18.10.2024, 21:39 ✶
- Charlie…- Zawiesił na moment głos, zupełnie jakby przez dłuższą chwilę miał problem dobrać kolejne słowa. Jak wiele z historii wypadało zdradzić kompletnie obcemu człowiekowi, doskonale wiedząc, że ten… po prostu jej nie zrozumie.
Nie jesteś moim synem. Dźwięczało mu w głowie, a policzek piekł równie mocno co tamtego dnia. Zamrugał parokrotnie.- Moja matka nie chce ze mną rozmawiać. - Wzruszenie ramion było jedyną rzeczą na jaką mógł się zdobyć.- Rodzina ma mnie za degenerata. Portret to jedyne co mam.
Słuchał go.
Słuchał i zapamiętywał każde słowo rzucane przez tego biednego, niedocenionego przez rodową starszyznę chłopaka. Biła od niego tak żarliwa samotność. Emocja, którą miał ochotę spijać z jego słów, wpleść w pejzaż barwą przypominającą ciemne oczy Charlie’go.
W gruncie rzeczy jesteśmy do siebie podobni panie Mulciber.- Chciał powiedzieć, ale powstrzymał się. Po co go dobijać.
- Nie zastanawiaj się nad tym.- Mruknął tylko.- Portrety nie są dla zmarłych. Zmarli są bezpieczni w objęciach Bogini Matki. Ich dusze są wolne od brudu i znoju naszego świata. Dla nich walka się już skończyła. Portrety są dla tych, którzy z ich odejściem pogodzić się nie potrafią.
Mógłby rozwodzić się godzinami o smutnych kochankach pragnących uwiecznić twarze swych przedwcześnie zmarłych oblubienic; o rodzicach popadających w obłęd gdy wpatrywali się w twarze dzieci; dzieciach niepotrafiących rodzicom odejść. Każde jedno płaciło tym co miało najcenniejsze - wspomnieniami, które wplecione w płótna ożywiały je.
Zamiast tego skupił się na niewprawnych ruchach pędzla.
Nie krytykował, nie krzywił się, nawet nie oceniał. Nie drgnął gdy srebrzyste emocje rozlały się po płótnie jak kleks po elementarzu. To w niczym nie przeszkadzało. W sztuce nie istniała prawdziwa doskonałość.
Był tak skoncentowany na wizerunku siostry, że w pierwszej chwili nie dostrzegł nerwowych ruchów Mulcibera. Jego nierównego oddechu. Zbył to wszystko w mgnieniu oka. Z odrętwienia wyrwał go dopiero głos bruneta. Tak niepewny. Nie jestem artystą. powtórzone po raz kolejny tego wieczora.
- Nie zmuszę cię do bycia nim.- Odparł, nawet nie kryjąc rozbawienia. Za gardło go nie trzymał. Nie przyszpilił do ściany. Nie wyciągnął wahadełka, aby odwiedzić wszystkie te przepełnione żalem i samotnością wspomnienia. Przyszedł tu na własne życzenie i na własne życzenie mógł jego mieszkanie opuścić.
Dostrzegł drżenie dłoni i zareagował natychmiast. Wyciągnął jedną rękę z kieszeni i podsunął ją pod palce chłopaka - nie dotykając go. Dając znać, że może puścić pędzel. Czuł iskry magii i emocji na opuszkach.
- Cóż za paskudne uczucia.- Westchnął niezadowolony. Ze wszystkich fiolek, którymi mógł go oczarować, los wybrał im akurat te. - No już. Wystarczy jak na pierwszy raz. Nie przemęczaj się.- Szeptał łagodnie.
Nie jesteś moim synem. Dźwięczało mu w głowie, a policzek piekł równie mocno co tamtego dnia. Zamrugał parokrotnie.- Moja matka nie chce ze mną rozmawiać. - Wzruszenie ramion było jedyną rzeczą na jaką mógł się zdobyć.- Rodzina ma mnie za degenerata. Portret to jedyne co mam.
Słuchał go.
Słuchał i zapamiętywał każde słowo rzucane przez tego biednego, niedocenionego przez rodową starszyznę chłopaka. Biła od niego tak żarliwa samotność. Emocja, którą miał ochotę spijać z jego słów, wpleść w pejzaż barwą przypominającą ciemne oczy Charlie’go.
W gruncie rzeczy jesteśmy do siebie podobni panie Mulciber.- Chciał powiedzieć, ale powstrzymał się. Po co go dobijać.
- Nie zastanawiaj się nad tym.- Mruknął tylko.- Portrety nie są dla zmarłych. Zmarli są bezpieczni w objęciach Bogini Matki. Ich dusze są wolne od brudu i znoju naszego świata. Dla nich walka się już skończyła. Portrety są dla tych, którzy z ich odejściem pogodzić się nie potrafią.
Mógłby rozwodzić się godzinami o smutnych kochankach pragnących uwiecznić twarze swych przedwcześnie zmarłych oblubienic; o rodzicach popadających w obłęd gdy wpatrywali się w twarze dzieci; dzieciach niepotrafiących rodzicom odejść. Każde jedno płaciło tym co miało najcenniejsze - wspomnieniami, które wplecione w płótna ożywiały je.
Zamiast tego skupił się na niewprawnych ruchach pędzla.
Nie krytykował, nie krzywił się, nawet nie oceniał. Nie drgnął gdy srebrzyste emocje rozlały się po płótnie jak kleks po elementarzu. To w niczym nie przeszkadzało. W sztuce nie istniała prawdziwa doskonałość.
Był tak skoncentowany na wizerunku siostry, że w pierwszej chwili nie dostrzegł nerwowych ruchów Mulcibera. Jego nierównego oddechu. Zbył to wszystko w mgnieniu oka. Z odrętwienia wyrwał go dopiero głos bruneta. Tak niepewny. Nie jestem artystą. powtórzone po raz kolejny tego wieczora.
- Nie zmuszę cię do bycia nim.- Odparł, nawet nie kryjąc rozbawienia. Za gardło go nie trzymał. Nie przyszpilił do ściany. Nie wyciągnął wahadełka, aby odwiedzić wszystkie te przepełnione żalem i samotnością wspomnienia. Przyszedł tu na własne życzenie i na własne życzenie mógł jego mieszkanie opuścić.
Dostrzegł drżenie dłoni i zareagował natychmiast. Wyciągnął jedną rękę z kieszeni i podsunął ją pod palce chłopaka - nie dotykając go. Dając znać, że może puścić pędzel. Czuł iskry magii i emocji na opuszkach.
- Cóż za paskudne uczucia.- Westchnął niezadowolony. Ze wszystkich fiolek, którymi mógł go oczarować, los wybrał im akurat te. - No już. Wystarczy jak na pierwszy raz. Nie przemęczaj się.- Szeptał łagodnie.