyć zasłużonej drzemki.
- To nie będzie najlepsze whisky w twoim życiu, obawiam się.- Parsknął śmiechem. Wskazał głową kierunek (o dziwo w przeciwną stronę do Nokturnu) z oczywistych powodów nie planując chwytać panny Mulciber za rękę. Może nieszczególnie obawiał się plotkujących starych wiedźm, czy krzywych uśmieszków rzucanych im z okien monitoringu osiedlowego, ale sam był aktualnie uwalony zielonym zakwitem. Dlatego ruszył we wskazaną stronę, dając dziewczynie znak, żeby poszła za nim.- Czeka nas krótki spacerek, więc powiedz mi proszę babygirl, co znaczy to całe mini kjerre. Przeklinasz mnie w jakimś dziwacznym dialekcie?
Koniec sesji
Przejście na Aleję Horyzontalną -> [tutaj będzie link]