18.10.2024, 14:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.10.2024, 17:27 przez Anthony Shafiq.)
Drgnął.
Odruch przeszedł po ciele szybciej niż by życzył sobie tego umysł. Nie chodziło o to, że głos Brenny Longbottom był nieprzyjemny. Chodziło o fakt, że była siostrą.
Jego siostrą.
Czego mógł się spodziewać? Dolina Godryka nie była aż tak wielką metropolią, a i świat czarodziei był na tyle hermetyczny, że praktycznie z pewnego pułapu społecznego wpadał na kogoś innego niemal cały czas. Z resztą, to też nie było ich pierwsze spotkanie, ani drugie. Miał szansę obserwować przez te dziesięć? naście lat, jak Longbottomówna dojrzewa, jak kształtuje się jej obycie przy jednoczesnych wyraźnie silnych cechach właściwych jej rodowi.
To było dziwne. To było surrealistyczne móc z nią rozmawiać tu. Dziś. Kilka dni po tym, jak jego serce obumarło.
– Och, proszę wybaczyć... gdy człowiek zbyt mocno myśli o umarłych, czasami zapomina, że żywi wciąż są wokół niego. – Uśmiechnął się łagodnie, poprawiając swoje czarne, okrągłe okularki. Nie chciał pokazywać światu przekrwionych oczu, cieni, które dotknęły pozbawione snu powieki.
– Przyznam, że też nie do końca się spodziewałem swojej obecności tutaj, ale dzisiejszy dzień zdaje się odpowiednim na to, by pamiętać, że wszyscy kiedyś umrzemy. – Odwrócił się od niej znów w stronę konduktu. – Idealne pod rozmyślania w okolicach daty, która niezmiennie przypomina o upływie czasu. – Kciukiem przejechał po łodydze bladolicego, intensywnie pachnącego kwiatu. Poczuł pewną niezręczność, ale nie zajmował się polityką od wczoraj, by nie potrafić tego ograć. – Nikt przecież nie ma dostępu do tej legendarnej peleryny. Z resztą... czy ktoś chciałby ją nosić, skoro odcięłaby go również od życia?
Odruch przeszedł po ciele szybciej niż by życzył sobie tego umysł. Nie chodziło o to, że głos Brenny Longbottom był nieprzyjemny. Chodziło o fakt, że była siostrą.
Jego siostrą.
Czego mógł się spodziewać? Dolina Godryka nie była aż tak wielką metropolią, a i świat czarodziei był na tyle hermetyczny, że praktycznie z pewnego pułapu społecznego wpadał na kogoś innego niemal cały czas. Z resztą, to też nie było ich pierwsze spotkanie, ani drugie. Miał szansę obserwować przez te dziesięć? naście lat, jak Longbottomówna dojrzewa, jak kształtuje się jej obycie przy jednoczesnych wyraźnie silnych cechach właściwych jej rodowi.
To było dziwne. To było surrealistyczne móc z nią rozmawiać tu. Dziś. Kilka dni po tym, jak jego serce obumarło.
– Och, proszę wybaczyć... gdy człowiek zbyt mocno myśli o umarłych, czasami zapomina, że żywi wciąż są wokół niego. – Uśmiechnął się łagodnie, poprawiając swoje czarne, okrągłe okularki. Nie chciał pokazywać światu przekrwionych oczu, cieni, które dotknęły pozbawione snu powieki.
– Przyznam, że też nie do końca się spodziewałem swojej obecności tutaj, ale dzisiejszy dzień zdaje się odpowiednim na to, by pamiętać, że wszyscy kiedyś umrzemy. – Odwrócił się od niej znów w stronę konduktu. – Idealne pod rozmyślania w okolicach daty, która niezmiennie przypomina o upływie czasu. – Kciukiem przejechał po łodydze bladolicego, intensywnie pachnącego kwiatu. Poczuł pewną niezręczność, ale nie zajmował się polityką od wczoraj, by nie potrafić tego ograć. – Nikt przecież nie ma dostępu do tej legendarnej peleryny. Z resztą... czy ktoś chciałby ją nosić, skoro odcięłaby go również od życia?