Chyba ostatnie, czego się spodziewała, to informacji od Thomasa o tym, że w Dolinie Godryka zaginęły koty – a to dość mocno postawiło Guinevere na nogi, która aż mentalnie przebierała nogami, bo jak to tak, koteczki? Chciała pomóc, musiała pomóc! Więc i niedługo trwało namawianie jej do tego, żeby udała się do Doliny Godryka, by towarzyszyć w poszukiwaniach, prawdę mówiąc, to zupełnie nie trzeba było jej namawiać do czegokolwiek, bo sama się do tego rwała i…
Tym sposobem znalazła się, ponownie, w Dolinie Godryka. Nie znała tego miasteczka jakoś dobrze, byłą tu za rzadko, ale zdążyła już zwrócić uwagę, że było to miejsce nadzwyczajnie ściągające do siebie różne przedziwne magiczne zdarzenia. Ale czy zaginione koty miały coś wspólnego z magią? Cóż… Nie przypominała sobie, by w swojej dość bogatej w opowieści głowie, było coś o masowym exodusie kotów z jakiegoś miejsca, a trzeba było przyznać, że coś tu musiało być na rzeczy. Więc może jednak magia? Coś, co powodowało, że wejście do Kniei Godryka było zabronione? Nie umiała powiedzieć. Ale na ile mogła – chciała pomóc.
Uśmiechnęła się tylko czarownicy, której Thomas mówił, żeby się nie martwiła, bo znajdą koteczka i tak dalej. A gdy już byli na zewnątrz karczmy, to odetchnęła głośniej.
– Proszę, bez pani. Aż taka stara nie jestem – roześmiała się w odpowiedzi do Nory. Musiała przyznać, że to ogólnie było niesamowite – bo Nora była drobniutką blondynką, o ponad głowę niższą od Guinevere, a jej brat… był jeszcze wyższy, o kruczoczarnych włosach. To podobieństwo nie było na pierwszy rzut ani trochę widoczne i gdyby nie wiedziała, to chyba by nie uwierzyła… – Guinevere, ale może być Ginny, albo Gwen, albo Gin, obojętnie w sumie – wyciągnęła zresztą do Nory dłoń, by raz jeszcze się z nią przywitać i uśmiechnęła się zachęcająco. Mówiła z wyraźnym akcentem i kolor jej skóry jasno (hehe) wskazywał, że nie mogła pochodzić z Anglii, ale poza tym – mówiła wyraźnie i bez błędów. – Nie za dobrze znam Dolinę, kojarzę tylko cmentarz – a jakże, była prawdziwą wielbicielką cmentarzy, nie ma co – i jakąś polankę przed lasem, nic nadzwyczajnego. Mogę iść gdziekolwiek uważacie, że warto zacząć – dodała, a sama rozejrzała się po okolicy, szukając… czegoś. Czegokolwiek, kota. Zresztą zaraz jej oczy zmieniły się z jasnobrązowych w złote o pionowych źrenicach. Wiedziała, że są wśród mugoli, ale zmienione oczy łatwo było ukryć w razie czego, a tak zdecydowanie lepiej wyłapywała detale, zwłaszcza poruszenie, które można przeoczyć. Najchętniej to zmieniłaby sobie też nos… Ale wolała tego nie robić tutaj, może na uboczu…