18.10.2024, 14:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.10.2024, 14:47 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Tak. To, co powiedziała Geraldine sprawiło, że przez moment zmarszczył brwi zastanawiając się nad przyczynami tej sytuacji.
- Na dniach postaram się zasięgnąć języka - stwierdził całkiem poważnie, całe szczęście nie musząc dodawać nic więcej o tym, skąd miałby czerpać swoje informacje.
Dużo lepiej rozmawiało się o takich sprawach, gdy oboje byli już zaznajomieni ze swoim stylem postępowania. Mimo stosunkowo trudnych początków i kilku nieuniknionych spięć, jakie wywiązały się między nimi na przestrzeni wspólnie spędzonych lat, nieodmiennie starał się być z Geraldine szczery. Jego nieoficjalna ścieżka zawodowa niosła wiele ryzyka, ale miała również znaczne benefity, które nie tylko równoważyły trudności, lecz w pewnym momentach pozwalały unikać znacznie gorszych problemów.
Zazwyczaj bardzo wcześnie docierały do niego różne informacje. Niektóre sprawdzone i potwierdzone. Inne nieoficjalne i ostatecznie nieprawdziwe lub tyczące się sytuacji udaremnionych przez coś lub kogoś. Czasami Ministerstwo wykazywało się nagłym przypływem odwagi i sprytu, całkiem skutecznie wtrącając się w coś, co w innym wypadku mogłoby się skończyć różnie. Nigdy nie było całkowitej pewności, ale Ambroise cenił sobie wiedzę dotyczącą sytuacji po obu stronach tworzących się barykad, nawet jeśli po żadnej się nie opowiadał.
To, o czym mówiła Geraldine mogło mieć związek z wieloma zmianami. Bywało w przeszłości, że rynek odnotowywał braki magazynowe, momenty stagnacji lub wręcz przeciwnie - bardzo dużego popytu i niedostatecznej podaży. Żyli w coraz dziwniejszych czasach. Nie należało panikować z powodu chwilowego zamieszania i kilku luźnych przesłanek do niepokoju. To mogło nie być nic takiego. Natomiast wciąż zamierzał rozpuścić wici. Szczególnie po tym, co powiedziała i co usłyszał w aptece.
Przezorny był zawsze ubezpieczony a przez lata Greengrass nauczył się nie ignorować intuicji, która teraz mówiła mu, że kroiło się coś większego niż zazwyczaj. Tym bardziej, jeżeli jego kobieta również wyrażała choć lekką niepewność i powątpiewanie w to, na co być może szykowali się co poniektórzy bardziej wpływowi gracze. Jej przeczucie także było dla niego istotne, szczególnie że oboje i tak podejmowali większe ryzyko niż większość znanych im czarodziejów.
Jeśli coś się kroiło, nic nie powstrzymywało ich od przygotowania się na wiele okoliczności. Być może podjęcia decyzji o spędzeniu jeszcze kilku jesiennych miesięcy w domku na uboczu, nadal biorąc udział w londyńskim życiu, ale mając możliwość zniknięcia w razie potrzeby. To, że nie wychylali się ze swoim zakupem mogło mieć bardziej znaczące korzyści niż myśleli, gdy podejmowali decyzję o zachowaniu tego dla siebie.
Poza tym przez ten czas zdążył po prostu polubić błogi odpoczynek od gwaru, zamieszania, ciągłych prób kontaktu, usiłowań wywierania wpływu na jego decyzje i wciskania mu zleceń, których nie chciał, bo był pod ręką. Mogąc odciąć się od tego wszystkiego, podejmował bardziej świadome, mniej pochopne decyzje. Może tego nie dostrzegał, ale zrobił się dojrzalszy, spokojniejszy i przy tym naprawdę znacznie bardziej szczęśliwy, choć niekoniecznie łagodny i ugodowy. Taki najprawdopodobniej nie miał być, szczególnie wobec ludzi, którzy mu podpadali, bo we wspólnym życiu zdecydowanie zmienił się na lepsze. Nawet lubił tę swoją bardziej wyciszoną, tolerancyjną wersję.
- Ja, ty, koc, kolacja, ognista i perseidy na plaży? - Posłał jej jednoznacznie pełne aprobaty spojrzenie, kiwając głową. - Nie musisz mi dwa razy powtarzać - oczywistością było, że wobec tego muszą jak najszybciej domknąć sprawy w Londynie, żeby móc odpowiednio wcześnie wrócić do domu i zdążyć wyrobić się ze wszystkim do wieczora.
Tym bardziej, że wobec tego wypadało również zahaczyć po drodze o sklep spożywczy, zaopatrując się również w coś nadającego się na tego typu kolację. Obiad planował zrobić niemal jednocześnie z nastawieniem jednego z bardziej potrzebnych eliksirów, których uwarzenia nie powinien odwlekać o kilka dni. Całą resztę mógł dogodnie rozłożyć w czasie. Nie było aż tak źle z ich zapasami, żeby nie mogli sobie pozwolić na spędzenie przyjemnych chwil na plaży. Szczególnie po tak gorącym, wyczerpującym dniu w gwarze i hałasie to była naprawdę kusząca propozycja. Najchętniej od razu wyruszyłby w drogę powrotną, ale rozumiał konieczność zakupu odpowiednich środków do miotły. Wbrew pozorom, choć sam raczej stronił już od latania, czerpał sporą satysfakcję z oglądania nowinek technicznych miotlarskiego świata i możliwości wypowiedzenia się co nieco na ten temat. Zresztą nieodmiennie subskrybował kilka miesięczników związanych z tematem przysyłanych mu do mieszkania w Londynie. Śledził także wszystkie wieści odnośnie Quidditcha, raz na jakiś czas popadając w bardziej nostalgiczny nastrój w związku z tym.
Prawdopodobnie powinien przeznaczyć choć chwilę z tego czasu na poważniejsze śledzenie informacji. Rzeczywiście bywał częściej w Londynie od swojej dziewczyny. Był dość dobrze poinformowany o sytuacji, ale musiał z rozdrażnieniem przyznać, że popieprzył dni. Kilka gdzieś mu uciekło, być może coś się zmieniło a on od poprzedniej środy nie był jeszcze ani na dyżurze, ani nie załatwiał swoich lewych spraw. Odcięcie się od magicznego świata i znajdowanie spokoju na uboczu miało swoje konsekwencje. Chyba pierwszy raz aż takie, bo wkopali się w sam środek demonstracji, która błyskawicznie przestała być pokojowa.
- Chcą więcej praw. Ministerstwo nie słucha postulatów - rzucił do Geraldine, starając się nie okazywać swojego niezbyt wspierającego podejścia do tematu, które w tym momencie stawało się wręcz bardzo negatywnie nacechowane.
Nie miał nic do charłaków - naprawdę. W tym momencie nawet grama szacunku, szczególnie w chwili, w której niemal ponownie dostał w brodę transparentem. Całe szczęście uchylając się przed nim i tylko obijając się o jakiegoś niskiego czarodzieja w spiczastej czapce, którą stracił mu przypadkiem z głowy, zbierając wściekłą salwę wyzwisk, gdy kapelusz został zadeptany przez napierającą falę ludzi, która na szczęście poniosła również delikwenta. Coraz ciężej było opierać się ruchowi tłumu.
- Mhm. Widzę - tym razem już niemal musiał do niej odkrzyknąć, jednocześnie odruchowo przyciągając Geraldine do siebie za rękę, kiedy ktoś niemal w nich wszedł.
Szczęście w nieszczęściu udało mu się zrobić to dostatecznie szybko, żeby uniknąć wytrącenia mu jej dłoni z uścisku palców. Przyciągnął ją do siebie może trochę zbyt gwałtownie, przez co oboje się zakołysali a torba z zakupami obiła się zarówno o jego nogi jak i o bok Geraldine. Na co już nawet niespecjalnie zwrócił uwagę, nie kontrolując stanu buteleczek z półproduktami - niektóre z pewnością pobiły się lub odkorkowały. Nie miał na to czasu, bo zaraz kolejne osoby zaczęły gwałtownie cisnąć się wokół nich, próbując przeć do przodu.
- Dasz radę przepchać się kolanami? - Spytał usiłując przekrzyczeć gwar i głową wskazując na prześwit kilkanaście metrów z przodu po lewej stronie.
Wyglądało na to, że o ile nie mogli utorować sobie drogi w kierunku, w którym planowali iść, o tyle mogli spróbować wydostać się z zamieszania prąc przez chwilę z prądem ludzi a potem przepychając się w bok w kierunku odbicia na Nokturn. Nie było to może najlepsze rozwiązanie, bo to właśnie stamtąd mogli pojawić się kolejni agresorzy, ale pochód protestacyjny zaczynał coraz bardziej przypominać zamieszki. Okoliczne sklepy zamykały z hukiem okiennice, ludzie krzyczeli coraz bardziej agresywne hasła w jedną czy w drugą stronę. Pojawiły się pierwsze przejawy przemocy. To nie było dobre miejsce, aby stać i zastanawiać się nad dalszymi krokami. Ten był najlepszy z najgorszych, szczególnie że wybór mieli raczej ograniczony.
- Będę tuż za tobą - nie planował dać im się wzajemnie zgubić.
Wręcz przeciwnie, cały czas obejmował ją ramionami, puszczając Geraldine wyłącznie po to, żeby dać jej obrócić się do niego tyłem. Wtedy znowu mocno ścisnął ją w talii, popychając dziewczynę do przodu - w jedynym możliwym kierunku.
- Na dniach postaram się zasięgnąć języka - stwierdził całkiem poważnie, całe szczęście nie musząc dodawać nic więcej o tym, skąd miałby czerpać swoje informacje.
Dużo lepiej rozmawiało się o takich sprawach, gdy oboje byli już zaznajomieni ze swoim stylem postępowania. Mimo stosunkowo trudnych początków i kilku nieuniknionych spięć, jakie wywiązały się między nimi na przestrzeni wspólnie spędzonych lat, nieodmiennie starał się być z Geraldine szczery. Jego nieoficjalna ścieżka zawodowa niosła wiele ryzyka, ale miała również znaczne benefity, które nie tylko równoważyły trudności, lecz w pewnym momentach pozwalały unikać znacznie gorszych problemów.
Zazwyczaj bardzo wcześnie docierały do niego różne informacje. Niektóre sprawdzone i potwierdzone. Inne nieoficjalne i ostatecznie nieprawdziwe lub tyczące się sytuacji udaremnionych przez coś lub kogoś. Czasami Ministerstwo wykazywało się nagłym przypływem odwagi i sprytu, całkiem skutecznie wtrącając się w coś, co w innym wypadku mogłoby się skończyć różnie. Nigdy nie było całkowitej pewności, ale Ambroise cenił sobie wiedzę dotyczącą sytuacji po obu stronach tworzących się barykad, nawet jeśli po żadnej się nie opowiadał.
To, o czym mówiła Geraldine mogło mieć związek z wieloma zmianami. Bywało w przeszłości, że rynek odnotowywał braki magazynowe, momenty stagnacji lub wręcz przeciwnie - bardzo dużego popytu i niedostatecznej podaży. Żyli w coraz dziwniejszych czasach. Nie należało panikować z powodu chwilowego zamieszania i kilku luźnych przesłanek do niepokoju. To mogło nie być nic takiego. Natomiast wciąż zamierzał rozpuścić wici. Szczególnie po tym, co powiedziała i co usłyszał w aptece.
Przezorny był zawsze ubezpieczony a przez lata Greengrass nauczył się nie ignorować intuicji, która teraz mówiła mu, że kroiło się coś większego niż zazwyczaj. Tym bardziej, jeżeli jego kobieta również wyrażała choć lekką niepewność i powątpiewanie w to, na co być może szykowali się co poniektórzy bardziej wpływowi gracze. Jej przeczucie także było dla niego istotne, szczególnie że oboje i tak podejmowali większe ryzyko niż większość znanych im czarodziejów.
Jeśli coś się kroiło, nic nie powstrzymywało ich od przygotowania się na wiele okoliczności. Być może podjęcia decyzji o spędzeniu jeszcze kilku jesiennych miesięcy w domku na uboczu, nadal biorąc udział w londyńskim życiu, ale mając możliwość zniknięcia w razie potrzeby. To, że nie wychylali się ze swoim zakupem mogło mieć bardziej znaczące korzyści niż myśleli, gdy podejmowali decyzję o zachowaniu tego dla siebie.
Poza tym przez ten czas zdążył po prostu polubić błogi odpoczynek od gwaru, zamieszania, ciągłych prób kontaktu, usiłowań wywierania wpływu na jego decyzje i wciskania mu zleceń, których nie chciał, bo był pod ręką. Mogąc odciąć się od tego wszystkiego, podejmował bardziej świadome, mniej pochopne decyzje. Może tego nie dostrzegał, ale zrobił się dojrzalszy, spokojniejszy i przy tym naprawdę znacznie bardziej szczęśliwy, choć niekoniecznie łagodny i ugodowy. Taki najprawdopodobniej nie miał być, szczególnie wobec ludzi, którzy mu podpadali, bo we wspólnym życiu zdecydowanie zmienił się na lepsze. Nawet lubił tę swoją bardziej wyciszoną, tolerancyjną wersję.
- Ja, ty, koc, kolacja, ognista i perseidy na plaży? - Posłał jej jednoznacznie pełne aprobaty spojrzenie, kiwając głową. - Nie musisz mi dwa razy powtarzać - oczywistością było, że wobec tego muszą jak najszybciej domknąć sprawy w Londynie, żeby móc odpowiednio wcześnie wrócić do domu i zdążyć wyrobić się ze wszystkim do wieczora.
Tym bardziej, że wobec tego wypadało również zahaczyć po drodze o sklep spożywczy, zaopatrując się również w coś nadającego się na tego typu kolację. Obiad planował zrobić niemal jednocześnie z nastawieniem jednego z bardziej potrzebnych eliksirów, których uwarzenia nie powinien odwlekać o kilka dni. Całą resztę mógł dogodnie rozłożyć w czasie. Nie było aż tak źle z ich zapasami, żeby nie mogli sobie pozwolić na spędzenie przyjemnych chwil na plaży. Szczególnie po tak gorącym, wyczerpującym dniu w gwarze i hałasie to była naprawdę kusząca propozycja. Najchętniej od razu wyruszyłby w drogę powrotną, ale rozumiał konieczność zakupu odpowiednich środków do miotły. Wbrew pozorom, choć sam raczej stronił już od latania, czerpał sporą satysfakcję z oglądania nowinek technicznych miotlarskiego świata i możliwości wypowiedzenia się co nieco na ten temat. Zresztą nieodmiennie subskrybował kilka miesięczników związanych z tematem przysyłanych mu do mieszkania w Londynie. Śledził także wszystkie wieści odnośnie Quidditcha, raz na jakiś czas popadając w bardziej nostalgiczny nastrój w związku z tym.
Prawdopodobnie powinien przeznaczyć choć chwilę z tego czasu na poważniejsze śledzenie informacji. Rzeczywiście bywał częściej w Londynie od swojej dziewczyny. Był dość dobrze poinformowany o sytuacji, ale musiał z rozdrażnieniem przyznać, że popieprzył dni. Kilka gdzieś mu uciekło, być może coś się zmieniło a on od poprzedniej środy nie był jeszcze ani na dyżurze, ani nie załatwiał swoich lewych spraw. Odcięcie się od magicznego świata i znajdowanie spokoju na uboczu miało swoje konsekwencje. Chyba pierwszy raz aż takie, bo wkopali się w sam środek demonstracji, która błyskawicznie przestała być pokojowa.
- Chcą więcej praw. Ministerstwo nie słucha postulatów - rzucił do Geraldine, starając się nie okazywać swojego niezbyt wspierającego podejścia do tematu, które w tym momencie stawało się wręcz bardzo negatywnie nacechowane.
Nie miał nic do charłaków - naprawdę. W tym momencie nawet grama szacunku, szczególnie w chwili, w której niemal ponownie dostał w brodę transparentem. Całe szczęście uchylając się przed nim i tylko obijając się o jakiegoś niskiego czarodzieja w spiczastej czapce, którą stracił mu przypadkiem z głowy, zbierając wściekłą salwę wyzwisk, gdy kapelusz został zadeptany przez napierającą falę ludzi, która na szczęście poniosła również delikwenta. Coraz ciężej było opierać się ruchowi tłumu.
- Mhm. Widzę - tym razem już niemal musiał do niej odkrzyknąć, jednocześnie odruchowo przyciągając Geraldine do siebie za rękę, kiedy ktoś niemal w nich wszedł.
Szczęście w nieszczęściu udało mu się zrobić to dostatecznie szybko, żeby uniknąć wytrącenia mu jej dłoni z uścisku palców. Przyciągnął ją do siebie może trochę zbyt gwałtownie, przez co oboje się zakołysali a torba z zakupami obiła się zarówno o jego nogi jak i o bok Geraldine. Na co już nawet niespecjalnie zwrócił uwagę, nie kontrolując stanu buteleczek z półproduktami - niektóre z pewnością pobiły się lub odkorkowały. Nie miał na to czasu, bo zaraz kolejne osoby zaczęły gwałtownie cisnąć się wokół nich, próbując przeć do przodu.
- Dasz radę przepchać się kolanami? - Spytał usiłując przekrzyczeć gwar i głową wskazując na prześwit kilkanaście metrów z przodu po lewej stronie.
Wyglądało na to, że o ile nie mogli utorować sobie drogi w kierunku, w którym planowali iść, o tyle mogli spróbować wydostać się z zamieszania prąc przez chwilę z prądem ludzi a potem przepychając się w bok w kierunku odbicia na Nokturn. Nie było to może najlepsze rozwiązanie, bo to właśnie stamtąd mogli pojawić się kolejni agresorzy, ale pochód protestacyjny zaczynał coraz bardziej przypominać zamieszki. Okoliczne sklepy zamykały z hukiem okiennice, ludzie krzyczeli coraz bardziej agresywne hasła w jedną czy w drugą stronę. Pojawiły się pierwsze przejawy przemocy. To nie było dobre miejsce, aby stać i zastanawiać się nad dalszymi krokami. Ten był najlepszy z najgorszych, szczególnie że wybór mieli raczej ograniczony.
- Będę tuż za tobą - nie planował dać im się wzajemnie zgubić.
Wręcz przeciwnie, cały czas obejmował ją ramionami, puszczając Geraldine wyłącznie po to, żeby dać jej obrócić się do niego tyłem. Wtedy znowu mocno ścisnął ją w talii, popychając dziewczynę do przodu - w jedynym możliwym kierunku.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down