19.10.2024, 01:31 ✶
Pojawienie się przeciwników marszu było najpewniej kwestią czasu i nie dało się nic zrobić, żeby uniknąć zetknięcia się dwóch skrajności - popleczników zmian i równości przeciwko zatwardziałym tradycjonalistom. Jednakże dopóki wymieniali oni wyłącznie krzyki i okazjonalnie rzucali w siebie transparentami, dopóty sytuacja nie wyglądała jeszcze aż tak źle. Znacznie gorzej stało się, kiedy w sprawę postanowili wejść znacznie bardziej gniewni, najpewniej żądni rozlewu krwi ludzie.
Znał ich. Nie miał nawet najmniejszych wątpliwości, że ich intencje nie zawierały pokojowych debat i prób rozgonienia tłumu bez włączenia w to znacznie bardziej brutalnej siły. Nawet wspierane przez bardziej progresywnych czarodziejów, charłaki miały coraz bardziej przechlapane, ale to nie była jego walka. Nawet jeśli w tłumie znajdował się ktoś, kogo Ambroise mógł znać i darzyć sympatią, wycofując się z Pokątnej, całkowicie odciął sobie widok na uczestników marszu. Świadomie, bo w tym momencie nie chciał się skupiać na niczym innym niż wyprowadzeniu ich dwojga z coraz bardziej niebezpiecznej sytuacji.
W takich momentach jak ten momentalnie przełączał pstryczek w swojej głowie, skupiając się wyłącznie na niezbędnych zachowaniach. Teraz chciał przede wszystkim dotrzymać danego słowa. Wrócić z Geraldine do domu. Cali i zdrowi. Bezpieczni i tak dalecy od wmieszania się w nieswoją walkę jak to tylko było możliwe. Nawet, jeżeli jego dziewczyna nie chciała kryć się za nim (jakoś nigdy nie wierzył, aby mogła wybrać tę możliwość, choć i tak starał się ją osłonić) i postanowiła zignorować jego wcześniejszy gest, wspierając się na ramionach Ambroisa i wyciągając swoje wnioski.
Wnioski, które sprawiły, że momentalnie jeszcze bardziej się spiął. Travers i spółka to było jedno, ale kolejne nazwisko momentalnie bardzo głośno wybrzmiało mu w uszach.
- Nienawidzę Borginów - przejechał językiem po zębach, krzywiąc się w grymasie pełnym nieskrywanego obrzydzenia i dokładnie tego, o czym teraz syczał: czystej, wręcz zwierzęcej wrogości. - Powinni sczeznąć w swoich zatęchłych komnatach - skomentował zjadliwie, całkowicie niepomny tego drobnego słówka kuzyn, jakie padło z ust Geraldine, ale całkowicie ominęło jego uszy a już tym bardziej świadomość.
Już jakiś czas temu przestał udawać, że może współpracować z tymi ludźmi. Jeszcze w czasach Hogwartu miał z nimi na pieńku, wiążąc z Borginami jedną z paskudniejszych historii z młodości, której nie był w stanie wymazać z pamięci, więc całkiem skutecznie podsycał nią swoje zacietrzewienie. Później zresztą wcale nie było lepiej. To nie tak, że od razu zapałał szczerą niechęcią do wszystkich członków tego rodu. Nie. Potrzebował stosunkowo niewiele czasu, żeby to zrobić, ale z początku kilka razy świadczył dla nich swoje uzdrowicielskie usługi.
Gdyby tak nie było, być może nie napinałby się teraz na samo wspomnienie. Nie pokazywałby górnego rzędu zębów, podwijając górną wargę w grymasie nie do pomylenia z niczym innym jak tylko najczystszym rodzajem agresji. Tłumionej, bo może był porywczy, ale nic mu teraz nie zrobili i nie był idiotą. Natomiast to nie sprawiało, że jego wyraz twarzy był choć trochę łagodniejszy. Bezwiednie zacisnął dłoń w pięść, rzeczywiście rozpoznając tego konkretnego człowieka.
Gardził nim. Nie - nie tylko gardził, pogarda była zbyt litościwym, lekkim określeniem. W przypadku kogokolwiek z tego rodu, nie było mowy o niczym choć trochę zachowawczym lub neutralnym. Jedyną osobą, którą mógł tak naprawdę tolerować była matka jego kobiety. Wpierw ze względu na to, że nie skojarzył jej z tamtymi ludźmi, nie orientując się zbytnio w powiązaniach rodzinnych Gerarda Yaxleya. Później, kiedy pewne fakty wyszły na światło dzienne, wciąż przemógł się i zachował pełną kultury neutralność, aby nie robić im pod górę. To był jedyny moment, w którym musiał przełknąć gorycz dla dobra wspólnej przyszłości. Zrobił to nie bez dużego kosztu, chowając dumę w kieszeń i ignorując niewygodne fakty. Całe szczęście w tym ostatnim miał całkiem szerokie doświadczenie. Z tym, że nigdy nie sądził, że wykorzysta je na coś takiego.
Cóż. Koleje losu bywały przedziwne.
Biorąc kilka głębokich wdechów, przeniósł wzrok na dziewczynę zidentyfikowaną jako Gauntównę, przy czym bardzo powoli kiwnął głową. Nie potrafił rozluźnić mięśni. W dalszym ciągu napinał całe ciało, czując dotyk dłoni Geraldine na ramionach, ale nie strząsając ich już z siebie. Czuł, że łatwiej mu było nad sobą panować, kiedy skupiał się na tym wrażeniu. Jej bliskości i oddechu.
- Zabrał siostrzyczkę? Jak uroczo - sarknął cicho, wydając z siebie dodatkowe pogardliwe parsknięcie zwieńczające wcześniejszą reakcję. - Wszyscy Gauntowie są pierdolnięci. Chów wsobny robi swoje - być może czystokrwiści czarodzieje ogółem nie mieli zbyt wielkiego wyboru i gdyby zagłębić się w co poniektóre drzewa genealogiczne stosunkowo szybko znalazłoby się wiele stycznych punktów, jednak bywały takie rody, które mnożyły się jak zwierzęta zamknięte w stodole podczas chuci.
Całkowicie bez myślenia o konsekwencjach, pragnąc zachować wszystko jeszcze bardziej między bliskimi krewnymi, dopuszczając do siebie znacznie mniej świeżej krwi, z czego wynikały później ewenementy pokroju znanego mu Gaunta czy jego siostry (a może też narzeczonej i kuzynki), o której wspominała Geraldine.
Nie dziwił się specjalnie, że Travers wybrał ich do swojej bandy. Tak właściwie to nie był zaskoczony widokiem żadnej z tych osób. Wszystkie stanowiły zakałę swoich rodów. Jedni bardziej wbrew staraniom reszty członków rodziny, aby pokazać się od nieszkodliwej strony, inni znacznie bardziej w zgodzie z zachowaniem swoich krewniaków.
Nie komentował już tego na głos. Rozluźnił zesztywniałe dłonie tylko po to, żeby spróbować strzepnąć rękę ukochanej ze swojego ramienia, dając jej do zrozumienia, że powinna przestać się wychylać. Tłumek minął ich niemal dokładnie minutę później wraz z rozbłyskiem kilku ochoczo rzuconych zaklęć w oprawie wyzwisk i rechotu.
Ktoś z tłumu charłaków ewidentnie odpowiedział ogniem na ogień - w powietrzu błysnęła Drętwota!, później Aqua Eructo! osadzające się kropelkami również na twarzy Ambroisa. Może protestujący nie byli aż tak bezbronni, włączając w sprawę kilku faktycznych czarodziejów? To nie wyglądało na angaż Ministerstwa. Zgodnie ze słowami Yaxleyówny, na ten naprawdę nie powinni czekać.
- Trzydzieści sekund i spadamy. Zostaw torby, po prostu biegnij w stronę wyjścia z alejki i w prawo na ukos. Nie oglądaj się, nie daj się wciągnąć w ostrzał. Będę tuż za tobą - odezwał się cicho i śmiertelnie poważnie, praktycznie w tej samej chwili zaczynając bezgłośnie odliczać w taki sposób, żeby wyraźnie widziała ruch jego ust.
A gdy doliczył do trzydziestu, niemal bez ostrzeżenia wysunął się do przodu i w bok - w kierunku, w którym wcześniej ruszyli ziomeczkowie Traversa, żeby przepuścić Geraldine, ściskając przy tym wyszarpniętą z kieszeni różdżkę.
Znał ich. Nie miał nawet najmniejszych wątpliwości, że ich intencje nie zawierały pokojowych debat i prób rozgonienia tłumu bez włączenia w to znacznie bardziej brutalnej siły. Nawet wspierane przez bardziej progresywnych czarodziejów, charłaki miały coraz bardziej przechlapane, ale to nie była jego walka. Nawet jeśli w tłumie znajdował się ktoś, kogo Ambroise mógł znać i darzyć sympatią, wycofując się z Pokątnej, całkowicie odciął sobie widok na uczestników marszu. Świadomie, bo w tym momencie nie chciał się skupiać na niczym innym niż wyprowadzeniu ich dwojga z coraz bardziej niebezpiecznej sytuacji.
W takich momentach jak ten momentalnie przełączał pstryczek w swojej głowie, skupiając się wyłącznie na niezbędnych zachowaniach. Teraz chciał przede wszystkim dotrzymać danego słowa. Wrócić z Geraldine do domu. Cali i zdrowi. Bezpieczni i tak dalecy od wmieszania się w nieswoją walkę jak to tylko było możliwe. Nawet, jeżeli jego dziewczyna nie chciała kryć się za nim (jakoś nigdy nie wierzył, aby mogła wybrać tę możliwość, choć i tak starał się ją osłonić) i postanowiła zignorować jego wcześniejszy gest, wspierając się na ramionach Ambroisa i wyciągając swoje wnioski.
Wnioski, które sprawiły, że momentalnie jeszcze bardziej się spiął. Travers i spółka to było jedno, ale kolejne nazwisko momentalnie bardzo głośno wybrzmiało mu w uszach.
- Nienawidzę Borginów - przejechał językiem po zębach, krzywiąc się w grymasie pełnym nieskrywanego obrzydzenia i dokładnie tego, o czym teraz syczał: czystej, wręcz zwierzęcej wrogości. - Powinni sczeznąć w swoich zatęchłych komnatach - skomentował zjadliwie, całkowicie niepomny tego drobnego słówka kuzyn, jakie padło z ust Geraldine, ale całkowicie ominęło jego uszy a już tym bardziej świadomość.
Już jakiś czas temu przestał udawać, że może współpracować z tymi ludźmi. Jeszcze w czasach Hogwartu miał z nimi na pieńku, wiążąc z Borginami jedną z paskudniejszych historii z młodości, której nie był w stanie wymazać z pamięci, więc całkiem skutecznie podsycał nią swoje zacietrzewienie. Później zresztą wcale nie było lepiej. To nie tak, że od razu zapałał szczerą niechęcią do wszystkich członków tego rodu. Nie. Potrzebował stosunkowo niewiele czasu, żeby to zrobić, ale z początku kilka razy świadczył dla nich swoje uzdrowicielskie usługi.
Gdyby tak nie było, być może nie napinałby się teraz na samo wspomnienie. Nie pokazywałby górnego rzędu zębów, podwijając górną wargę w grymasie nie do pomylenia z niczym innym jak tylko najczystszym rodzajem agresji. Tłumionej, bo może był porywczy, ale nic mu teraz nie zrobili i nie był idiotą. Natomiast to nie sprawiało, że jego wyraz twarzy był choć trochę łagodniejszy. Bezwiednie zacisnął dłoń w pięść, rzeczywiście rozpoznając tego konkretnego człowieka.
Gardził nim. Nie - nie tylko gardził, pogarda była zbyt litościwym, lekkim określeniem. W przypadku kogokolwiek z tego rodu, nie było mowy o niczym choć trochę zachowawczym lub neutralnym. Jedyną osobą, którą mógł tak naprawdę tolerować była matka jego kobiety. Wpierw ze względu na to, że nie skojarzył jej z tamtymi ludźmi, nie orientując się zbytnio w powiązaniach rodzinnych Gerarda Yaxleya. Później, kiedy pewne fakty wyszły na światło dzienne, wciąż przemógł się i zachował pełną kultury neutralność, aby nie robić im pod górę. To był jedyny moment, w którym musiał przełknąć gorycz dla dobra wspólnej przyszłości. Zrobił to nie bez dużego kosztu, chowając dumę w kieszeń i ignorując niewygodne fakty. Całe szczęście w tym ostatnim miał całkiem szerokie doświadczenie. Z tym, że nigdy nie sądził, że wykorzysta je na coś takiego.
Cóż. Koleje losu bywały przedziwne.
Biorąc kilka głębokich wdechów, przeniósł wzrok na dziewczynę zidentyfikowaną jako Gauntównę, przy czym bardzo powoli kiwnął głową. Nie potrafił rozluźnić mięśni. W dalszym ciągu napinał całe ciało, czując dotyk dłoni Geraldine na ramionach, ale nie strząsając ich już z siebie. Czuł, że łatwiej mu było nad sobą panować, kiedy skupiał się na tym wrażeniu. Jej bliskości i oddechu.
- Zabrał siostrzyczkę? Jak uroczo - sarknął cicho, wydając z siebie dodatkowe pogardliwe parsknięcie zwieńczające wcześniejszą reakcję. - Wszyscy Gauntowie są pierdolnięci. Chów wsobny robi swoje - być może czystokrwiści czarodzieje ogółem nie mieli zbyt wielkiego wyboru i gdyby zagłębić się w co poniektóre drzewa genealogiczne stosunkowo szybko znalazłoby się wiele stycznych punktów, jednak bywały takie rody, które mnożyły się jak zwierzęta zamknięte w stodole podczas chuci.
Całkowicie bez myślenia o konsekwencjach, pragnąc zachować wszystko jeszcze bardziej między bliskimi krewnymi, dopuszczając do siebie znacznie mniej świeżej krwi, z czego wynikały później ewenementy pokroju znanego mu Gaunta czy jego siostry (a może też narzeczonej i kuzynki), o której wspominała Geraldine.
Nie dziwił się specjalnie, że Travers wybrał ich do swojej bandy. Tak właściwie to nie był zaskoczony widokiem żadnej z tych osób. Wszystkie stanowiły zakałę swoich rodów. Jedni bardziej wbrew staraniom reszty członków rodziny, aby pokazać się od nieszkodliwej strony, inni znacznie bardziej w zgodzie z zachowaniem swoich krewniaków.
Nie komentował już tego na głos. Rozluźnił zesztywniałe dłonie tylko po to, żeby spróbować strzepnąć rękę ukochanej ze swojego ramienia, dając jej do zrozumienia, że powinna przestać się wychylać. Tłumek minął ich niemal dokładnie minutę później wraz z rozbłyskiem kilku ochoczo rzuconych zaklęć w oprawie wyzwisk i rechotu.
Ktoś z tłumu charłaków ewidentnie odpowiedział ogniem na ogień - w powietrzu błysnęła Drętwota!, później Aqua Eructo! osadzające się kropelkami również na twarzy Ambroisa. Może protestujący nie byli aż tak bezbronni, włączając w sprawę kilku faktycznych czarodziejów? To nie wyglądało na angaż Ministerstwa. Zgodnie ze słowami Yaxleyówny, na ten naprawdę nie powinni czekać.
- Trzydzieści sekund i spadamy. Zostaw torby, po prostu biegnij w stronę wyjścia z alejki i w prawo na ukos. Nie oglądaj się, nie daj się wciągnąć w ostrzał. Będę tuż za tobą - odezwał się cicho i śmiertelnie poważnie, praktycznie w tej samej chwili zaczynając bezgłośnie odliczać w taki sposób, żeby wyraźnie widziała ruch jego ust.
A gdy doliczył do trzydziestu, niemal bez ostrzeżenia wysunął się do przodu i w bok - w kierunku, w którym wcześniej ruszyli ziomeczkowie Traversa, żeby przepuścić Geraldine, ściskając przy tym wyszarpniętą z kieszeni różdżkę.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down