19.10.2024, 11:11 ✶
Czy Baldwin zdawał sobie sprawę, że z każdym kolejnym ruchem przesuwa niewidzialną granicę? Absolutnie nie. Robił to żyjąc w błogiej nieświadomości targających chłopakiem emocji. A jednak ten błysk paniki na twarzy Desmonda był czymś co łagodnie połechtało mu ego. Przeniósł odruchowo wzrok na nóż, obserwując jak kuzynowi bieleją knykcie.
Dźgnąłbyś mnie? Byłbyś w stanie?
To była interesująca myśl. Czerwona jucha brudząca cały ten herbaciany podwieczorek. Kapiąca na zastawę, rozcieńczając skryty w filiżankach rum. Słodka groźba skryta pod kruchym lodem kurtuazji i doskonałego wychowania.
- Wyjątkowe.- Skomentował krótko kwestię ciasta. Ciasta, herbatki, fikuśne małe przekąski…To wszystko było tylko miłym wspomnieniem rzeczy, które musiał poświęcić. Kiedy jeszcze świat był dużo prostszy. Rosnąca gula w gardle skutecznie obrzydziła mu wzięcie kolejnego kęsa. Sam z tego zrezygnował w imię rzeczy większych i ważniejszych, nie miał prawa tęsknić za czymś tak trywialnym jak deserki.
- Nie zanoś go nigdzie.
- Obiecuję.- Odparł, dusząc w sobie parsknięcie śmiechem. Widelczykiem machnął gdzieś na wysokości swojego serca, robiąc nim krzyżyk w powietrzu. Obietnica, którą planował złamać natychmiast po wyjściu od kuzyna.
Lorraine och słodka Lorraine. Przecież zasługiwała na wszystko co najlepsze prawda? Ich piękna, czysta, biała dama. Cuchnąca eliksirami konserwującymi, Nokturnem i czarną magią, która lepiła się do niej jak muszki do zgnilizny. Uniósł kąciki ust - nie było chwili, gdy Lorraine byłaby piękniejsza. Ale nie odezwał się ani słowem, wpychając gdzieś w odmęty podświadomości fantazję o otarciu resztek tego gęstego, lepkiego kremu mascarpone ze spękanych, bladych ust czarownicy.
Jeśli istniała jakakolwiek hierarchia, Baldwinowi nie przeszkadzało być na samym jej dnie. Będąc tak daleko od słońca nie istniała obawa, że jego papierowe skrzydła stopi wosk.
W końcu każde jedno musiało popełnić błąd. A wtedy czekało ich odtrącenie - rodzina, w którą tak wierzyli, której służyli całe życie, stanie się ich największym oprawcą.
Spadną. Do niego. Do rodzinnych katakumb, jak ślepe szczury wyczekujące ratunku; lub śmierci - w zależności od tego co okaże się większą łaską. Pozbawieni swoich drogich fatałaszków od Rosierów, dostępu do skrytek bankowych rodziców, milutkiej posady, mieszkań. Tożsamości. Ogołoceni ze wszystkiego co czyniło ich życia jakkolwiek wartościowymi.
- Więcej dla mnie. - Odparł tylko rozbawiony, odkładając wreszcie widelczyk na talerzyk. Dopił herbatę i bez większej krępacji nalał sobie do filiżanki czystego rumu. Skoro już musieli udawać i bawić się w dobrze wychowane panienki, mógł paradować i z filiżanką.
Odchylił się lekko na krześle, pijąc swój alkohol. Powoli. Delektując się każdym kolejnym łykiem. Gdzieś w tak zwanym międzyczasie odłożył widelczyk z powrotem na talerz. Obraz. To było interesujące. To było to, po co w ogóle przyszedł.
W jednym Desmond miał absolutną rację. Baldwin nie oceniał. Nie krytykował. Jego uniesiona brew nie oznacza niczego więcej jak żywą ciekawość, gdy wsłuchiwał się z uwagą w słowa kuzyna, pozwalając obrazom rozkwitać w wyobraźni jak świeży bukiet kwiatów.
- Chcesz ją… zbezcześcić. - Powiedział wreszcie, poświęcając kilka ciągnących się w nieskończoność sekund na dobranie odpowiedniego słowa. Poczuł dreszcz ekscytacji, lekkie świerzbienie w opuszkach palców. Dopił rum. Miłość i nienawiść były niebezpieczną bronią w dłoniach artysty. Zwłaszcza, gdy mieszały się z obsesją. Te same emocje widział w twarzy szepczącego ojcOrfeusza. Podziemne Ścieżki wstrzymywały na moment oddech, pokornie spuszczając wzrok, ale Baldwin obserwował. Turpizm w najczystszej postaci. W tej jednej chwili Desmond był tak do niego podobny, a jednak ten uroczy, dziewiczy rumieniec na policzkach boleśnie przypominał, że kuzyn jeszcze nie jest gotowy, Jeszcze nie utonął w sztuce, by ją w pełni zrozumieć. Bezwiednie podniósł się ze swojego krzesła, niemal zauroczony całym tym obrazkiem.
- Pokaż mi ją.
Dźgnąłbyś mnie? Byłbyś w stanie?
To była interesująca myśl. Czerwona jucha brudząca cały ten herbaciany podwieczorek. Kapiąca na zastawę, rozcieńczając skryty w filiżankach rum. Słodka groźba skryta pod kruchym lodem kurtuazji i doskonałego wychowania.
- Wyjątkowe.- Skomentował krótko kwestię ciasta. Ciasta, herbatki, fikuśne małe przekąski…To wszystko było tylko miłym wspomnieniem rzeczy, które musiał poświęcić. Kiedy jeszcze świat był dużo prostszy. Rosnąca gula w gardle skutecznie obrzydziła mu wzięcie kolejnego kęsa. Sam z tego zrezygnował w imię rzeczy większych i ważniejszych, nie miał prawa tęsknić za czymś tak trywialnym jak deserki.
- Nie zanoś go nigdzie.
- Obiecuję.- Odparł, dusząc w sobie parsknięcie śmiechem. Widelczykiem machnął gdzieś na wysokości swojego serca, robiąc nim krzyżyk w powietrzu. Obietnica, którą planował złamać natychmiast po wyjściu od kuzyna.
Lorraine och słodka Lorraine. Przecież zasługiwała na wszystko co najlepsze prawda? Ich piękna, czysta, biała dama. Cuchnąca eliksirami konserwującymi, Nokturnem i czarną magią, która lepiła się do niej jak muszki do zgnilizny. Uniósł kąciki ust - nie było chwili, gdy Lorraine byłaby piękniejsza. Ale nie odezwał się ani słowem, wpychając gdzieś w odmęty podświadomości fantazję o otarciu resztek tego gęstego, lepkiego kremu mascarpone ze spękanych, bladych ust czarownicy.
Jeśli istniała jakakolwiek hierarchia, Baldwinowi nie przeszkadzało być na samym jej dnie. Będąc tak daleko od słońca nie istniała obawa, że jego papierowe skrzydła stopi wosk.
W końcu każde jedno musiało popełnić błąd. A wtedy czekało ich odtrącenie - rodzina, w którą tak wierzyli, której służyli całe życie, stanie się ich największym oprawcą.
Spadną. Do niego. Do rodzinnych katakumb, jak ślepe szczury wyczekujące ratunku; lub śmierci - w zależności od tego co okaże się większą łaską. Pozbawieni swoich drogich fatałaszków od Rosierów, dostępu do skrytek bankowych rodziców, milutkiej posady, mieszkań. Tożsamości. Ogołoceni ze wszystkiego co czyniło ich życia jakkolwiek wartościowymi.
- Więcej dla mnie. - Odparł tylko rozbawiony, odkładając wreszcie widelczyk na talerzyk. Dopił herbatę i bez większej krępacji nalał sobie do filiżanki czystego rumu. Skoro już musieli udawać i bawić się w dobrze wychowane panienki, mógł paradować i z filiżanką.
Odchylił się lekko na krześle, pijąc swój alkohol. Powoli. Delektując się każdym kolejnym łykiem. Gdzieś w tak zwanym międzyczasie odłożył widelczyk z powrotem na talerz. Obraz. To było interesujące. To było to, po co w ogóle przyszedł.
W jednym Desmond miał absolutną rację. Baldwin nie oceniał. Nie krytykował. Jego uniesiona brew nie oznacza niczego więcej jak żywą ciekawość, gdy wsłuchiwał się z uwagą w słowa kuzyna, pozwalając obrazom rozkwitać w wyobraźni jak świeży bukiet kwiatów.
- Chcesz ją… zbezcześcić. - Powiedział wreszcie, poświęcając kilka ciągnących się w nieskończoność sekund na dobranie odpowiedniego słowa. Poczuł dreszcz ekscytacji, lekkie świerzbienie w opuszkach palców. Dopił rum. Miłość i nienawiść były niebezpieczną bronią w dłoniach artysty. Zwłaszcza, gdy mieszały się z obsesją. Te same emocje widział w twarzy szepczącego ojcOrfeusza. Podziemne Ścieżki wstrzymywały na moment oddech, pokornie spuszczając wzrok, ale Baldwin obserwował. Turpizm w najczystszej postaci. W tej jednej chwili Desmond był tak do niego podobny, a jednak ten uroczy, dziewiczy rumieniec na policzkach boleśnie przypominał, że kuzyn jeszcze nie jest gotowy, Jeszcze nie utonął w sztuce, by ją w pełni zrozumieć. Bezwiednie podniósł się ze swojego krzesła, niemal zauroczony całym tym obrazkiem.
- Pokaż mi ją.