20.10.2024, 22:26 ✶
Wbrew słowom Erika, cała uwaga kapłanki Eyvy skupiła się obecnie na Florence. Jej oczy rozszerzyły się w zaskoczeniu, a na twarzy zagościł uśmiech niedowierzania.
– Na Matkę! Potrafiłabyś to zrobić? To brzmi, to brzmi bardzo intrygująco, moglibyśmy obejść brak imienia i genezy, skoro czas tak goni. Matka nie przypuszczała, że ten demon z kimkolwiek nowym nawiąże więź, dlatego rozwiązanie z podróżą wydało nam się najlogiczniejsze, ale jeśli ta więź istnieje i można jązerwać... To brzmi cudownie! Z pewnością osłabi to jego siły, a my moglibyśmy nie ryzykować życia tej nieszczęśnicy, tylko zabrać coś co pachniałoby nią - ubrania, może trochę... troszeczkę krwi. To z pewnością przyciągnęłoby skołowanego demona. Tylko garniec... zakładam, że on jest wewnątrz jaskini, tam gdzie pozostawił go dziadek i tak musielibyśmy się do niej dostać myślę... myślę, że ten byt nie wpadłby na to, by go jakkolwiek przenosić – kobieta poderwała się, jakby natchniona nową siłą, zaczęła przeglądać notatki, szukać w starym wysłużonym dzienniku. – Tylko nie umiem nakładać pieczęci, ale... ale mam tę oryginalną, o tu zanotowaną, tą którą mój dziadek odtworzył podczas rytuału. O i tu nuty... – zdawała się przerażona, ale mocno zaangażowana w sprawę.
– To mogłoby się udać i te posiłki... tak, te posiłki też mogłyby się przydać, chociaż... – westchnęła wzdrygując się. – Nie... nie wiem... szczerze mówiąc, nie wiem czy ten byt da się pokonać siłowo. Gdy czar spadł kilku wściekłych mieszkańców próbowało dorwać Thorana w akcie zemsty za krzywdy, które im wyrządził i... Cóż... – przełknęła ślinę na powrót blednąc. – Ale, ale to byli miejscowi, w sensie... nie byli wyszkolonymi magicznymi wojownikami. Jak pan. Jak ludzie, którzy mogliby przybyć z pomocą. – była zdeterminowana, choć jej czoło rosił zimny pot.
Nagle jakby zdała sobie z czegoś sprawę, jej twarz zmieniła się z pełnej nadziei w skonsternowaną.
– Ale... jak to, czy ja dobrze rozumiem, że oni tam wchodzą już? Bez przygotowania? Przecież... przecież to samobójstwo! – wyszeptała, zaciskając pięści tak mocno, że aż zbielały jej kostki, błękitnymi oczami skacząc od twarzy Florence do twarzy Erika. – Musimy natychmiast tam wyruszyć, może kiedy pani przerwie nić przeznaczenia, która ich łączy, ocalimy duszę tej nieszczęśniczki!– Z tymi słowami kapłanka otworzyła materiałową torbę i na oślep zaczęła wrzucać doń notatki i mapy. I zaiste, wiele rzeczy wpadało do tej przepastnej, barwnej sakwy.
– Na Matkę! Potrafiłabyś to zrobić? To brzmi, to brzmi bardzo intrygująco, moglibyśmy obejść brak imienia i genezy, skoro czas tak goni. Matka nie przypuszczała, że ten demon z kimkolwiek nowym nawiąże więź, dlatego rozwiązanie z podróżą wydało nam się najlogiczniejsze, ale jeśli ta więź istnieje i można jązerwać... To brzmi cudownie! Z pewnością osłabi to jego siły, a my moglibyśmy nie ryzykować życia tej nieszczęśnicy, tylko zabrać coś co pachniałoby nią - ubrania, może trochę... troszeczkę krwi. To z pewnością przyciągnęłoby skołowanego demona. Tylko garniec... zakładam, że on jest wewnątrz jaskini, tam gdzie pozostawił go dziadek i tak musielibyśmy się do niej dostać myślę... myślę, że ten byt nie wpadłby na to, by go jakkolwiek przenosić – kobieta poderwała się, jakby natchniona nową siłą, zaczęła przeglądać notatki, szukać w starym wysłużonym dzienniku. – Tylko nie umiem nakładać pieczęci, ale... ale mam tę oryginalną, o tu zanotowaną, tą którą mój dziadek odtworzył podczas rytuału. O i tu nuty... – zdawała się przerażona, ale mocno zaangażowana w sprawę.
– To mogłoby się udać i te posiłki... tak, te posiłki też mogłyby się przydać, chociaż... – westchnęła wzdrygując się. – Nie... nie wiem... szczerze mówiąc, nie wiem czy ten byt da się pokonać siłowo. Gdy czar spadł kilku wściekłych mieszkańców próbowało dorwać Thorana w akcie zemsty za krzywdy, które im wyrządził i... Cóż... – przełknęła ślinę na powrót blednąc. – Ale, ale to byli miejscowi, w sensie... nie byli wyszkolonymi magicznymi wojownikami. Jak pan. Jak ludzie, którzy mogliby przybyć z pomocą. – była zdeterminowana, choć jej czoło rosił zimny pot.
Nagle jakby zdała sobie z czegoś sprawę, jej twarz zmieniła się z pełnej nadziei w skonsternowaną.
– Ale... jak to, czy ja dobrze rozumiem, że oni tam wchodzą już? Bez przygotowania? Przecież... przecież to samobójstwo! – wyszeptała, zaciskając pięści tak mocno, że aż zbielały jej kostki, błękitnymi oczami skacząc od twarzy Florence do twarzy Erika. – Musimy natychmiast tam wyruszyć, może kiedy pani przerwie nić przeznaczenia, która ich łączy, ocalimy duszę tej nieszczęśniczki!– Z tymi słowami kapłanka otworzyła materiałową torbę i na oślep zaczęła wrzucać doń notatki i mapy. I zaiste, wiele rzeczy wpadało do tej przepastnej, barwnej sakwy.
Tura kończy się 23.10, godz. 23:59