20.01.2023, 00:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2023, 02:06 przez Elliott Malfoy.)
Mowę zaczął układać już dzień po śmierci żony, później jedynie wykreślał niepotrzebne wersy, dopisywał te, które pasowały lepiej i zmiękczały brzmienie. W momencie wypowiadania słów odseparował się od nich emocjonalnie, jak tylko mógł, jednocześnie wypowiadając każde słowo tak, jakby miało pęknąć mu serce - potraktował to wystąpienie, jak każde inne. Od jego codziennych różniło się tylko tym, że musiał pokazać po sobie inne emocje i nacechować słowa innymi odczuciami. Przy fragmencie o dobrotliwości Simone miał ochotę się zakrztusić i wypluć wypowiedziane słowo, jakby było najgorszą obelgą. Nie zrobił tego jednak, nie pokazał też, że opis wzbudził w nim odrazę, kontynuował grę, chcąc doprowadzić tę farsę do końca.
Nie mógł jednak zaprzeczyć, że z każdym kolejnym dniem czuł coraz mniej wyrzutów sumienia.
Nie był pewien czy z powodu butelkowania uczuć, co robił jeszcze zanim nauczył się porządnie czytać, czy tak naprawdę odejście Simone było tym, czego podskórnie pragnął. Nie bycie szczerym ze swoim wnętrzem miało, pozornie, wiele plusów. Pozwalało o wiele naturalniej nad sobą panować, nie dawać ponosić się emocjom nazbyt często czy zachować zimną krew, gdy sytuacja tego wymagała. Niestety, po tylu latach braku szczerości na linii umysł - serce komunikacja po prostu zanikała, gubiła się w korytarzach myśli - niektóre z nich gniły w zakamarkach, zapomniane. Elliott nie wiedział i nie potrafil określić w jaki sposób się czuje po odejściu żony. Z jednej strony już conajmniej od roku jej z nim nie było, istniała jedynie jako linijka w kalendarzu, czekająca do odhaczenia czynność. Jej puste, zagubione spojrzenie i drobne, chudnące z miesiąca na miesiąc ciało wydawało się wpasowywać w przygnębiające korytarze i pokoje Lecznicy.
Należało jej się.
Podpowiadał głosik w głowie, gdy Malfoyem zaczynały targać wątpliwości; wracał myślami do swojej reakcji w wieczór śmierci Simone, wypijając zbyt dużą ilość alkoholu i pozwalając każdemu minimetrowi ciała jak i ubrania zmoknąć w wiosennym, angielskim deszczu jakby ten miał zmyć z niego winy za podniesienie ręki na niewinną istotę.
Nie była niewinna.
Wewnętrzna rozmowa toczyła się dalej, a jakakolwiek miał być jej rezultat Elliott wiedział jedno - co się stało, to się nie odstanie, musiał żyć z kolejną tajemnicą, tym razem na własne życzenie. Z drugiej strony, czuł ulgę, gdy myślał o samotnym życiu, nawet jeżeli miał w pojedynkę nosić na barkach odpowiedzialność wychowania Nicholasa. Było wiele rzeczy, nad którymi musiał się zastanowić, ale nie chciał tego robić teraz, nie w momencie śpiewu kapłanki, nie gdy urna z prochami Simone miała zaraz zniknąć z ich oczu, aby czekać na niego, cierpliwie w duchocie rodzinnego grobowca.
Zastanawiał się, co czuł ojciec, gdy zamykał go w Lecznicy te wiele lat temu, czy było to dla niego tak samo ciężkie?
Na pewno nie.
Czy czuł ulgę?
A może, jedynie stres związany z logicznym rozwiązaniem tej sprawy w kontekście nieobecności dziecka w szkole?
Nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie, choć zerknął kątem oka na Fortinbrasa, teraz wpatrzonego w dal, nawet nie w stronę odprawianego przez kowen pogrzebu. Jego chłodne oczy skupione były na koronach pobliskiego lasu - tego, który rozciągał się dookoła posiadłości.
Nim zdażył przesmyknąć przez umysł następną myśl poczuł jak czyjeś ręce przyciągają go do siebie; zamykany jest w ramionach. Z początku się spiął, chcial zaprotestować. Nie lubił tak nagłego dotyku, w rodzinie nie mieli raczej zwyczaju okazywania uczuć w publicznych miejscach.
Z początku pomyślał, że przytulającą go osoba to Eunice, ale szybko musiał odrzucić tę opcję, bo pamiętał, że młodsza siostra stała po jego drugiej stronie. Sparaliżował go fakt, że wykonującą pocieszający gest kobietą była Eden - mógłby przysiąc, że najbardziej odebrała mu dech nielogiczna myśl, że bliźniaczka postanowiła wepchnąć go, razem z urną żony, w egipskie ciemności rodowej krypty.
- Zatroszczyłem się o to, aby już nigdy nie musiała mnie słuchać, pewnie jej zazdrościsz? - dopytał tylko, korzystając z faktu, że jego usta były zasłonięte przez kosmyki włosów siostry oraz jej i swoje własne ramiona, którymi, delikatnie ją objął. Pozwolił sobie wtedy na lekkie uniesienie warg, ale tylko na krótką sekundę, bo gdy odsunęli się od siebie jego twarz wróciła szybko do neutralnie zbolałego wyrazu.
Tak jak jeszcze te siedem lat temu byłby pewien, że gdyby to był pogrzeb Eden, do którego sam by doprowadził, gdyby nie ingerencja ojca, to nie mógłby się posiąść z radości, tak w tym momencie nie postawiłby na to swojej głowy, ręki ani nawet małego palca. Odejście Simone, mimo wszystko, zmieniło jego perspektywę na śmierć, ale o tym nie chciał myśleć, bo nie miał w zwyczaju analizowania emocji, po prostu je ignorował, dopóki nie wybuchały.
Sprowadzenie na kogoś takiego losu było jednym, wysłuchiwanie kondolencji i kłamanie prosto w twarz najbliższym - to już trudniejsza sztuka.
Spojrzał przed siebie nie chcąc spotykać spojrzenia bliźniaczki, wiedząc, co by wyrażało. Napotkał wzrokiem inną osobę, tez znajomą i zaraz pożałował, bo szczere współczucie, które płynęło z wyrazu twarzy Erika sprawiało, że czuł się niekomfortowo. Już wolałby, aby przycisnęło go znajome politowanie ze strony Eden, z którym mierzył się od ponad trzydziestu lat i zdążył uodpornić na jego działanie, jak kaczka na wodę.
Wziął głęboki oddech.
Za niedługo będzie mógł się napić szampana.
Nie mógł jednak zaprzeczyć, że z każdym kolejnym dniem czuł coraz mniej wyrzutów sumienia.
Nie był pewien czy z powodu butelkowania uczuć, co robił jeszcze zanim nauczył się porządnie czytać, czy tak naprawdę odejście Simone było tym, czego podskórnie pragnął. Nie bycie szczerym ze swoim wnętrzem miało, pozornie, wiele plusów. Pozwalało o wiele naturalniej nad sobą panować, nie dawać ponosić się emocjom nazbyt często czy zachować zimną krew, gdy sytuacja tego wymagała. Niestety, po tylu latach braku szczerości na linii umysł - serce komunikacja po prostu zanikała, gubiła się w korytarzach myśli - niektóre z nich gniły w zakamarkach, zapomniane. Elliott nie wiedział i nie potrafil określić w jaki sposób się czuje po odejściu żony. Z jednej strony już conajmniej od roku jej z nim nie było, istniała jedynie jako linijka w kalendarzu, czekająca do odhaczenia czynność. Jej puste, zagubione spojrzenie i drobne, chudnące z miesiąca na miesiąc ciało wydawało się wpasowywać w przygnębiające korytarze i pokoje Lecznicy.
Należało jej się.
Podpowiadał głosik w głowie, gdy Malfoyem zaczynały targać wątpliwości; wracał myślami do swojej reakcji w wieczór śmierci Simone, wypijając zbyt dużą ilość alkoholu i pozwalając każdemu minimetrowi ciała jak i ubrania zmoknąć w wiosennym, angielskim deszczu jakby ten miał zmyć z niego winy za podniesienie ręki na niewinną istotę.
Nie była niewinna.
Wewnętrzna rozmowa toczyła się dalej, a jakakolwiek miał być jej rezultat Elliott wiedział jedno - co się stało, to się nie odstanie, musiał żyć z kolejną tajemnicą, tym razem na własne życzenie. Z drugiej strony, czuł ulgę, gdy myślał o samotnym życiu, nawet jeżeli miał w pojedynkę nosić na barkach odpowiedzialność wychowania Nicholasa. Było wiele rzeczy, nad którymi musiał się zastanowić, ale nie chciał tego robić teraz, nie w momencie śpiewu kapłanki, nie gdy urna z prochami Simone miała zaraz zniknąć z ich oczu, aby czekać na niego, cierpliwie w duchocie rodzinnego grobowca.
Zastanawiał się, co czuł ojciec, gdy zamykał go w Lecznicy te wiele lat temu, czy było to dla niego tak samo ciężkie?
Na pewno nie.
Czy czuł ulgę?
A może, jedynie stres związany z logicznym rozwiązaniem tej sprawy w kontekście nieobecności dziecka w szkole?
Nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie, choć zerknął kątem oka na Fortinbrasa, teraz wpatrzonego w dal, nawet nie w stronę odprawianego przez kowen pogrzebu. Jego chłodne oczy skupione były na koronach pobliskiego lasu - tego, który rozciągał się dookoła posiadłości.
Nim zdażył przesmyknąć przez umysł następną myśl poczuł jak czyjeś ręce przyciągają go do siebie; zamykany jest w ramionach. Z początku się spiął, chcial zaprotestować. Nie lubił tak nagłego dotyku, w rodzinie nie mieli raczej zwyczaju okazywania uczuć w publicznych miejscach.
Z początku pomyślał, że przytulającą go osoba to Eunice, ale szybko musiał odrzucić tę opcję, bo pamiętał, że młodsza siostra stała po jego drugiej stronie. Sparaliżował go fakt, że wykonującą pocieszający gest kobietą była Eden - mógłby przysiąc, że najbardziej odebrała mu dech nielogiczna myśl, że bliźniaczka postanowiła wepchnąć go, razem z urną żony, w egipskie ciemności rodowej krypty.
- Zatroszczyłem się o to, aby już nigdy nie musiała mnie słuchać, pewnie jej zazdrościsz? - dopytał tylko, korzystając z faktu, że jego usta były zasłonięte przez kosmyki włosów siostry oraz jej i swoje własne ramiona, którymi, delikatnie ją objął. Pozwolił sobie wtedy na lekkie uniesienie warg, ale tylko na krótką sekundę, bo gdy odsunęli się od siebie jego twarz wróciła szybko do neutralnie zbolałego wyrazu.
Tak jak jeszcze te siedem lat temu byłby pewien, że gdyby to był pogrzeb Eden, do którego sam by doprowadził, gdyby nie ingerencja ojca, to nie mógłby się posiąść z radości, tak w tym momencie nie postawiłby na to swojej głowy, ręki ani nawet małego palca. Odejście Simone, mimo wszystko, zmieniło jego perspektywę na śmierć, ale o tym nie chciał myśleć, bo nie miał w zwyczaju analizowania emocji, po prostu je ignorował, dopóki nie wybuchały.
Sprowadzenie na kogoś takiego losu było jednym, wysłuchiwanie kondolencji i kłamanie prosto w twarz najbliższym - to już trudniejsza sztuka.
Spojrzał przed siebie nie chcąc spotykać spojrzenia bliźniaczki, wiedząc, co by wyrażało. Napotkał wzrokiem inną osobę, tez znajomą i zaraz pożałował, bo szczere współczucie, które płynęło z wyrazu twarzy Erika sprawiało, że czuł się niekomfortowo. Już wolałby, aby przycisnęło go znajome politowanie ze strony Eden, z którym mierzył się od ponad trzydziestu lat i zdążył uodpornić na jego działanie, jak kaczka na wodę.
Wziął głęboki oddech.
Za niedługo będzie mógł się napić szampana.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦