21.10.2024, 15:06 ✶
- Trudno byłoby być na to ślepym - zauważył z szerszym uśmiechem pełnym zadowolenia z takiego obrotu sprawy. - Niech widzą i wiedzą. Cała reszta to tylko formalność - którą zostawiali na później, bo nie była aż tak znacząca w kontekście tego, co mieli i w jaki sposób żyli.
Dopóki obojgu odpowiadało to budowane życie, dopóty Ambroise nie poczuwał się do tego, żeby cokolwiek formalizować, nawet jeśli w ich środowisku robiło się to raczej stosunkowo szybko, bo dla tradycyjnych wartości. A tak naprawdę dla wpływów i kontaktów. Nie potrzebowali być w centrum uwagi, przechodzić przez wszystkie etapy organizacji licznych wydarzeń towarzyskich, przejmować się zachowaniem konwenansów. Jednocześnie prawdopodobnie oboje byli tak samo świadomi, że nie wypadało zrobić tego prywatnie, bo dla elity byłoby to niedopuszczalne.
Należało zrobić show ze swojego rozkwitającego związku. W żadnym wypadku nie miał na to ochoty. Nie po to budowali coś na uboczu, nie ograniczając się tylko do Londynu, żeby później dać się złapać w pułapkę grania pod publiczkę w taki sposób, w jaki im zagrano.
- Za jakiś czas osiągniemy w tym taką wprawę, że z powodzeniem ograniczymy to do minimum - zapewnił na słowa Geraldine, kiwając głową, choć nie wyjaśniając, o co mu chodzi.
Tak właściwie to chodziło mu o zbyt wiele elementów, żeby o nich teraz dywagować. Mieli polowanie do odbycia. Wystarczyło, że to stanowiło dostateczne wyzwanie, szczególnie w przypadku jego pozostałych intencji. I wodzenia na pokuszenie. Niewątpliwego wodzenia za nos obietnicami i sugestiami.
- Ależ o czym? - Zrobiłby całkiem niewinną minę, gdyby tylko umiał kontrolować oczy. A tak jak z trzymaniem rąk przy sobie, nie był w stanie tego robić w jej przypadku. - To nie moja wina, że jeszcze nie spełniłaś obietnicy szukania kwiatu paproci - dopowiedział jedynie na swoją obronę, wplatając w to wszystko znaczącą sugestię, że w jego wizji gościnnie występowała również tamta biała zwiewna sukienka z odkrytymi plecami i delikatnym, śliskim materiałem.
Nie doczekałaby trzeciej okazji, ale przecież czystokrwiste kobiety (i chyba ogólnie większość mu znanych) przezornie deklarowały niechęć do powtarzania stylizacji. W jego prywatnej ocenie głównie z prostego powodu, że zazwyczaj nie było możliwości, aby takowa dotrwała nienaruszona do następnego ranka. Szczególnie w przypadku, w którym wcześniej przez cały wieczór należało zbytnio ograniczać kontakt fizyczny, powstrzymać się przed co bardziej wymownymi gestami. Choć on sam raczej nijak nie stronił od dawania wyraźnie do zrozumienia, że nie są wyłącznie tymczasowymi towarzyszami.
Była jego kobietą. Z czasem samoistnie zaczęła stawać się centrum jego świata. Nie powiedziałby tego na głos - zawsze był drewniany w mówieniu o uczuciach. Uważał takie deklaracje za żenujące, jeśli to on miałby je wygłaszać. Wolał czyny od słów. Tak właściwie to wszelkie konieczne, żeby podkreślić poważne zamiary.
- Mamy tu zgodność - odrzekł kwitując to kiwnięciem głowy, po czym dodał profilaktycznie. - Ale wiedz, że jeśli bym musiał to bym się nie zawahał - w dwóch krótkich słowach była jego.
Nie chodziło o to, że mógłby powątpiewać w tę świadomość z jej strony. Nie musieli tego uściślać. Ufał jej pod tym względem. W innym wypadku nie oddałby swojego serca z taką łatwością, przyjmując wzajemność od niej i starając się zadbać o powierzone mu uczucia. Nawet w tych ostrzejszych chwilach. W rzeczy samej nie mógłby natomiast darować komuś próby odebrania mu jej względów. Szczególnie, gdy byli ze sobą szczerzy i jasno podążali w tym samym kierunku. Gdyby pragnęła zmienić coś w swoim życiu, nie trzymałby jej na siłę. Nie zrobiłby niczego wbrew niej, ale w dalszym ciągu by o nią walczył. To też już kiedyś określił. Nie był mięczakiem i frajerem. Był w stanie zawalczyć o upragnioną przyszłość, szczególnie tę wspólną, bez której teraz nie wyobrażał sobie praktycznie niczego. Ani dni, ani miesięcy, ani tym bardziej lat. Nie dopuszczał do siebie perspektywy, że mógłby zawalić coś tak spektakularnie, że ich starannie, pieczołowicie budowane życie razem mogłoby nagle przestać istnieć.
Chciał być z nią i chciał być dla niej. Kolejność nie była istotna. Jedno wynikało z drugiego. Było zespolone.
- Mógłbym - przytaknął, nie mógł nie przyznać temu racji, nawet jeśli już na samym początku dyskusji na temat wspólnego życia zdecydowanie wykluczyli możliwość stworzenia dwuosobowego biznesu na czarnym rynku. - Natomiast będzie rozważniej, jeśli odeślę cię do kogoś, kto jest niemal tak dobry jak ja - podkreślił nie pozostawiając wątpliwości, że miał o sobie iście eksperckie mniemanie i raczej nie zamierzał ukrywać, że ma się za jednego z najlepszych graczy.
Zbyteczna skromność nie przynosiła u Ambroisa niczego poza poczuciem zażenowania tym, że w ogóle trzeba było się do niej posuwać, żeby nie zostać oetykietowanym jako wywyższający się. Jeżeli mógł uniknąć mówienia o sobie nie w zgodzie z faktycznym stanem rzeczy to nie omieszkał podkreślać własnej wartości.
Szczególnie, że jak każdy człowiek miał swoje mocne i słabsze (ale nie słabe, rzecz jasna) strony. Otoczenie bardzo chętnie słuchało samobiczowania się, czerpiąc z tego skrywaną satysfakcję. Było też pierwsze do pogardy i komentowania, kiedy ktoś nie chciał się kajać i sobie umniejszać. Z uwagi na to raczej nie przejmował się opiniami. Jeżeli był w czymś dobry, nie zamierzał mówić, że inni są lepsi. Szczególnie, kiedy tak nie uważał.
Człowiek, o którym teraz mówił był raczej ekspertem w swojej dziedzinie tak jak on. Pracowało się z nim względnie dobrze. Miał swoje dziwactwa, ale nic przesadnie rażącego. Greengrass darzył go umiarkowanym zaufaniem, co w półświatku czasami znaczyło więcej niżeli przyjaźń poza szarą strefą. Natomiast, kiedy dopuścił do siebie tę możliwość, przyłapał się na myśleniu, że to raczej nie był zbyt dobry pomysł. Szczególnie, że mógłby ją tam przekierować nieoficjalnie, a ten człowiek raczej nie lubił ludzi z zewnątrz. Ta współpraca mogłaby się nie tylko nie ułożyć, ale być brzemienna w skutkach.
Z drugiej strony szkoda było marnować bardzo dobrą okazję do tego, żeby w znaczniejszym stopniu wejść na rynek i zaznaczyć tam swoją pozycję. To było kuszące. Możliwe, że aż trochę za bardzo, bo ustalili, że raczej wykluczają taką możliwość. Tymczasem Greengrass podrapał się po policzku, rzucając Yaxleyównie zamyślone, trochę badawcze spojrzenie.
- Choć po namyśle - odezwał się marszcząc czoło i przygryzając usta. - Wróćmy do tego tematu w domu, dobrze? - W tych okolicznościach powoli nie wykluczał dopuszczenia możliwości nieznacznego nagięcia ustaleń, jeżeli odpowiednio by do tego podeszli.
O ile w ogóle mieli o tym ponownie porozmawiać, bo nie wykluczał (a wręcz był przekonany), że Geraldine rzuciła swój komentarz bez większego zastanowienia. Natomiast on bez głębszego przemyślenia dopuścił do siebie myśl, że być może to nie było znowu aż takie głupie i nierozsądne.
Na ogół nikt nie pytał o pochodzenie towaru. Pośrednictwo lubiło milczenie. Odbywało się w porozumieniu odnośnie tego, że patrzono na jakość i cenę. Dyskutowano o warunkach, negocjowano stawki, pytano o siłę składników i o ich czystość, ale raczej nie o pochodzenie. Jeśli nie odciąłby się do końca od reszty swoich zleceniodawców to być może byli w stanie osiągnąć porozumienie również w tym zakresie.
Bądź co bądź chciał, żeby miała jak najpewniejsze warunki. Nawet nie finansowe. Nie chodziło o pieniądze, choć bez wątpienia duże sumy kusiły. Zarówno u niej jak i u niego nie była to nadrzędna wartość.
Natomiast Ambroise raczej skłaniał się ku dalej idącej myśli. Znacznie łatwiej i dyskretniej handlowało się mniejszymi towarami. Było to dużo dyskretniejsze. Wbrew pozorom sprawianym przez konieczność nawiązywania kontaktów nie z jedną a z kilkoma osobami. Można było rozproszyć część odpowiedzialności i uwagi. Znacznie łatwiej było pozbyć się dowodów w razie takiej konieczności. Strata nie była taka duża.
Poza tym mógłby wziąć na siebie trochę odpowiedzialności za bezpieczeństwo ukochanej. A to, choć nie wyraził tego na głos, dosyć mocno do niego przemawiało. Może nie chciał wchodzić z butami w to, co zazwyczaj robiła. Szanował jej prywatne zajęcia równie mocno, co ona jego. Mieli w tym naprawdę znaczącą jednorodność.
Coś, czego Greengrass nie spodziewałby się po swoim związku, toteż nigdy wcześniej nie chciał się angażować. Z początku był zaskoczony takim obrotem spraw. Teraz raz na jakiś czas starał się dyskretnie zrobić coś, żeby docenić wyrozumiałość ze strony Geraldine.
Nie wątpił, że to działało w obu przypadkach. Dostrzegał to tak jak ona z pewnością widziała jego uczynki, ale o tym też milczeli. To była część porozumienia zawodowego. Nie mieli współpracować otwarcie, więc tego nie robili. Za to nikt nie bronił od czasu do czasu dołożyć do czegoś swoje trzy knuty, upewnić się, że jest dobrze albo sprawić, że będzie lepiej.
Bądź co bądź to rzutowało również na ich normalne życie i to znacznie bardziej niż wiele innych aspektów. Nawet te czystokrwiste zobowiązania nie były tak znaczące. Odbębniali je niemal bezwiednie. Wychodzili razem do ludzi, pokazywali się na nielicznych koniecznych wydarzeniach, zmywali się w drugim dogodnym momencie (pierwszy byłby zbytnią przesadą).
Nie mógł powiedzieć, że tego nie lubi. To był teatrzyk, czasami nawet szopka. Wiedział o tym od zawsze i raczej chodził tam z niechętnego obowiązku a nie z własnej nieprzymuszonej woli. Nie mógł dać o sobie zapomnieć, więc brał udział we wszystkim, gdzie mógł zostać zauważony, zapamiętany i wywrzeć wrażenie.
Natomiast ostatnio zaczął czerpać z tego trochę więcej przyjemności. Nie musiał już zabawiać pierwszych lepszych towarzyszek z przypadku albo narzuconych przez kogoś z rodziny, które wcześniej zazwyczaj przyjmował bez słowa sprzeciwu, żeby mieć spokój. Z odpowiednią osobą u boku mógł znacznie lepiej się bawić, robiąc z tego grę towarzyską. Czasami (raczej częściej niż rzadziej) również ich prywatną igraszkę.
Tak jak teraz, kiedy przeszywał wzrokiem plecy kobiety, zatrzymując spojrzenie na dłużej to tu, to tam. Szczególnie tam. Rzecz jasna okropnie się przy tym rozpraszał, co nie było właściwe podczas polowania. Szczególnie tego pierwszego, na które go ze sobą świadomie zabrała (nie liczył tamtego zlecenia sprzed niemal roku). Usiłował pokazać się od dobrej, godnej zaufania strony, żeby to nie był jedyny raz. Zdecydowanie chciał być jej uzdrowicielem na miejscu wtedy, kiedy sytuacja mogła wymknąć się spod kontroli.
Niestety nie mógł zbyt wiele poradzić na to, jakim torem podążały jego myśli. Sprowadzał się na ziemię, rozglądając się czujnie po okolicy tylko po to, żeby zaraz znowu umknąć myślami i lekko mówiąc - znowu sprowadzić na ziemię, tyle tylko, że ją. W zielone usychające paprocie albo na miękkie poszycie z mchu, który przez ostatni czas zgromadził całkiem spore ilości wody (to akurat było interesujące w obliczu panującej suszy) wydając z siebie chlupnięcie pod butem. Chyba nie byłby zbyt komfortowy, ale mieli wiele innych możliwości. Wystarczyło tylko, żeby się do niego odwróciła.
Była bliska kapitulacji. Musiała być. Widział to w jej chodzie, ruchu bioder, wygięciu pleców w przesadnym wyprostowaniu się. Odczuwał z tego powodu pewną satysfakcję. Jednakże jednocześnie także także gorzko-słodki zawód spowodowany pełną świadomością, że jeśli się uparła to raczej nie było zmiłuj. Mógł dawać jej do zrozumienia, że jutro bądź później nie jest w żadnym stopniu zadowalające a ona miała czerpać z tego frajdę. Z jego wleczenia się za nią jak pies z wywalonym językiem.
Cóż. Poniekąd sam to na siebie sprowadził. Raczej celowo i świadomie po tamtej pamiętnej rozmowie. Chciał, żeby czuła się bardziej wartościowa w jego oczach. Nie tylko wystarczająca, ale znacznie więcej. Nie miał oporów przed tym, żeby adorować ją jak nikogo nigdy wcześniej. Szczerze, intensywnie, płomiennie i bez grama sztuczności albo wymuszenia. Był bezpośredni i szczery w tym, że w gruncie rzeczy nie potrzebowała długo, żeby go sobie owinąć wokół palca. Rzecz jasna bardziej niż twierdził, kiedy przerzucali się komentarzami. Pewne rzeczy nie musiały być wypowiedziane, żeby mieć moc i ujście w rzeczywistości. Mimo wszystko trudno byłoby mu przełknąć słowa o tym, że jednocześnie szalał za nią jak napalony szczeniak i żywił w stosunku do niej całkiem poważne, dojrzałe uczucia. Było w tym wiele kontrastów, ale wszystko i tak składało się w perfekcyjną całość.
- Poczekaj... ...co? - Posłał dziewczynie spojrzenie wyrażające powątpiewanie w to, co usłyszał, bo tak właściwie nie wiedział czy powinien to uznać za zawoalowany komplement, czy poczuć się urażony a może podejść do tego neutralnym wzruszeniem ramionami.
Drewno do lasu tak?
Uważał się raczej za bardzo przydatny element ich dwuosobowej grupy. Nie odstawał od Geraldine tempem wędrówki, nawet jeśli narzucała im je całkiem szybkie. Potrafił odnaleźć się między drzewami, bo naturę znał równie dobrze, co ona, nawet jeśli od innej strony. Poza tym bez jego wyczulonego nosa i wiedzy na temat arkanów ciemnych sztuk magicznych może nie byłaby w stanie zignorować zapachu, ale pewnie nie od razu pojęcie czarna magia przeleciało by jej przez myśl. Uważał ją za naprawdę inteligentną i doświadczoną łowczą, ale po ciemnej stronie magicznego Londynu to on kręcił się mimo wszystko znacznie częściej. A tam potrafiło naprawdę jebać czarnoksięstwem. Gorzej niż trawą w zaułkach przy czynszowych kamienicach na Nokturnie.
Stracił czujność. Wczuwając się w atmosferę, zdecydowanie się rozproszył i dopiero krzyk Geraldine sprawił, że odruchowo odskoczył w tył, niemalże od razu celując różdżką w górę i puszczając pierwsze zaklęcie, które przyszło mu do głowy. Starą, dobrą Drętwotę!, która od niczego się nie odbiła. Pająka tam nie było. Skurwysyn z powodzeniem mógł być niewidzialny, choć przecież Geraldine sama mówiła, że jej go opisywano. Nie było czasu się nad tym zastanawiać.
- Pod wpływem eliksiru tak - rzucił pospiesznie, rozglądając się we wszystkie strony i instynktownie nie stojąc zbyt długo w jednym miejscu. Odruchowo zbliżył się do dziewczyny, cały czas usiłując monitorować sytuację. - Pod wpływem zaklęć? Możliwe, że również tak. Obie metody nie powinny być zbyt stabilne. Możliwe, że to chwilowe i nie utrzyma niewidzialności zbyt długo - raczej zakładał, że bydlę będzie pojawiać się i znikać, bo zbyt długa niewidzialność nie była łatwa do osiągnięcia.
Nawet w wyniku czarnej magii. Chwilowo jednak mieli całkiem przesrane.
- Za tobą - rzucił, celując różdżką w krzaki i posyłając kolejną salwę nietrafionych zaklęć. - Kurwa mać.
Dopóki obojgu odpowiadało to budowane życie, dopóty Ambroise nie poczuwał się do tego, żeby cokolwiek formalizować, nawet jeśli w ich środowisku robiło się to raczej stosunkowo szybko, bo dla tradycyjnych wartości. A tak naprawdę dla wpływów i kontaktów. Nie potrzebowali być w centrum uwagi, przechodzić przez wszystkie etapy organizacji licznych wydarzeń towarzyskich, przejmować się zachowaniem konwenansów. Jednocześnie prawdopodobnie oboje byli tak samo świadomi, że nie wypadało zrobić tego prywatnie, bo dla elity byłoby to niedopuszczalne.
Należało zrobić show ze swojego rozkwitającego związku. W żadnym wypadku nie miał na to ochoty. Nie po to budowali coś na uboczu, nie ograniczając się tylko do Londynu, żeby później dać się złapać w pułapkę grania pod publiczkę w taki sposób, w jaki im zagrano.
- Za jakiś czas osiągniemy w tym taką wprawę, że z powodzeniem ograniczymy to do minimum - zapewnił na słowa Geraldine, kiwając głową, choć nie wyjaśniając, o co mu chodzi.
Tak właściwie to chodziło mu o zbyt wiele elementów, żeby o nich teraz dywagować. Mieli polowanie do odbycia. Wystarczyło, że to stanowiło dostateczne wyzwanie, szczególnie w przypadku jego pozostałych intencji. I wodzenia na pokuszenie. Niewątpliwego wodzenia za nos obietnicami i sugestiami.
- Ależ o czym? - Zrobiłby całkiem niewinną minę, gdyby tylko umiał kontrolować oczy. A tak jak z trzymaniem rąk przy sobie, nie był w stanie tego robić w jej przypadku. - To nie moja wina, że jeszcze nie spełniłaś obietnicy szukania kwiatu paproci - dopowiedział jedynie na swoją obronę, wplatając w to wszystko znaczącą sugestię, że w jego wizji gościnnie występowała również tamta biała zwiewna sukienka z odkrytymi plecami i delikatnym, śliskim materiałem.
Nie doczekałaby trzeciej okazji, ale przecież czystokrwiste kobiety (i chyba ogólnie większość mu znanych) przezornie deklarowały niechęć do powtarzania stylizacji. W jego prywatnej ocenie głównie z prostego powodu, że zazwyczaj nie było możliwości, aby takowa dotrwała nienaruszona do następnego ranka. Szczególnie w przypadku, w którym wcześniej przez cały wieczór należało zbytnio ograniczać kontakt fizyczny, powstrzymać się przed co bardziej wymownymi gestami. Choć on sam raczej nijak nie stronił od dawania wyraźnie do zrozumienia, że nie są wyłącznie tymczasowymi towarzyszami.
Była jego kobietą. Z czasem samoistnie zaczęła stawać się centrum jego świata. Nie powiedziałby tego na głos - zawsze był drewniany w mówieniu o uczuciach. Uważał takie deklaracje za żenujące, jeśli to on miałby je wygłaszać. Wolał czyny od słów. Tak właściwie to wszelkie konieczne, żeby podkreślić poważne zamiary.
- Mamy tu zgodność - odrzekł kwitując to kiwnięciem głowy, po czym dodał profilaktycznie. - Ale wiedz, że jeśli bym musiał to bym się nie zawahał - w dwóch krótkich słowach była jego.
Nie chodziło o to, że mógłby powątpiewać w tę świadomość z jej strony. Nie musieli tego uściślać. Ufał jej pod tym względem. W innym wypadku nie oddałby swojego serca z taką łatwością, przyjmując wzajemność od niej i starając się zadbać o powierzone mu uczucia. Nawet w tych ostrzejszych chwilach. W rzeczy samej nie mógłby natomiast darować komuś próby odebrania mu jej względów. Szczególnie, gdy byli ze sobą szczerzy i jasno podążali w tym samym kierunku. Gdyby pragnęła zmienić coś w swoim życiu, nie trzymałby jej na siłę. Nie zrobiłby niczego wbrew niej, ale w dalszym ciągu by o nią walczył. To też już kiedyś określił. Nie był mięczakiem i frajerem. Był w stanie zawalczyć o upragnioną przyszłość, szczególnie tę wspólną, bez której teraz nie wyobrażał sobie praktycznie niczego. Ani dni, ani miesięcy, ani tym bardziej lat. Nie dopuszczał do siebie perspektywy, że mógłby zawalić coś tak spektakularnie, że ich starannie, pieczołowicie budowane życie razem mogłoby nagle przestać istnieć.
Chciał być z nią i chciał być dla niej. Kolejność nie była istotna. Jedno wynikało z drugiego. Było zespolone.
- Mógłbym - przytaknął, nie mógł nie przyznać temu racji, nawet jeśli już na samym początku dyskusji na temat wspólnego życia zdecydowanie wykluczyli możliwość stworzenia dwuosobowego biznesu na czarnym rynku. - Natomiast będzie rozważniej, jeśli odeślę cię do kogoś, kto jest niemal tak dobry jak ja - podkreślił nie pozostawiając wątpliwości, że miał o sobie iście eksperckie mniemanie i raczej nie zamierzał ukrywać, że ma się za jednego z najlepszych graczy.
Zbyteczna skromność nie przynosiła u Ambroisa niczego poza poczuciem zażenowania tym, że w ogóle trzeba było się do niej posuwać, żeby nie zostać oetykietowanym jako wywyższający się. Jeżeli mógł uniknąć mówienia o sobie nie w zgodzie z faktycznym stanem rzeczy to nie omieszkał podkreślać własnej wartości.
Szczególnie, że jak każdy człowiek miał swoje mocne i słabsze (ale nie słabe, rzecz jasna) strony. Otoczenie bardzo chętnie słuchało samobiczowania się, czerpiąc z tego skrywaną satysfakcję. Było też pierwsze do pogardy i komentowania, kiedy ktoś nie chciał się kajać i sobie umniejszać. Z uwagi na to raczej nie przejmował się opiniami. Jeżeli był w czymś dobry, nie zamierzał mówić, że inni są lepsi. Szczególnie, kiedy tak nie uważał.
Człowiek, o którym teraz mówił był raczej ekspertem w swojej dziedzinie tak jak on. Pracowało się z nim względnie dobrze. Miał swoje dziwactwa, ale nic przesadnie rażącego. Greengrass darzył go umiarkowanym zaufaniem, co w półświatku czasami znaczyło więcej niżeli przyjaźń poza szarą strefą. Natomiast, kiedy dopuścił do siebie tę możliwość, przyłapał się na myśleniu, że to raczej nie był zbyt dobry pomysł. Szczególnie, że mógłby ją tam przekierować nieoficjalnie, a ten człowiek raczej nie lubił ludzi z zewnątrz. Ta współpraca mogłaby się nie tylko nie ułożyć, ale być brzemienna w skutkach.
Z drugiej strony szkoda było marnować bardzo dobrą okazję do tego, żeby w znaczniejszym stopniu wejść na rynek i zaznaczyć tam swoją pozycję. To było kuszące. Możliwe, że aż trochę za bardzo, bo ustalili, że raczej wykluczają taką możliwość. Tymczasem Greengrass podrapał się po policzku, rzucając Yaxleyównie zamyślone, trochę badawcze spojrzenie.
- Choć po namyśle - odezwał się marszcząc czoło i przygryzając usta. - Wróćmy do tego tematu w domu, dobrze? - W tych okolicznościach powoli nie wykluczał dopuszczenia możliwości nieznacznego nagięcia ustaleń, jeżeli odpowiednio by do tego podeszli.
O ile w ogóle mieli o tym ponownie porozmawiać, bo nie wykluczał (a wręcz był przekonany), że Geraldine rzuciła swój komentarz bez większego zastanowienia. Natomiast on bez głębszego przemyślenia dopuścił do siebie myśl, że być może to nie było znowu aż takie głupie i nierozsądne.
Na ogół nikt nie pytał o pochodzenie towaru. Pośrednictwo lubiło milczenie. Odbywało się w porozumieniu odnośnie tego, że patrzono na jakość i cenę. Dyskutowano o warunkach, negocjowano stawki, pytano o siłę składników i o ich czystość, ale raczej nie o pochodzenie. Jeśli nie odciąłby się do końca od reszty swoich zleceniodawców to być może byli w stanie osiągnąć porozumienie również w tym zakresie.
Bądź co bądź chciał, żeby miała jak najpewniejsze warunki. Nawet nie finansowe. Nie chodziło o pieniądze, choć bez wątpienia duże sumy kusiły. Zarówno u niej jak i u niego nie była to nadrzędna wartość.
Natomiast Ambroise raczej skłaniał się ku dalej idącej myśli. Znacznie łatwiej i dyskretniej handlowało się mniejszymi towarami. Było to dużo dyskretniejsze. Wbrew pozorom sprawianym przez konieczność nawiązywania kontaktów nie z jedną a z kilkoma osobami. Można było rozproszyć część odpowiedzialności i uwagi. Znacznie łatwiej było pozbyć się dowodów w razie takiej konieczności. Strata nie była taka duża.
Poza tym mógłby wziąć na siebie trochę odpowiedzialności za bezpieczeństwo ukochanej. A to, choć nie wyraził tego na głos, dosyć mocno do niego przemawiało. Może nie chciał wchodzić z butami w to, co zazwyczaj robiła. Szanował jej prywatne zajęcia równie mocno, co ona jego. Mieli w tym naprawdę znaczącą jednorodność.
Coś, czego Greengrass nie spodziewałby się po swoim związku, toteż nigdy wcześniej nie chciał się angażować. Z początku był zaskoczony takim obrotem spraw. Teraz raz na jakiś czas starał się dyskretnie zrobić coś, żeby docenić wyrozumiałość ze strony Geraldine.
Nie wątpił, że to działało w obu przypadkach. Dostrzegał to tak jak ona z pewnością widziała jego uczynki, ale o tym też milczeli. To była część porozumienia zawodowego. Nie mieli współpracować otwarcie, więc tego nie robili. Za to nikt nie bronił od czasu do czasu dołożyć do czegoś swoje trzy knuty, upewnić się, że jest dobrze albo sprawić, że będzie lepiej.
Bądź co bądź to rzutowało również na ich normalne życie i to znacznie bardziej niż wiele innych aspektów. Nawet te czystokrwiste zobowiązania nie były tak znaczące. Odbębniali je niemal bezwiednie. Wychodzili razem do ludzi, pokazywali się na nielicznych koniecznych wydarzeniach, zmywali się w drugim dogodnym momencie (pierwszy byłby zbytnią przesadą).
Nie mógł powiedzieć, że tego nie lubi. To był teatrzyk, czasami nawet szopka. Wiedział o tym od zawsze i raczej chodził tam z niechętnego obowiązku a nie z własnej nieprzymuszonej woli. Nie mógł dać o sobie zapomnieć, więc brał udział we wszystkim, gdzie mógł zostać zauważony, zapamiętany i wywrzeć wrażenie.
Natomiast ostatnio zaczął czerpać z tego trochę więcej przyjemności. Nie musiał już zabawiać pierwszych lepszych towarzyszek z przypadku albo narzuconych przez kogoś z rodziny, które wcześniej zazwyczaj przyjmował bez słowa sprzeciwu, żeby mieć spokój. Z odpowiednią osobą u boku mógł znacznie lepiej się bawić, robiąc z tego grę towarzyską. Czasami (raczej częściej niż rzadziej) również ich prywatną igraszkę.
Tak jak teraz, kiedy przeszywał wzrokiem plecy kobiety, zatrzymując spojrzenie na dłużej to tu, to tam. Szczególnie tam. Rzecz jasna okropnie się przy tym rozpraszał, co nie było właściwe podczas polowania. Szczególnie tego pierwszego, na które go ze sobą świadomie zabrała (nie liczył tamtego zlecenia sprzed niemal roku). Usiłował pokazać się od dobrej, godnej zaufania strony, żeby to nie był jedyny raz. Zdecydowanie chciał być jej uzdrowicielem na miejscu wtedy, kiedy sytuacja mogła wymknąć się spod kontroli.
Niestety nie mógł zbyt wiele poradzić na to, jakim torem podążały jego myśli. Sprowadzał się na ziemię, rozglądając się czujnie po okolicy tylko po to, żeby zaraz znowu umknąć myślami i lekko mówiąc - znowu sprowadzić na ziemię, tyle tylko, że ją. W zielone usychające paprocie albo na miękkie poszycie z mchu, który przez ostatni czas zgromadził całkiem spore ilości wody (to akurat było interesujące w obliczu panującej suszy) wydając z siebie chlupnięcie pod butem. Chyba nie byłby zbyt komfortowy, ale mieli wiele innych możliwości. Wystarczyło tylko, żeby się do niego odwróciła.
Była bliska kapitulacji. Musiała być. Widział to w jej chodzie, ruchu bioder, wygięciu pleców w przesadnym wyprostowaniu się. Odczuwał z tego powodu pewną satysfakcję. Jednakże jednocześnie także także gorzko-słodki zawód spowodowany pełną świadomością, że jeśli się uparła to raczej nie było zmiłuj. Mógł dawać jej do zrozumienia, że jutro bądź później nie jest w żadnym stopniu zadowalające a ona miała czerpać z tego frajdę. Z jego wleczenia się za nią jak pies z wywalonym językiem.
Cóż. Poniekąd sam to na siebie sprowadził. Raczej celowo i świadomie po tamtej pamiętnej rozmowie. Chciał, żeby czuła się bardziej wartościowa w jego oczach. Nie tylko wystarczająca, ale znacznie więcej. Nie miał oporów przed tym, żeby adorować ją jak nikogo nigdy wcześniej. Szczerze, intensywnie, płomiennie i bez grama sztuczności albo wymuszenia. Był bezpośredni i szczery w tym, że w gruncie rzeczy nie potrzebowała długo, żeby go sobie owinąć wokół palca. Rzecz jasna bardziej niż twierdził, kiedy przerzucali się komentarzami. Pewne rzeczy nie musiały być wypowiedziane, żeby mieć moc i ujście w rzeczywistości. Mimo wszystko trudno byłoby mu przełknąć słowa o tym, że jednocześnie szalał za nią jak napalony szczeniak i żywił w stosunku do niej całkiem poważne, dojrzałe uczucia. Było w tym wiele kontrastów, ale wszystko i tak składało się w perfekcyjną całość.
- Poczekaj... ...co? - Posłał dziewczynie spojrzenie wyrażające powątpiewanie w to, co usłyszał, bo tak właściwie nie wiedział czy powinien to uznać za zawoalowany komplement, czy poczuć się urażony a może podejść do tego neutralnym wzruszeniem ramionami.
Drewno do lasu tak?
Uważał się raczej za bardzo przydatny element ich dwuosobowej grupy. Nie odstawał od Geraldine tempem wędrówki, nawet jeśli narzucała im je całkiem szybkie. Potrafił odnaleźć się między drzewami, bo naturę znał równie dobrze, co ona, nawet jeśli od innej strony. Poza tym bez jego wyczulonego nosa i wiedzy na temat arkanów ciemnych sztuk magicznych może nie byłaby w stanie zignorować zapachu, ale pewnie nie od razu pojęcie czarna magia przeleciało by jej przez myśl. Uważał ją za naprawdę inteligentną i doświadczoną łowczą, ale po ciemnej stronie magicznego Londynu to on kręcił się mimo wszystko znacznie częściej. A tam potrafiło naprawdę jebać czarnoksięstwem. Gorzej niż trawą w zaułkach przy czynszowych kamienicach na Nokturnie.
Stracił czujność. Wczuwając się w atmosferę, zdecydowanie się rozproszył i dopiero krzyk Geraldine sprawił, że odruchowo odskoczył w tył, niemalże od razu celując różdżką w górę i puszczając pierwsze zaklęcie, które przyszło mu do głowy. Starą, dobrą Drętwotę!, która od niczego się nie odbiła. Pająka tam nie było. Skurwysyn z powodzeniem mógł być niewidzialny, choć przecież Geraldine sama mówiła, że jej go opisywano. Nie było czasu się nad tym zastanawiać.
- Pod wpływem eliksiru tak - rzucił pospiesznie, rozglądając się we wszystkie strony i instynktownie nie stojąc zbyt długo w jednym miejscu. Odruchowo zbliżył się do dziewczyny, cały czas usiłując monitorować sytuację. - Pod wpływem zaklęć? Możliwe, że również tak. Obie metody nie powinny być zbyt stabilne. Możliwe, że to chwilowe i nie utrzyma niewidzialności zbyt długo - raczej zakładał, że bydlę będzie pojawiać się i znikać, bo zbyt długa niewidzialność nie była łatwa do osiągnięcia.
Nawet w wyniku czarnej magii. Chwilowo jednak mieli całkiem przesrane.
- Za tobą - rzucił, celując różdżką w krzaki i posyłając kolejną salwę nietrafionych zaklęć. - Kurwa mać.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down