20.10.2024, 23:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2024, 23:53 przez Anthony Shafiq.)
Paplanie Jonathana było przyjemną melodią, uzupełnianą o ptasi trel i poszum drzew. A może rzeczywiście kupić tu dom. Zabawne, skoro Morpheus chwilę temu oglądał ruderę na obrzeżach jego ziem i zdawał się być nią żywo zainteresowany.
Szczerze nie wierzył, że znajdą tego kota, ale nie zamierzał narażać się na gniew Jonathana.
Najwidoczniej jednak się naraził. Zmiana tonu była wyczuwalna, pół śmieszna, pół niebywale poważna. Groźna.
Zamrugał, choć nie było tego widać z powodu okularów i przeniósł spojrzenie na Jonathana, gdy padło to jakże nie pasujące do sytuacji pytanie. Odrealnione. Dziwaczne.
Bardzo powoli uniósł dłoń i ujął w dwa palce cieniutkie, srebrne oprawki okrągłych, lustrzanych okularów, po czym ściągnął je, wystudiowanym, pełnym galanterii ruchem. Stalowe tęczówki nosiły na sobie ślady zmęczenia ostatnich tygodni, bezsennności i rozbicia, które sprawiało, że Anthony realnie wyglądał jakby jedną nogą był już w grobie. Jego blada twarz ściągnięta była troską, jakby było to w pełni realne pytanie. Gra? Czy prawdziwa emocja? Ciężko było ocenić.
– Nie pozostawiłbym ani jednej cegły niesprawdzonej na Pokątnej, wrzuciłbym całe złoto jakie posiadam do Horyzontalnej fontanny, przesłuchałbym każdego upiora Nokturnu i rozorałbym Ścieżki, gdyby było to konieczne. Nie znikaj proszę. Nie wiem czy Magiczny Londyn jest gotowy na moje poszukiwania... – głos mu się złamał, a oczy zbyt zaczerwieniły. To od słońca.
– Wino, to kwestia jednego skoku, podobnie jak ulotki. Daj mi... dwie sekundy i jestem z powrotem – wymigał się od jakiejkolwiek rozmowy na ten temat i przeskoczył po niezbędne atrybuty sąsiedzkiej straży.
Pojawił się niedługo potem, nie po dwóch minutach, a dwudziestu. Jego strój zmienił się diametralnie, mimo lipcowego upału nosił na sobie wełniany sweter w grube błękitno-turkusowe pasy, które podkreślały kolor jego oczu i jasne, lniane spodnie.
Sześć długich lat ten sweter czekał na ponowne przez niego założenie, sześć lat spoglądał z dna szafy, za każdym razem gdy Anthony odważył się do niego zajrzeć. Sześć lat...
Może liczył, że zniszczy to ubranie podczas poszukiwań.
Może liczył, że odczaruje jego znaczenie, wystawiając modowy wybór na bezwzględny osąd Jonathana.
Może oba po trochu.
Był masochistą.
W koszyku pobrzękiwały butelki, choć pół zajmowały cukierki i ciastka nieco tłumiące brzęk szkła. Anthony miał nawet garść lammasowych ulotek.
– Musiałem dobrać odpowiedni strój do tego przedstawienia, wiesz ile robi dobry kostium. – i rzeczywiscie sweter zmiękczał jego wizerunek, zdecydowanie bardziej niż czarny frak i okulary. Przez moment Shafiq spróbował się uśmiechnąć, ale przypominało to jednak nieudolny grymas. Westchnął, oddając koszyk Jonathanowi, uznając za absolutnie oczywiste, że to on będzie go nosił.
Szczerze nie wierzył, że znajdą tego kota, ale nie zamierzał narażać się na gniew Jonathana.
Najwidoczniej jednak się naraził. Zmiana tonu była wyczuwalna, pół śmieszna, pół niebywale poważna. Groźna.
Zamrugał, choć nie było tego widać z powodu okularów i przeniósł spojrzenie na Jonathana, gdy padło to jakże nie pasujące do sytuacji pytanie. Odrealnione. Dziwaczne.
Bardzo powoli uniósł dłoń i ujął w dwa palce cieniutkie, srebrne oprawki okrągłych, lustrzanych okularów, po czym ściągnął je, wystudiowanym, pełnym galanterii ruchem. Stalowe tęczówki nosiły na sobie ślady zmęczenia ostatnich tygodni, bezsennności i rozbicia, które sprawiało, że Anthony realnie wyglądał jakby jedną nogą był już w grobie. Jego blada twarz ściągnięta była troską, jakby było to w pełni realne pytanie. Gra? Czy prawdziwa emocja? Ciężko było ocenić.
– Nie pozostawiłbym ani jednej cegły niesprawdzonej na Pokątnej, wrzuciłbym całe złoto jakie posiadam do Horyzontalnej fontanny, przesłuchałbym każdego upiora Nokturnu i rozorałbym Ścieżki, gdyby było to konieczne. Nie znikaj proszę. Nie wiem czy Magiczny Londyn jest gotowy na moje poszukiwania... – głos mu się złamał, a oczy zbyt zaczerwieniły. To od słońca.
– Wino, to kwestia jednego skoku, podobnie jak ulotki. Daj mi... dwie sekundy i jestem z powrotem – wymigał się od jakiejkolwiek rozmowy na ten temat i przeskoczył po niezbędne atrybuty sąsiedzkiej straży.
***
Pojawił się niedługo potem, nie po dwóch minutach, a dwudziestu. Jego strój zmienił się diametralnie, mimo lipcowego upału nosił na sobie wełniany sweter w grube błękitno-turkusowe pasy, które podkreślały kolor jego oczu i jasne, lniane spodnie.
Sześć długich lat ten sweter czekał na ponowne przez niego założenie, sześć lat spoglądał z dna szafy, za każdym razem gdy Anthony odważył się do niego zajrzeć. Sześć lat...
Może liczył, że zniszczy to ubranie podczas poszukiwań.
Może liczył, że odczaruje jego znaczenie, wystawiając modowy wybór na bezwzględny osąd Jonathana.
Może oba po trochu.
Był masochistą.
W koszyku pobrzękiwały butelki, choć pół zajmowały cukierki i ciastka nieco tłumiące brzęk szkła. Anthony miał nawet garść lammasowych ulotek.
– Musiałem dobrać odpowiedni strój do tego przedstawienia, wiesz ile robi dobry kostium. – i rzeczywiscie sweter zmiękczał jego wizerunek, zdecydowanie bardziej niż czarny frak i okulary. Przez moment Shafiq spróbował się uśmiechnąć, ale przypominało to jednak nieudolny grymas. Westchnął, oddając koszyk Jonathanowi, uznając za absolutnie oczywiste, że to on będzie go nosił.