Kobiecina uśmiechnęła się szeroko na tak płynne przyjęcie przez młodych urzędników jej przydomka. Jej skóra zdawała się nieco jaśnieć od tego, a czujne oczka zyskały na wrażeniu życzliwości i ciepła.
– Hehe, ja już nie praca, Anthony wie co wie. Dziś taniec, kolor, śpiew – odpowiedziała enigmatycznie, tym razem wcale nie posiłkując się wysłużonym słowniczkiem, który zniknął na dnie równie wymiętej parcianej torby.
Po tych słowach odwróciła się na pięcie i potuptała do metra, zupełnie jakby miała już obmyśloną trasę, ona niska kobiecinka w ładnej kwiaciastej sukience, przygarbiona i z zaciekawieniem spoglądająca na świat.
Nie mówiła wiele więcej, ale najwidoczniej ni jak jej nie interesowało imperialistyczne oblicze Londynu. Gdy tylko pojawili się w barwnej dzielnicy artystów, pociągnęła Ritę i Isaaca ku straganom, dopytując co chwila co to? co to? gdy wskazywała na lokalne produkty, zwłaszcza spożywcze.
W pewnym momencie byli nawet w okolicy wietnamskiej knajpki, ale na to pomachała z lekceważeniem ręką i odciągnęła ich z tamtego miejsca, machając przy własnym nosie jakby chciała odgonić natrętną muchę, a kierując się bardziej ku muzyce.
Śmiała się i klaskała, zachwycona tym uniwersalnym językiem, nucąc pod nosem jedną z melodii, którą uliczny zespół o dziwo grał i grał i grał mimo że ludzie się rozchodzili, a sami zainteresowani byli nawet zdziwieni, że znów powtarzają skoczną przygrywkę. I tylko babcia stała i tuptała nóżką do rytmu, z półprzymkniętymi radością powiekami. I jeszcze raz. I jeszcze... Zupełnie jakby byli zaczarowani. A przecież nikt nie wyciągał różdżki, nie wolno było czarować w niemagicznym Londynie...
– Hehe, ja już nie praca, Anthony wie co wie. Dziś taniec, kolor, śpiew – odpowiedziała enigmatycznie, tym razem wcale nie posiłkując się wysłużonym słowniczkiem, który zniknął na dnie równie wymiętej parcianej torby.
Po tych słowach odwróciła się na pięcie i potuptała do metra, zupełnie jakby miała już obmyśloną trasę, ona niska kobiecinka w ładnej kwiaciastej sukience, przygarbiona i z zaciekawieniem spoglądająca na świat.
Nie mówiła wiele więcej, ale najwidoczniej ni jak jej nie interesowało imperialistyczne oblicze Londynu. Gdy tylko pojawili się w barwnej dzielnicy artystów, pociągnęła Ritę i Isaaca ku straganom, dopytując co chwila co to? co to? gdy wskazywała na lokalne produkty, zwłaszcza spożywcze.
W pewnym momencie byli nawet w okolicy wietnamskiej knajpki, ale na to pomachała z lekceważeniem ręką i odciągnęła ich z tamtego miejsca, machając przy własnym nosie jakby chciała odgonić natrętną muchę, a kierując się bardziej ku muzyce.
Śmiała się i klaskała, zachwycona tym uniwersalnym językiem, nucąc pod nosem jedną z melodii, którą uliczny zespół o dziwo grał i grał i grał mimo że ludzie się rozchodzili, a sami zainteresowani byli nawet zdziwieni, że znów powtarzają skoczną przygrywkę. I tylko babcia stała i tuptała nóżką do rytmu, z półprzymkniętymi radością powiekami. I jeszcze raz. I jeszcze... Zupełnie jakby byli zaczarowani. A przecież nikt nie wyciągał różdżki, nie wolno było czarować w niemagicznym Londynie...