19.10.2024, 16:31 ✶
- Nigdy nie zrozumiem co widzisz w tym ciężkim klocu - stwierdził szczerze, bo choć nie znał się na broniach wykorzystywanych do polowań, gdyby już miał uczyć się korzystania z jakiegoś długodystansowego sprzętu łowieckiego to raczej wybrałby łuk.
Kusza była zbyt mało finezyjna. Za głośna, twarda, ciężka i nieporęczna. Z pewnością mogła zadać mocne obrażenia - to akurat wbrew sobie zdążył poznać na własnej skórze, ale z uwagi na to tym bardziej niechętnie podchodził do ulubionego osprzętu dziewczyny. W swojej pracy wolał wdzięk i precyzję. Przynajmniej tam, gdzie to możliwe, bo jednocześnie nie miał problemu z ubrudzeniem sobie rąk. Mimo to wybrałby coś bardziej wyrafinowanego.
- To tak nie działa - odrzekł gładko, choć nie powstrzymał prychnięcia. - Nie możesz mnie ponownie upolować - raczej nie wątpił w to, co mówi.
Już raz strzeliła mu w tę nieszczęsną nogę, przez co po pewnym czasie przyznał sobie prawo do tego, żeby naprzemiennie nabijać się z jej antytalentu (nigdy nie widział żadnej innej akcji z kuszą, ale ta jedna niechlubna mu wystarczyła) i tego, że próbowała usidlić go w bardzo pierwotny sposób - upolować, opatrzyć i oswoić.
Najwyraźniej ten plan poniekąd zadziałał, bo był tu z nią w lesie. Od niemal roku nie ruszając się zbyt daleko i raczej nie dając do zrozumienia, że planował gdziekolwiek się wybierać. Wręcz przeciwnie. Trwał przy obietnicach i założeniach nawet wtedy, gdy bywało trochę ciężej. Albo kiedy usiłowała grozić mu kuszą. Westchnął pobłażliwie.
- Ugotujesz się w tym - zawyrokował bez większego zastanowienia, wyciągając wolne przedramię w kierunku Geraldine, znacząco zezując w kierunku swojej ręki i jej gustownego, ale niezbyt przewiewnego płaszcza. - Już się zgrzałaś. Nie możesz go całkiem zdjąć, bo jeszcze cię przewieje i się przeziębisz - przez chwilę zastanawiał się nad możliwościami, po czym cofnął wyciągniętą dłoń i wyciągnął ją ponownie, tym razem ze swoim cieńszym płaszczem.
- Masz. Zamienimy się. Poniosę twój - stwierdził, biorąc pod uwagę dwa bardzo istotne fakty: po pierwsze już niósł znaczną większość rzeczy, po drugie bardzo dobrze poznawał koszulę pod rozpiętym okryciem wierzchnim blondynki.
Na ogół nie miał z tym drugim żadnego problemu. Zadziwiająco łatwo przeszedł do porządku dziennego z tym, że nie zawsze udawało mu się włożyć na siebie coś, co planował na ten dzień. Suche pranie znikało zanim zdążył dobrze je przejrzeć. Jednego dnia miał pewność, że coś powinno być w rzeczach poskładanych przez skrzatkę domową wpadającą do Londynu raz czy dwa w tygodniu. Ewentualnie w dużo mniej dogodnie nie składających się samoistnie ubraniach w szafie w Piaskownicy.
Dobrze pamiętał, że zostało wyprane a kiedy grzebał głębiej, znajdowało się w koszu na pranie z nieznaną mu plamą niewiadomego pochodzenia lub przepadało jak kamień w wodę, żeby pojawić się tam za kilka dni - tak, wtedy też nieodmiennie czymś przybrudzone.
Teraz skwitował odkrycie znaczącym spojrzeniem i jeszcze bardziej wymownym chrząknięciem, jednocześnie machając trzymanym ciemnozielonym płaszczem na wymianę. Było przyjemnie, ale chłodniejsze podmuchy wiatru niosły ryzyko przewiania. Szczególnie, że na twarzy Geraldine już widział rozgrzane wypieki nie do pomylenia z podekscytowaniem. W swoim okryciu wierzchnim musiała gotować się jak jajko w koszulce.
Skinął głową na sugestię zmiany kierunku, przy czym na nowo poprawił udźwig wszystkich rzeczy (czy na pewno były aż tak potrzebne?) nie zamierzając protestować przeciwko zejściu z utartej ścieżki. Chodząc po lesie niemal równie zawodowo co Yaxleyówna, raczej też nie zwykł trzymać się ścieżek. Szczególnie takich, które najwidoczniej nie miały zaprowadzić ich w żadne konkretne miejsce. Geraldine miała jakieś plany, ale nie - pokręcił głową na pytanie, czy już go w nie dokładnie włączała.
- Zakładam, że nie grzybów - stwierdził, akurat całkiem wymownie wdeptując w jakąś purchawkę, która strzeliła zarodnikami dookoła buta Greengrassa.
No cóż. Wobec tego czekał na tę przydatną informację, powoli idąc za nią i nie zwalniając tempa, ale wyraźnie oczekując powiedzenia b na wcześniejsze a. Żywił nieznaczne przeczucie, że odpowiedź niespecjalnie mu się spodoba.
Kusza była zbyt mało finezyjna. Za głośna, twarda, ciężka i nieporęczna. Z pewnością mogła zadać mocne obrażenia - to akurat wbrew sobie zdążył poznać na własnej skórze, ale z uwagi na to tym bardziej niechętnie podchodził do ulubionego osprzętu dziewczyny. W swojej pracy wolał wdzięk i precyzję. Przynajmniej tam, gdzie to możliwe, bo jednocześnie nie miał problemu z ubrudzeniem sobie rąk. Mimo to wybrałby coś bardziej wyrafinowanego.
- To tak nie działa - odrzekł gładko, choć nie powstrzymał prychnięcia. - Nie możesz mnie ponownie upolować - raczej nie wątpił w to, co mówi.
Już raz strzeliła mu w tę nieszczęsną nogę, przez co po pewnym czasie przyznał sobie prawo do tego, żeby naprzemiennie nabijać się z jej antytalentu (nigdy nie widział żadnej innej akcji z kuszą, ale ta jedna niechlubna mu wystarczyła) i tego, że próbowała usidlić go w bardzo pierwotny sposób - upolować, opatrzyć i oswoić.
Najwyraźniej ten plan poniekąd zadziałał, bo był tu z nią w lesie. Od niemal roku nie ruszając się zbyt daleko i raczej nie dając do zrozumienia, że planował gdziekolwiek się wybierać. Wręcz przeciwnie. Trwał przy obietnicach i założeniach nawet wtedy, gdy bywało trochę ciężej. Albo kiedy usiłowała grozić mu kuszą. Westchnął pobłażliwie.
- Ugotujesz się w tym - zawyrokował bez większego zastanowienia, wyciągając wolne przedramię w kierunku Geraldine, znacząco zezując w kierunku swojej ręki i jej gustownego, ale niezbyt przewiewnego płaszcza. - Już się zgrzałaś. Nie możesz go całkiem zdjąć, bo jeszcze cię przewieje i się przeziębisz - przez chwilę zastanawiał się nad możliwościami, po czym cofnął wyciągniętą dłoń i wyciągnął ją ponownie, tym razem ze swoim cieńszym płaszczem.
- Masz. Zamienimy się. Poniosę twój - stwierdził, biorąc pod uwagę dwa bardzo istotne fakty: po pierwsze już niósł znaczną większość rzeczy, po drugie bardzo dobrze poznawał koszulę pod rozpiętym okryciem wierzchnim blondynki.
Na ogół nie miał z tym drugim żadnego problemu. Zadziwiająco łatwo przeszedł do porządku dziennego z tym, że nie zawsze udawało mu się włożyć na siebie coś, co planował na ten dzień. Suche pranie znikało zanim zdążył dobrze je przejrzeć. Jednego dnia miał pewność, że coś powinno być w rzeczach poskładanych przez skrzatkę domową wpadającą do Londynu raz czy dwa w tygodniu. Ewentualnie w dużo mniej dogodnie nie składających się samoistnie ubraniach w szafie w Piaskownicy.
Dobrze pamiętał, że zostało wyprane a kiedy grzebał głębiej, znajdowało się w koszu na pranie z nieznaną mu plamą niewiadomego pochodzenia lub przepadało jak kamień w wodę, żeby pojawić się tam za kilka dni - tak, wtedy też nieodmiennie czymś przybrudzone.
Teraz skwitował odkrycie znaczącym spojrzeniem i jeszcze bardziej wymownym chrząknięciem, jednocześnie machając trzymanym ciemnozielonym płaszczem na wymianę. Było przyjemnie, ale chłodniejsze podmuchy wiatru niosły ryzyko przewiania. Szczególnie, że na twarzy Geraldine już widział rozgrzane wypieki nie do pomylenia z podekscytowaniem. W swoim okryciu wierzchnim musiała gotować się jak jajko w koszulce.
Skinął głową na sugestię zmiany kierunku, przy czym na nowo poprawił udźwig wszystkich rzeczy (czy na pewno były aż tak potrzebne?) nie zamierzając protestować przeciwko zejściu z utartej ścieżki. Chodząc po lesie niemal równie zawodowo co Yaxleyówna, raczej też nie zwykł trzymać się ścieżek. Szczególnie takich, które najwidoczniej nie miały zaprowadzić ich w żadne konkretne miejsce. Geraldine miała jakieś plany, ale nie - pokręcił głową na pytanie, czy już go w nie dokładnie włączała.
- Zakładam, że nie grzybów - stwierdził, akurat całkiem wymownie wdeptując w jakąś purchawkę, która strzeliła zarodnikami dookoła buta Greengrassa.
No cóż. Wobec tego czekał na tę przydatną informację, powoli idąc za nią i nie zwalniając tempa, ale wyraźnie oczekując powiedzenia b na wcześniejsze a. Żywił nieznaczne przeczucie, że odpowiedź niespecjalnie mu się spodoba.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down