20.01.2023, 05:53 ✶
Odwróciła głowę, spojrzenie kierując w stronę asystenta, który wydłużając krok, znalazł się zaraz za nimi. W przeciwieństwie jednak do swojego ojca, machinalnie odbiła lekko w bok, podświadomie robiąc dla niego miejsce między nimi.
- Nie lepiej w takim razie celować w coś ważniejszego, a nie... to? - wykonała niesprecyzowany gest ręką, który odnosił się do wszystkiego, co znajdowało się dookoła nich. Bazaru, jarmarcznego klimatu, imprezy dla majątkowo upośledzonych.
- Wyszłam - odpowiedziała nieco zbyt oburzona tym podłym zarzutem - Co nie zmienia faktu, że niezbyt interesowało mnie trajkotanie przekupek w pobliskim sklepie. - Tak samo jak nagłówki i artykuły w gazetach dla poważnych, dorosłych czarodziejów. Lyssa niezbyt kwapiła się do zaprzątania sobie głowy tym co działo się w Londynie, bo po pierwsze, bolała ją od tego głowa, a po drugie, wciąż nawet nie była pewna czy mogła śmiało odpowiedzieć, co tam u jej ojca. Jak więc w obliczu tego mogła mieć czas i chęci na zajmowanie się czymś takim jak krajową polityką?
Przypuszczenia pana Trelawney co do ogólnego bezpieczeństwa mogły być trafne, jednak dziewczyna zupełnie inaczej widziała całą tę sytuację. Jak do tej pory nie odniosła wrażenia, żeby wydarzenie było przesadnie chronione. Miałą wrażenie, że do tej pory w tłumie wyłapała z jeden patrol, a wątpiła też, że miejsce obchodów święta zostało obłożone jakimiś niebywałymi zaklęciami ochronnymi. Nie znaczyło to jednak, że odczuwała związany z tym niepokój czy strach. Nie kiedy i ojciec i jego asystent zachowywali się tak spokojnie.
- Według mnie wszystko wygląda tak, jakby równie dobrze mogli iść na sobotni targ i bawiliby się równie dobrze co tutaj. - rzuciła z przekąsem, spoglądając gdzieś w bok, na jakieś wybitnie marudzące dziecko, które w kącie między straganami trzymało się na brzuch i płakało pochylonej nad nim matce. Z tego co dało się usłyszeć, dzieciak objadł się zbyt wielu słodyczy, które teraz planowały zastosować taktyczny odwrót z jego żołądka drogą, którą się tam przed chwilą dostały.
- Pal? - podchwyciła, spojrzeniem przeczesując horyzont czający się nad głowami gawiedzi, szukając wspomnianego elementu krajobrazu. - Dwa miesiące i tak wydaje się naprawdę długim kawałkiem czasu dla chwalenia się podobnym osiągnięciem. - zamilkła, przez moment zastanawiając się, czy przypadkiem nie powinna skończyć swojej wypowiedzi tutaj, jednak po chwili ciszy podjęła wreszcie dalej - Mam nadzieję, że wy nigdy nie braliście udziału w tego typu zabawie. Mam rację?
Jakże ciężko było jej wyobrazić sobie asystenta jej ojca wspinającego się na potężny konar ustawiony pośrodku klepiska i wystawionego ku publicznej uciesze. Jeszcze bardziej abstrakcyjnie i zwyczajnie gorzej znajdowała obraz własnego ojca, kurczowo obłapiającego wspomniany pal i z uporem maniaka pnącego się ku górze.
- Nie lepiej w takim razie celować w coś ważniejszego, a nie... to? - wykonała niesprecyzowany gest ręką, który odnosił się do wszystkiego, co znajdowało się dookoła nich. Bazaru, jarmarcznego klimatu, imprezy dla majątkowo upośledzonych.
- Wyszłam - odpowiedziała nieco zbyt oburzona tym podłym zarzutem - Co nie zmienia faktu, że niezbyt interesowało mnie trajkotanie przekupek w pobliskim sklepie. - Tak samo jak nagłówki i artykuły w gazetach dla poważnych, dorosłych czarodziejów. Lyssa niezbyt kwapiła się do zaprzątania sobie głowy tym co działo się w Londynie, bo po pierwsze, bolała ją od tego głowa, a po drugie, wciąż nawet nie była pewna czy mogła śmiało odpowiedzieć, co tam u jej ojca. Jak więc w obliczu tego mogła mieć czas i chęci na zajmowanie się czymś takim jak krajową polityką?
Przypuszczenia pana Trelawney co do ogólnego bezpieczeństwa mogły być trafne, jednak dziewczyna zupełnie inaczej widziała całą tę sytuację. Jak do tej pory nie odniosła wrażenia, żeby wydarzenie było przesadnie chronione. Miałą wrażenie, że do tej pory w tłumie wyłapała z jeden patrol, a wątpiła też, że miejsce obchodów święta zostało obłożone jakimiś niebywałymi zaklęciami ochronnymi. Nie znaczyło to jednak, że odczuwała związany z tym niepokój czy strach. Nie kiedy i ojciec i jego asystent zachowywali się tak spokojnie.
- Według mnie wszystko wygląda tak, jakby równie dobrze mogli iść na sobotni targ i bawiliby się równie dobrze co tutaj. - rzuciła z przekąsem, spoglądając gdzieś w bok, na jakieś wybitnie marudzące dziecko, które w kącie między straganami trzymało się na brzuch i płakało pochylonej nad nim matce. Z tego co dało się usłyszeć, dzieciak objadł się zbyt wielu słodyczy, które teraz planowały zastosować taktyczny odwrót z jego żołądka drogą, którą się tam przed chwilą dostały.
- Pal? - podchwyciła, spojrzeniem przeczesując horyzont czający się nad głowami gawiedzi, szukając wspomnianego elementu krajobrazu. - Dwa miesiące i tak wydaje się naprawdę długim kawałkiem czasu dla chwalenia się podobnym osiągnięciem. - zamilkła, przez moment zastanawiając się, czy przypadkiem nie powinna skończyć swojej wypowiedzi tutaj, jednak po chwili ciszy podjęła wreszcie dalej - Mam nadzieję, że wy nigdy nie braliście udziału w tego typu zabawie. Mam rację?
Jakże ciężko było jej wyobrazić sobie asystenta jej ojca wspinającego się na potężny konar ustawiony pośrodku klepiska i wystawionego ku publicznej uciesze. Jeszcze bardziej abstrakcyjnie i zwyczajnie gorzej znajdowała obraz własnego ojca, kurczowo obłapiającego wspomniany pal i z uporem maniaka pnącego się ku górze.