19.08.1972
Jeśli ktoś kiedyś myślał, ze praca aurora jest pełna ekscytujących wrażeń, pościgów i wybuchów, wielkim ryzykiem i ciągłym ruchem, to musiał naprawdę nie mieć pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Aurorzy w trzech piątych albo siedzieli na tyłku w Biurze i wypełniali raporty, albo czekali w bezruchu, obserwując przeciwnika, by uderzyć w odpowiednim momencie – jak kiedyś Victoria i Brenna, gdy chyba pół nocy spędziły na dachu jakiegoś budynku, czekając na Znak.
Nie inaczej było dzisiaj, kiedy Victoria siedziała przy jednym ze stołów, z łokciem na blacie i palcami zwiniętymi, opartymi na skroni, lekko przekrzywiona wpatrując się niemalże tępo w okryte całunem ciała rozpostarte na stołach do tego przeznaczonych. Pobieżnie przyglądała się temu, co robiła Lorraine, nie przeszkadzając jej, bo nie zadawała tysiąca pytań z serii „a po co to?”, „a do czego służy?”, „a czy jest to konieczne?”. Może powinna się zainteresować, ale gdyby zobaczyła, że ta kombinuje coś dziwacznego przy tych ciałach… to pewnie by zareagowała. Chociaż… czy dało im się jeszcze zaszkodzić? Wysuszone niemalże na wiór, puste, leciutkie skorupy nie przypominały ludzi, którymi byli jeszcze trzy miesiące temu. Ministerstwo długo je przetrzymało, zabezpieczając odpowiednio, robiąc te swoje… badania. Jakie były wnioski? Na pewno na tyle niewesołe, że Knieja Godryka nadal była zamknięta i nikt nie bardzo wiedział, co z tym fantem zrobić. Zresztą – Victoria widziała to na własne oczy, dziwne widma, które kręciły się nieopodal domu jednej z ofiar, tej, która przeżyła i mogła opowiedzieć swoją historię nieco bardziej jasno, niż te puste łupiny ciał. Łupiny, bo były niczym te orzechy, puste wydmuszki jaj, i równie lekkie. Przedziwne zjawisko.
Czy rodziny tych ludzi faktycznie zaznają spokoju? Może odrobinę. Przynajmniej mieli co pochować, pożegnać się… Dla nich była to tragedia. Dla Victorii i Lorraine była to jednak chyba tylko praca.
Był to też moment, w którym Victoria mogła zwyczajne pomyśleć: o tym, co wydarzyło się w Egipcie, o powrocie i o tym, co zastała w domu niemalże zaraz po tym. Nie, świat wcale nie zamierzał zwolnić, chociaż w ten duszący dzień brakowało tylko tego światła padającego przez okna i bzyczenia much. Zamiast tego pozostawał cień, który trzeba było rozpraszać światłem dalekim od promieni słońca.
– I jak idzie? – mruknęła niemalże zachrypnięta od długotrwałego milczenia. Dwa palce wsunęła we włosy, bawiąc się kosmykami bezwiednie, różdżka leżała tuż obok jej łokcia na blacie, a drugą ręką co i rusz rozprostowywała materiał czarnych spodni będących kompletem do marynarki – bo ubrana była w przepisowy mundur aurora i ciężkie, wiązane buty. Nawet nie zamierzała chować odznaki przypiętej do paska, doskonale wiedząc, że znajdowała się właśnie na Nokturnie, co mogło się wielu ludziom nie podobać.
Nie musiało.
Westchnęła ciszej i lekko przymknęła oczy, a spod półprzymkniętych powiek… wydawało jej się, że materiał na jednym z ciele się poruszył i to wcale nie było to, przy którym kręciła się Lorraine. [/a]Co?
Nie, na pewno nie zasypiała, miała problem nawet we własnym domu, a co dopiero w pracy, nawet jeśli była żmudna, nudna i monotonna. Chyba że w powietrzu było rozpylone coś… Kadzidło? Czy miało ją otumanić?
Ale te rozmyślania przerwało kolejne drgnięcie materiału, które dostrzegła wpatrzona w nie jak sroka w gnat.
To sprawiło, że Victoria przestała opierać głowę na dłoni, zapomniała też o wygładzaniu materiału, bo jej ręka automatycznie wystrzeliła do różdżki, by ją pewnie złapać. Krzesło szurnęło, gdy wstała, wciąż wpatrzona w całun.
– Próbujesz mnie naćpać kadzidłem i mam zwidy, czy to ciało się rusza? – cóż, naćpanie aurora na służbie mogło się okazać wyjątkowo głupim pomysłem… ale ludzie miewali je różne. A Victorii trudno było teraz wybrać, którą opcję by wolała.