19.10.2024, 16:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.10.2024, 17:01 przez Oleander Crouch.)
Przyjęcia weselne były nużące. Ludzie pławili się w szczęściu nadchodzącej relacji, którą powinni byli celebrować dużo wcześniej i bez przydługawych rytuałów społecznych czy rejestracji w urzędzie spraw cywilnych; głębokie westchnienie wydostało się spomiędzy warg Oleandra, gry ich stopy dotknęły drewna posadzki.
Mieszkanie było odcięte od brudu i gwaru Londynu. Ozdobione obrazami ściany oraz, teraz zamknięte na cztery spusty, wysokie okna, nadawały mu muzealnego wdzięku. Salon spowity był w całkowitej ciemności, rozjaśniany raz po raz podrygami księżycowych fal wysmykujących się spomiędzy ciężkich chmur.
Pomimo wypicia ponad butelki szampana, jego oczy bacznie śledziły wykwitające, jedna po drugiej emocje na twarzy Desmonda; późnym latem, pąki przemarzniętych kwiatów postanowiły rozwinąć swe korony i nieśmiało przyciągały delikatnością.
'Don't mind being as miserable as you like with me - I have a great turn that way myself', zechciał powiedzieć, aczkolwiek żadna ze strun głosowych nie wydawała się chętna do współpracy. Moze to i lepiej, dodał po chwili w myślach, już wystarczająco dokładnie omówiliśmy wszystkie najsmutniejsze wydarzenia ostatnich czterech miesięcy. Chociaż było to nieprawdą, Oleander chciał okłamać każdy swój zmysł i wyciągnąć z obecnej chwili jak najslodszy nektar, najprzyjemniejszy, aksamitny dotyk bliskości, gładzący utęsknienie.
Słowa Malfoya wyciągnęły go z odmętów własnych myśli, skontrowały wewnętrzny głos chropowatością odrzuconej wraz z ciężką marynarką wełny. Wzruszył ramionami, nie potrafiąc oddzielić od tego gestu charakterystycznej dla siebie filuterności, jaka wykwitła na twarzy błogim, omamionym szampańskimi bąbelkami, uśmiechem.
- Moja osoba opiera się na zmianach, w swojej irracjonalności to one są moim fundamentem - odparł bardziej poważnie, niż zamierzał, orientując się, że niewielki, wręcz błachy żal przyjaciela, poskutkował jego własnymi emocjami wydzierającymi się spod pudrowanej scenicznym różem kotary. Znajome ukłucie dyssatysfakcji własną osobą, wyglądem, podejmowanymi decyzjami zaczęło kiełkować w piersi, ale wyrwał je następnym ruchem, pozwalając marynarce spocząć na oparciu kanapy.
Chłód niebieskich oczu wydawał się topnieć w półmroku pomieszczenia, gdy ciemne deski posadzki rozjaśniła zapalona lampka. Nie był pewien czy fakt, że dogłębnie skupił się na ich odcieniu, czy kolejna wypowiedź tak bardzo nie pasowała do słów zazwyczaj słyszanych od Desmonda, ale w zaskoczeniu, zorientował się, że spiął ramiona; różowy materiał poruszył się mozolnie łaskocząc obojczyki.
- A chciałbyś żebym stał pod ścianą? - przekrzywił odrobinę głowę, pozwalając przyjemnym uczuciom wywołanymi komplementem przykryć podgniłe ciała poprzednich nadziei; wszystkich wcieleń, w których szukał prawdziwości, a uzyskiwał tylko wilgotny przeciąg - Podszedłbyś wtedy do mnie? Zapytał czy chcę zatańczyć? Chociaż nie - gwałtownie i jakby w zatroskaniu urwał swój zakrapiany alkoholem wywód - Spoglądałbyś na mnie z drugiego końca sali. Pławiłbym się w twoim spojrzeniu, chociaż byłoby dookoła dużo ludzi, ta chwila należałaby tylko do nas; nikt inny nie zdawałby sobie sprawy ... - nie dokończył, bo Desmond kontynuował wypowiedź, cytując słowa, które Oleander wolałby wyrzucić z głowy, zatrzasnąć za nimi drzwi i pozwolić sczeznąć w brudach ciemnych uliczek Londynu.
- Nie przestawaj, potrzebuje twojego spojrzenia, chcę widzieć twoje grymasy, nie zależy mi na grzecznościowym uśmiechu, nie chcę tego wszystkiego, co właśnie widzieliśmy dzisiaj na weselu, robi mi się niedobrze od sztuczności i pompatyczności - urwał, widząc, że Desmond podpiera się w upojonej chwiejności o drewno ozdobnego mebla.
- Tak samo jak obrazów, chciałbym doświadczyć twoich pragnień - przysunął się do niego, czując, że dłużej nie będzie w stanie się powstrzymywać. Mocno bijące serce sprawiło, że zazwyczaj idealnie alabastrowe policzki, doświadczyły naturalności czerwieni. Położył mu dłoń na piersi, delikatnie, wręcz drżącym gestem, jakby wcale nie przesuwał palcami po skórze zbyt dużej ilości osób w poszukiwaniu bliskości.
- Pokaż mi, Desmond - w dyskretności nocy, szept wydał się krzykiem. Półmrok pomieszczenia spowijał postacie z obrazów w nokturalną wstęgę kształtów; Lady Godiva Johna Colliera, odważniejszego kolegi Waterhouse'a spuszczała głowę, pozwalając włosom okalać nagie ramiona, a spojrzenie Clytemnestry zawieszone w holu, docierało do najgłębszych zakątków duszy.
Mieszkanie było odcięte od brudu i gwaru Londynu. Ozdobione obrazami ściany oraz, teraz zamknięte na cztery spusty, wysokie okna, nadawały mu muzealnego wdzięku. Salon spowity był w całkowitej ciemności, rozjaśniany raz po raz podrygami księżycowych fal wysmykujących się spomiędzy ciężkich chmur.
Pomimo wypicia ponad butelki szampana, jego oczy bacznie śledziły wykwitające, jedna po drugiej emocje na twarzy Desmonda; późnym latem, pąki przemarzniętych kwiatów postanowiły rozwinąć swe korony i nieśmiało przyciągały delikatnością.
'Don't mind being as miserable as you like with me - I have a great turn that way myself', zechciał powiedzieć, aczkolwiek żadna ze strun głosowych nie wydawała się chętna do współpracy. Moze to i lepiej, dodał po chwili w myślach, już wystarczająco dokładnie omówiliśmy wszystkie najsmutniejsze wydarzenia ostatnich czterech miesięcy. Chociaż było to nieprawdą, Oleander chciał okłamać każdy swój zmysł i wyciągnąć z obecnej chwili jak najslodszy nektar, najprzyjemniejszy, aksamitny dotyk bliskości, gładzący utęsknienie.
Słowa Malfoya wyciągnęły go z odmętów własnych myśli, skontrowały wewnętrzny głos chropowatością odrzuconej wraz z ciężką marynarką wełny. Wzruszył ramionami, nie potrafiąc oddzielić od tego gestu charakterystycznej dla siebie filuterności, jaka wykwitła na twarzy błogim, omamionym szampańskimi bąbelkami, uśmiechem.
- Moja osoba opiera się na zmianach, w swojej irracjonalności to one są moim fundamentem - odparł bardziej poważnie, niż zamierzał, orientując się, że niewielki, wręcz błachy żal przyjaciela, poskutkował jego własnymi emocjami wydzierającymi się spod pudrowanej scenicznym różem kotary. Znajome ukłucie dyssatysfakcji własną osobą, wyglądem, podejmowanymi decyzjami zaczęło kiełkować w piersi, ale wyrwał je następnym ruchem, pozwalając marynarce spocząć na oparciu kanapy.
Chłód niebieskich oczu wydawał się topnieć w półmroku pomieszczenia, gdy ciemne deski posadzki rozjaśniła zapalona lampka. Nie był pewien czy fakt, że dogłębnie skupił się na ich odcieniu, czy kolejna wypowiedź tak bardzo nie pasowała do słów zazwyczaj słyszanych od Desmonda, ale w zaskoczeniu, zorientował się, że spiął ramiona; różowy materiał poruszył się mozolnie łaskocząc obojczyki.
- A chciałbyś żebym stał pod ścianą? - przekrzywił odrobinę głowę, pozwalając przyjemnym uczuciom wywołanymi komplementem przykryć podgniłe ciała poprzednich nadziei; wszystkich wcieleń, w których szukał prawdziwości, a uzyskiwał tylko wilgotny przeciąg - Podszedłbyś wtedy do mnie? Zapytał czy chcę zatańczyć? Chociaż nie - gwałtownie i jakby w zatroskaniu urwał swój zakrapiany alkoholem wywód - Spoglądałbyś na mnie z drugiego końca sali. Pławiłbym się w twoim spojrzeniu, chociaż byłoby dookoła dużo ludzi, ta chwila należałaby tylko do nas; nikt inny nie zdawałby sobie sprawy ... - nie dokończył, bo Desmond kontynuował wypowiedź, cytując słowa, które Oleander wolałby wyrzucić z głowy, zatrzasnąć za nimi drzwi i pozwolić sczeznąć w brudach ciemnych uliczek Londynu.
- Nie przestawaj, potrzebuje twojego spojrzenia, chcę widzieć twoje grymasy, nie zależy mi na grzecznościowym uśmiechu, nie chcę tego wszystkiego, co właśnie widzieliśmy dzisiaj na weselu, robi mi się niedobrze od sztuczności i pompatyczności - urwał, widząc, że Desmond podpiera się w upojonej chwiejności o drewno ozdobnego mebla.
- Tak samo jak obrazów, chciałbym doświadczyć twoich pragnień - przysunął się do niego, czując, że dłużej nie będzie w stanie się powstrzymywać. Mocno bijące serce sprawiło, że zazwyczaj idealnie alabastrowe policzki, doświadczyły naturalności czerwieni. Położył mu dłoń na piersi, delikatnie, wręcz drżącym gestem, jakby wcale nie przesuwał palcami po skórze zbyt dużej ilości osób w poszukiwaniu bliskości.
- Pokaż mi, Desmond - w dyskretności nocy, szept wydał się krzykiem. Półmrok pomieszczenia spowijał postacie z obrazów w nokturalną wstęgę kształtów; Lady Godiva Johna Colliera, odważniejszego kolegi Waterhouse'a spuszczała głowę, pozwalając włosom okalać nagie ramiona, a spojrzenie Clytemnestry zawieszone w holu, docierało do najgłębszych zakątków duszy.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦