19.10.2024, 23:55 ✶
- Nieznacznie - kiwnął głową. - Warto wiedzieć, co jeszcze możesz wbić mi obok tętnicy - jasne - w żaden sposób nie winił Geraldine za to, co się stało, ale pozwalał sobie na te małe odniesienia.
Zbyt mocno go bawiły. Tak jak ją teraz zapewne opisywanie mu zalet swojej broni i jawne grożenie, na którego przyznanie zareagował pobłażliwym wywróceniem oczami. Machnął ręką. Najważniejsze, że nie planowała dźgać go żadnym przeklętym przedmiotem. Co najwyżej zwykłym bełtem, który raczej nie miał rozpłynąć się w dłoni Greengrassa i zostawić po sobie widmowej blizny.
Ta ostatnia była naprawdę niemiłą pamiątką w innym wypadku całkiem pozytywnego splotu zdarzeń. Dzięki temu mogli tu razem stać. Całkiem niedaleko siebie, choć ten dystans szybko dodatkowo zmniejszył. Niemalże zmusiła go do tego swoim komentarzem.
- Sugerujesz, że większa bliskość cię rozprasza? - Doskonale wiedział jak jest w rzeczywistości, więc bez słowa przysunął się do niej najpierw o jeden krok, później o drugi, wreszcie stając bardzo blisko. Nachylił się ku niej tak, że prawie mogli zetknąć się nosami. - Wszystko możesz i nic nie musisz, ale tym razem puśćmy to mimochodem - mruknął niemalże w jej usta, otulając je ciepłym oddechem i przez kilka długich sekund wpatrując się wprost w hipnotyzująco niebieskie oczy...
...po czym ze stłumionym wahaniem całkiem zgrabnie odsunął się w tył, choć pocałunek wydawałby się wskazany, wręcz nieunikniony. Tym razem Ambroise celowo zdusił w sobie te podszepty tak, żeby wyłącznie odebrać skórzany płaszcz z rąk ukochanej. Po czym usłużnie (jak na giermka przystało, tak?) zrobił pięć teatralnie długich kroków w tył, nadal przodem do kobiety. Uśmiechnął się do niej z przekorą błyszczącą w zielonych tęczówkach.
- Najważniejsze, że ja wiem - odrzekł bez wahania, splatając palce z przodu piersi i wzruszając ramionami. - Jednak skoro zachowujemy dla siebie te najlepsze komplementy, pozwolisz, że nie pozostanę ci dłużny - podniosłe, gładkie słowa w kulturalnej oprawie - tylko po to, aby zrewanżować się za wcześniej usłyszane słowa.
Tak. To do nich pasowało. Tym razem w tym dobrym sensie. Żadne z nich nie miało problemu z tym, aby dobrać dostatecznie wypoziomowaną wypowiedź balansującą na granicy wyszukania i przerysowania. Lubił te ich rozmowy. Znacznie bardziej od cięcia się wzajemnie wyrzucanymi wysublimowanymi inwektywami, które też już kiedyś zaliczyli. No cóż. Trzymali poziom niezależnie od sytuacji. To było jasne.
Tak jak to, że dużo bardziej podobało mu się dążenie do wspólnego celu.
- Kto by pomyślał, że jest Panienka taka ugodowa - skwitował z lekkim drżeniem kącików ust, nie powstrzymując się tym razem i skłaniając się przed Geraldine, mimo wszystkich toreb i płaszcza na ramieniu. - To zaszczyt mieć tak rozważną pacjentkę - oczywiście w tym wypadku odrobina nierozwagi w żaden sposób by im nie zaszkodziła, ale dobrze rozumiał, do czego piła i co chciała tym osiągnąć.
Postanowił nie dawać jej tej satysfakcji. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
- Tylko do wieczora - zapewnił jednoznacznie, kwitując to zdecydowanym spojrzeniem i półuśmiechem nie pozostawiającymi wątpliwości, że zamierzał dotrzymać danego słowa.
Zazwyczaj to robił a w przypadkach takich jak ten odejście od normy byłoby nie tylko niezgodne z jego podejściem bądź charakterem, ale również skrajnie głupie. Nieważne, ile czasu razem spędzali. Wspólne wieczory zawsze miały wyjątkowy klimat. Nie mówiąc już o tych mniej spodziewanych korzyściach płynących z samoistnego przywyknięcia do tego, że tak właściwie to już ze sobą mieszkali. Zarówno w Whitby, jak i w Londynie po prostu nie wracali do siebie.
Jego siebie było przy Geraldine. Nie próbował z tym walczyć ani tego podważać. Nie przewalał tego na klątwy, wpływy nadnaturalnych sił, nieswoje uczucia. Ten etap chyba na dobre był za nimi. Pozostały wspomnienia, do których nie musieli wracać a gdy już to robili, raczej z rozbawieniem podszytym zażenowaniem. Obecna sytuacja dużo lepiej do nich pasowała. Niedopowiedzenia, sekrety, milczenie i tajemnice faktycznie były gorsze od słów.
- Całe szczęście wiem jak je opatrzyć - odniósł się do tego, w jaki sposób zazwyczaj kończyli swoje drobniejsze i większe uszczypliwości.
W ten niewątpliwie kojący sposób mający odwrócić jej uwagę od tego, co tu teraz powiedział. Wbrew pozorom, nie zawsze skupiał się na nienasyceniu i dzikich żądzach. Te wcale nie złagodniały ani tym bardziej nie zanikły, ale nie byli również niewolnikami własnych popędów, prawda? W tym wypadku miał na myśli znacznie bardziej niewinne zajęcie się zranionymi uczuciami Geraldine. Kolacją na tarasie, przechadzką po wrzosowiskach stykających się ze skarpami przy morzu niedaleko Piaskownicy, do której mogli wrócić zamiast spędzać wieczór na Horyzontalnej. Może nawet wreszcie powiesiłby huśtawkę na półotwartym ganku tak jak to planował niemal od początku lata. Pewnie byłaby z tego zadowolona. Chciał, żeby była.
Gesty tego typu wydawały się Greengrassowi coraz bardziej naturalne. Im dłużej łączyli życie, tym bardziej starał się zwracać uwagę na te małe, pozornie głupie drobnostki, które nie wymagały wiele a dawały naprawdę miłe, cieszące oko efekty. Oczywiście nie stronił również od większych czynów, ale to właśnie te małe rzeczy uświetniały rzeczywistość. Starał się przykładać do nich wagę. Kiedyś zupełnie by je pominął, teraz mimowolnie stawał się znacznie bardziej spostrzegawczy i uważny.
- Żartujesz? - Nie chciał ekscytować się jak szczeniak, ale momentalnie zabłyszały mu oczy, rozszerzając się bardziej w wyrazie aprobaty dla pomysłu, który przeszedł mu przez myśl. - Czysty, świeży jad akromantuli jest - chyba brakło mu słowa na to, żeby opisać jak bardzo przydatne mogłoby być zdobycie takiego składnika - nawet nie musisz mnie o to pytać - najcenniejsza substancja była zebrana od jeszcze żywej bestii, jednakże to należało do niemal niewykonalnych wyczynów, za to pozyskanie esencji od dopiero co zabitego pająka mogło być tylko niewiele gorsze.
Nieczęsto miewało się podobną okazję. Nawet przy świadomości, że jako fascynat eliksirów prawdopodobnie nie mógł trafić na kogoś, kto w większym stopniu spełniałby jego potrzeby. Geraldine stale zapewniała mu coś, na co nigdy wcześniej nie mógł liczyć. Przy swoich zajęciach stali się niemalże samowystarczalni pod kątem większości składników. Mógł pokusić się o eksperymenty, szczególnie że dostawał znacznie świeższe komponenty niż te dostępne w aptekach lub u bardziej szemranych źródeł. Pozyskanie jadu wprost od źródła i to w kluczowym momencie zanim ten zaczął się rozkładać i tracić na sile było...
...niemalże mokrym snem każdego twórcy eliksirów. Tak świeżego towaru nie dało się dostać od ręki. Nawet przenoszenie truchła magicznej bestii z miejsca na miejsce, teleportacja, lot na miotle, świstoklik i tak dalej wpływały na strukturę a zatem również na jakość towaru. A jaja pająków? Nie trudno byłoby rzec, że momentalnie zaczął przypominać podjaranego małolata po raz pierwszy widzącego gołe cycki przez szparę w drzwiach łazienki prefektów. Zebranie tego, o czym mówiła Geraldine byłoby już jak przejście od razu do ostatniej bazy.
O ile wcześniej trochę powątpiewał w cały cel wyprawy, o tyle po tych słowach znacznie chętniej ruszył za Yaxleyówną (pięć długich kroków z tyłu, tak?) wgłąb lasu. W tym momencie bez większego zastanowienia zamierzał pokusić się o zaspokojenie oczekiwań względem efektów polowania. Potencjalny kupiec nie musiał zauważyć wprawnego uszczuplenia zawartości kłów jadowych stworzenia. Tak. To było bardzo wykonalne.
- Niestety już odrzuciliśmy najciekawszą opcję - skwitował nieznacznym, ale wymownym skrzywieniem warg, wyginając łopatki w tył i krzyżując ręce za plecami. - Zatem dobrze. Upolujmy tę bestię - lekko i odruchowo założył, że skoro postanowili wybrać się razem na polowanie to jego rola nie będzie polegać wyłącznie na staniu z boku i prowadzeniu obserwacji.
To byłoby raczej uwłaczające. Zdecydowanie sądził, że powinna chociażby spróbować włączyć go w cały proces. Co prawda nie wiedział jak wielkie pająki reagują na próby ogłuszenia zaklęciami, nie potrafił korzystać z kuszy ani z łuku, ale całkiem sprawnie posługiwał się nożem, pewnie mógłby wprawnie zamachnąć się maczetą albo czymś w tym rodzaju. O ile to nie byłoby zbyt ryzykowne z uwagi na konieczność znacznego zmniejszenia dystansu między nim a szczękoczułkami i kłami jadowymi akromantuli.
Pomimo tego sądził, że to jasne - jest częścią wyprawy, przy czym krycie się gdzieś w jakichś krzakach nigdy nie wchodziło u niego w grę. Nie zamierzał bez uprzedniego przygotowania rzucać się na stworzenie o nieznanych słabościach. Nie był aż tak porywczy, nie działał tak bardzo pochopnie, jednakże w razie potrzeby chciał posiadać jasne informacje, co tak właściwie powinien robić. Dlatego mówił o ich polowaniu, nie o jej zleceniu (szczególnie, że nie powiedziała mu o robieniu tego w ramach hobbystycznej wyprawy).
- To wyjątkowo prosty plan - przyznał całkiem neutralnie, kiedy Geraldine postanowiła go oświecić, wbijając wzrok gdzieś we wzniesienie w oddali a potem przenosząc je na pajęczynę i pająki.
Powietrze stało się jakieś cięższe, jakby nietutejsze. Delikatna, subtelna woń kojarząca się ze słodkim zapachem leśnego kadzidła zaczęła nieprzyjemnie uderzać w nozdrza. Nie była już tak naturalna jak wcześniej. Teraz znacznie bardziej przywodziła na myśl coś stworzonego przez człowieka. Choć może nie? Ambroise kojarzył tego typu zapachy również z niektórymi substancjami dostępnymi na czarnym rynku. Teraz zmarszczył czoło i zmrużył oczy, wodząc wzrokiem po najbliższej okolicy. Starał się sobie przypomnieć, skąd dokładnie mógł rozpoznawać woń i z czym powinien ją łączyć. Doleciała do nich nagle, nie było jej tu jeszcze przed chwilą. Nie w takim nasileniu.
- Mówiłaś, że jak duży powinien być ten pająk? - Zapytał starając się nie brzmieć zbyt podejrzliwie, choć nijak mu to nie wychodziło. - To na pewno nie żadna hybryda? - Nie widzieli jeszcze żadnych śladów pająka prócz połamanych gałązek i całkiem wielkiej pajęczyny, ale Greengrass zaczął mieć swoje domysły.
Jak na jego nos to na odległość śmierdziało eliksiralną modyfikacją lub co gorsza - może nawet czarną magią.
Zbyt mocno go bawiły. Tak jak ją teraz zapewne opisywanie mu zalet swojej broni i jawne grożenie, na którego przyznanie zareagował pobłażliwym wywróceniem oczami. Machnął ręką. Najważniejsze, że nie planowała dźgać go żadnym przeklętym przedmiotem. Co najwyżej zwykłym bełtem, który raczej nie miał rozpłynąć się w dłoni Greengrassa i zostawić po sobie widmowej blizny.
Ta ostatnia była naprawdę niemiłą pamiątką w innym wypadku całkiem pozytywnego splotu zdarzeń. Dzięki temu mogli tu razem stać. Całkiem niedaleko siebie, choć ten dystans szybko dodatkowo zmniejszył. Niemalże zmusiła go do tego swoim komentarzem.
- Sugerujesz, że większa bliskość cię rozprasza? - Doskonale wiedział jak jest w rzeczywistości, więc bez słowa przysunął się do niej najpierw o jeden krok, później o drugi, wreszcie stając bardzo blisko. Nachylił się ku niej tak, że prawie mogli zetknąć się nosami. - Wszystko możesz i nic nie musisz, ale tym razem puśćmy to mimochodem - mruknął niemalże w jej usta, otulając je ciepłym oddechem i przez kilka długich sekund wpatrując się wprost w hipnotyzująco niebieskie oczy...
...po czym ze stłumionym wahaniem całkiem zgrabnie odsunął się w tył, choć pocałunek wydawałby się wskazany, wręcz nieunikniony. Tym razem Ambroise celowo zdusił w sobie te podszepty tak, żeby wyłącznie odebrać skórzany płaszcz z rąk ukochanej. Po czym usłużnie (jak na giermka przystało, tak?) zrobił pięć teatralnie długich kroków w tył, nadal przodem do kobiety. Uśmiechnął się do niej z przekorą błyszczącą w zielonych tęczówkach.
- Najważniejsze, że ja wiem - odrzekł bez wahania, splatając palce z przodu piersi i wzruszając ramionami. - Jednak skoro zachowujemy dla siebie te najlepsze komplementy, pozwolisz, że nie pozostanę ci dłużny - podniosłe, gładkie słowa w kulturalnej oprawie - tylko po to, aby zrewanżować się za wcześniej usłyszane słowa.
Tak. To do nich pasowało. Tym razem w tym dobrym sensie. Żadne z nich nie miało problemu z tym, aby dobrać dostatecznie wypoziomowaną wypowiedź balansującą na granicy wyszukania i przerysowania. Lubił te ich rozmowy. Znacznie bardziej od cięcia się wzajemnie wyrzucanymi wysublimowanymi inwektywami, które też już kiedyś zaliczyli. No cóż. Trzymali poziom niezależnie od sytuacji. To było jasne.
Tak jak to, że dużo bardziej podobało mu się dążenie do wspólnego celu.
- Kto by pomyślał, że jest Panienka taka ugodowa - skwitował z lekkim drżeniem kącików ust, nie powstrzymując się tym razem i skłaniając się przed Geraldine, mimo wszystkich toreb i płaszcza na ramieniu. - To zaszczyt mieć tak rozważną pacjentkę - oczywiście w tym wypadku odrobina nierozwagi w żaden sposób by im nie zaszkodziła, ale dobrze rozumiał, do czego piła i co chciała tym osiągnąć.
Postanowił nie dawać jej tej satysfakcji. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
- Tylko do wieczora - zapewnił jednoznacznie, kwitując to zdecydowanym spojrzeniem i półuśmiechem nie pozostawiającymi wątpliwości, że zamierzał dotrzymać danego słowa.
Zazwyczaj to robił a w przypadkach takich jak ten odejście od normy byłoby nie tylko niezgodne z jego podejściem bądź charakterem, ale również skrajnie głupie. Nieważne, ile czasu razem spędzali. Wspólne wieczory zawsze miały wyjątkowy klimat. Nie mówiąc już o tych mniej spodziewanych korzyściach płynących z samoistnego przywyknięcia do tego, że tak właściwie to już ze sobą mieszkali. Zarówno w Whitby, jak i w Londynie po prostu nie wracali do siebie.
Jego siebie było przy Geraldine. Nie próbował z tym walczyć ani tego podważać. Nie przewalał tego na klątwy, wpływy nadnaturalnych sił, nieswoje uczucia. Ten etap chyba na dobre był za nimi. Pozostały wspomnienia, do których nie musieli wracać a gdy już to robili, raczej z rozbawieniem podszytym zażenowaniem. Obecna sytuacja dużo lepiej do nich pasowała. Niedopowiedzenia, sekrety, milczenie i tajemnice faktycznie były gorsze od słów.
- Całe szczęście wiem jak je opatrzyć - odniósł się do tego, w jaki sposób zazwyczaj kończyli swoje drobniejsze i większe uszczypliwości.
W ten niewątpliwie kojący sposób mający odwrócić jej uwagę od tego, co tu teraz powiedział. Wbrew pozorom, nie zawsze skupiał się na nienasyceniu i dzikich żądzach. Te wcale nie złagodniały ani tym bardziej nie zanikły, ale nie byli również niewolnikami własnych popędów, prawda? W tym wypadku miał na myśli znacznie bardziej niewinne zajęcie się zranionymi uczuciami Geraldine. Kolacją na tarasie, przechadzką po wrzosowiskach stykających się ze skarpami przy morzu niedaleko Piaskownicy, do której mogli wrócić zamiast spędzać wieczór na Horyzontalnej. Może nawet wreszcie powiesiłby huśtawkę na półotwartym ganku tak jak to planował niemal od początku lata. Pewnie byłaby z tego zadowolona. Chciał, żeby była.
Gesty tego typu wydawały się Greengrassowi coraz bardziej naturalne. Im dłużej łączyli życie, tym bardziej starał się zwracać uwagę na te małe, pozornie głupie drobnostki, które nie wymagały wiele a dawały naprawdę miłe, cieszące oko efekty. Oczywiście nie stronił również od większych czynów, ale to właśnie te małe rzeczy uświetniały rzeczywistość. Starał się przykładać do nich wagę. Kiedyś zupełnie by je pominął, teraz mimowolnie stawał się znacznie bardziej spostrzegawczy i uważny.
- Żartujesz? - Nie chciał ekscytować się jak szczeniak, ale momentalnie zabłyszały mu oczy, rozszerzając się bardziej w wyrazie aprobaty dla pomysłu, który przeszedł mu przez myśl. - Czysty, świeży jad akromantuli jest - chyba brakło mu słowa na to, żeby opisać jak bardzo przydatne mogłoby być zdobycie takiego składnika - nawet nie musisz mnie o to pytać - najcenniejsza substancja była zebrana od jeszcze żywej bestii, jednakże to należało do niemal niewykonalnych wyczynów, za to pozyskanie esencji od dopiero co zabitego pająka mogło być tylko niewiele gorsze.
Nieczęsto miewało się podobną okazję. Nawet przy świadomości, że jako fascynat eliksirów prawdopodobnie nie mógł trafić na kogoś, kto w większym stopniu spełniałby jego potrzeby. Geraldine stale zapewniała mu coś, na co nigdy wcześniej nie mógł liczyć. Przy swoich zajęciach stali się niemalże samowystarczalni pod kątem większości składników. Mógł pokusić się o eksperymenty, szczególnie że dostawał znacznie świeższe komponenty niż te dostępne w aptekach lub u bardziej szemranych źródeł. Pozyskanie jadu wprost od źródła i to w kluczowym momencie zanim ten zaczął się rozkładać i tracić na sile było...
...niemalże mokrym snem każdego twórcy eliksirów. Tak świeżego towaru nie dało się dostać od ręki. Nawet przenoszenie truchła magicznej bestii z miejsca na miejsce, teleportacja, lot na miotle, świstoklik i tak dalej wpływały na strukturę a zatem również na jakość towaru. A jaja pająków? Nie trudno byłoby rzec, że momentalnie zaczął przypominać podjaranego małolata po raz pierwszy widzącego gołe cycki przez szparę w drzwiach łazienki prefektów. Zebranie tego, o czym mówiła Geraldine byłoby już jak przejście od razu do ostatniej bazy.
O ile wcześniej trochę powątpiewał w cały cel wyprawy, o tyle po tych słowach znacznie chętniej ruszył za Yaxleyówną (pięć długich kroków z tyłu, tak?) wgłąb lasu. W tym momencie bez większego zastanowienia zamierzał pokusić się o zaspokojenie oczekiwań względem efektów polowania. Potencjalny kupiec nie musiał zauważyć wprawnego uszczuplenia zawartości kłów jadowych stworzenia. Tak. To było bardzo wykonalne.
- Niestety już odrzuciliśmy najciekawszą opcję - skwitował nieznacznym, ale wymownym skrzywieniem warg, wyginając łopatki w tył i krzyżując ręce za plecami. - Zatem dobrze. Upolujmy tę bestię - lekko i odruchowo założył, że skoro postanowili wybrać się razem na polowanie to jego rola nie będzie polegać wyłącznie na staniu z boku i prowadzeniu obserwacji.
To byłoby raczej uwłaczające. Zdecydowanie sądził, że powinna chociażby spróbować włączyć go w cały proces. Co prawda nie wiedział jak wielkie pająki reagują na próby ogłuszenia zaklęciami, nie potrafił korzystać z kuszy ani z łuku, ale całkiem sprawnie posługiwał się nożem, pewnie mógłby wprawnie zamachnąć się maczetą albo czymś w tym rodzaju. O ile to nie byłoby zbyt ryzykowne z uwagi na konieczność znacznego zmniejszenia dystansu między nim a szczękoczułkami i kłami jadowymi akromantuli.
Pomimo tego sądził, że to jasne - jest częścią wyprawy, przy czym krycie się gdzieś w jakichś krzakach nigdy nie wchodziło u niego w grę. Nie zamierzał bez uprzedniego przygotowania rzucać się na stworzenie o nieznanych słabościach. Nie był aż tak porywczy, nie działał tak bardzo pochopnie, jednakże w razie potrzeby chciał posiadać jasne informacje, co tak właściwie powinien robić. Dlatego mówił o ich polowaniu, nie o jej zleceniu (szczególnie, że nie powiedziała mu o robieniu tego w ramach hobbystycznej wyprawy).
- To wyjątkowo prosty plan - przyznał całkiem neutralnie, kiedy Geraldine postanowiła go oświecić, wbijając wzrok gdzieś we wzniesienie w oddali a potem przenosząc je na pajęczynę i pająki.
Powietrze stało się jakieś cięższe, jakby nietutejsze. Delikatna, subtelna woń kojarząca się ze słodkim zapachem leśnego kadzidła zaczęła nieprzyjemnie uderzać w nozdrza. Nie była już tak naturalna jak wcześniej. Teraz znacznie bardziej przywodziła na myśl coś stworzonego przez człowieka. Choć może nie? Ambroise kojarzył tego typu zapachy również z niektórymi substancjami dostępnymi na czarnym rynku. Teraz zmarszczył czoło i zmrużył oczy, wodząc wzrokiem po najbliższej okolicy. Starał się sobie przypomnieć, skąd dokładnie mógł rozpoznawać woń i z czym powinien ją łączyć. Doleciała do nich nagle, nie było jej tu jeszcze przed chwilą. Nie w takim nasileniu.
- Mówiłaś, że jak duży powinien być ten pająk? - Zapytał starając się nie brzmieć zbyt podejrzliwie, choć nijak mu to nie wychodziło. - To na pewno nie żadna hybryda? - Nie widzieli jeszcze żadnych śladów pająka prócz połamanych gałązek i całkiem wielkiej pajęczyny, ale Greengrass zaczął mieć swoje domysły.
Jak na jego nos to na odległość śmierdziało eliksiralną modyfikacją lub co gorsza - może nawet czarną magią.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down